Minęło już parę dni
jak Basia przybyła do swojego rodzinnego domu. Czas mijał szybko i było bardzo
miło. Basia zawsze przywoziła różne prezenty dla domowników. Tym razem też coś
przywiozła, ale nie zamierzała ich jeszcze teraz dawać. Powkładała prezenty do
woreczka i stanęła na krześle, żeby położyć wysoko na półce. Nagle noga jej się
ześliznęła i upadła z dużej wysokości na drewnianą podłogę i złamała sobie kość
ogonową. Przez parę minut nie mogła się podnieść z podłogi tak bardzo bolał ją
kręgosłup ogonowy. Mogła jedynie potem delikatnie położyć się na łóżku, bo
usiąść na pupie nie mogła z powodu potwornego bólu. Leżała w łóżku i bardzo
płakała. Drzwi do pokoju były lekko uchylone i przez nie wsunęła się jej
najlepsza przyjaciółka kotka Murzyn. Miałczała cicho i rozglądała się za swoją
panią. Basia nie mogła nic powiedzieć tylko płakała. Kotek wskoczył na łóżko i
zbliżył się do twarzy Basi. Zaczął delikatnie wąchać i lizać ciocię po
policzkach. Basia pogłaskała swojego kotka i delikatnie odsunęła ją od twarzy.
Kotek zaczął mruczeć i położył się na kołdrze. Potem do pokoju weszła starsza
pani i wszystkiego dowiedziała się co się przed chwilą stało. Po dwóch
godzinach Basia pojechała samochodem do szpitala na SOR żeby zbadać się, bo z
powodu tego upadku zaczęła boleć ją też okropnie głowa. Lekarz, który ją badał bardzo
narzekał na pogodę, szpital i na system. Narzekał i narzekał. Basia nie
wytrzymała i powiedziała mu żeby się lepiej bybrał do psychiatry, bo ona ciężko
poszkodowana nic nie mówi, a on ciągle narzeka. Dobrze wiedziała o co mu chodzi. Przy tej
okazji chciał dostać od niej pieniądze. Z tego wszystkiego nie zabrała ze sobą
portfela. W torebce miała tylko karty płatnicze i nie mogła wsunąć do kieszeni
czekającemu na pieniądze jak sęp lekarzowi. Lekarz wcale jej nie pomógł, bo się
na nią obraził. Skierował ją do innych lekarzy. Ci prześwietlili i wypuścili do
domu. Stan Basi był bardzo zły i okropnie cierpiała. Bardzo modliła się do Boga
o pomoc. Napisała list do znajomego księdza prosząc go o Mszę Św. i modlitwę.
Po kilku dniach stan się poprawił i mogła już powoli wracać do swojego domu w
Warszawie. Dobrze wiedziała, że poprawę stanu swojego zdrowia zawdzięcza Panu
Bogu. Dziękowała swojemu księdzu za modlitwę. Wiedziała dobrze, że to On
wymodlił jej poprawę zdrowia.
poniedziałek, 17 sierpnia 2015
niedziela, 16 sierpnia 2015
Kotka Murzyn bardzo pożyteczne zwierzątko.
Ogród na zewnątrz mojego domu rodzinnego
był bardzo ładny. W tym ogrodzie żyło dużo ptaków i zwierząt. W okolicy jesieni
wszystkie myszki szukały nowego lokum czując nadciągającą zimę. Mysza Dobrochna zakochała się tego lata w
pięknym mysim młodzieńcu Radomirze. Oboje postanowili poszukać sobie nowego
mieszkania, bo w tym starym było zimno i bardzo mokro. Pewnej nocy wybrali się
oboje na poszukiwanie. Dotarli aż do obory. Tam weszli do góry po drabinie i
znaleźli się na strychu pełnym zboża zgromadzonego w beczkach i bardzo
pachnącego i mięciutkiego siana. Tam znaleźli oboje suchą i przestronną norę.
Zaraz przyszło na świat kilka myszek. Dzieci rosły i rodziły się nowe, tak, że
na strychu było ich coraz więcej. Pewnego dnia na strych po drabinie weszła
pani gospodyni i złapała się za głowę tyle zobaczyła mysich odchodów. Zastawiła
na nie pułapkę z bardzo pyszną kiełbasą. Ale myszy nie złapały się wcale na
nią. W nocy wrota na strych pozostały otwarte. Właśnie przez te wrota cichutko
i niepostrzeżenie wsunęła się nasza kotka Murzyn szukając miejsca na poród, bo
czas już jej nadszedł. Położyła się na mięciutkim sianie za beczką pełną zboża
i w nocy urodziła dwa duże kotki, którym nadała imię Jagna i Wacek. Potem długo
dochodziła do siebie, bo poród miała bardzo trudny. Wtedy na dworze nastały
chłodniejsze dni i zaczął padać deszcz. Gospodyni zamknęła wrota na strych na
kilka dni. Kotka Murzyn zmuszona była żywić się tylko myszkami, które zamieszkiwały
razem z nią na strychu. Złapała tyle myszek ile się dało i poukładała je tuż
przed progiem. Jadła je i karmiła swoje małe. Po kilku dniach jak otworzono
wrota wybrała się do obory na mleko i karmę, którą serwowała gospodyni. Po
przyjeździe cioci Basi postanowiła sprowadzić swoje małe na dół, by pokazać je
ludziom. Rano zniosła swoje maluchy w zębach po drabinie i zaprowadziła je do
ogrodu. Kiedy ludzie przyszli żeby odpocząć pokazała wszystkim domownikom swoje
kocięta . Pani gospodyni chwaliła Murzyna za to, że wyłapał tyle myszy na
strychu i głaskała ją po grzbiecie. Cieszyła się że ma takiego pożytecznego
kotka i z radością zajmowała się jej małymi dziećmi.
sobota, 15 sierpnia 2015
Nareszcie w domu!
Ranek już nastał i zrobiło się jasno.
Starsza pani otworzyła oczy i zaczęła dziękować Bogu za nowy dzień, który jej
Pan Bóg podarował. Miała już bowiem 84 lata i często czuła się źle. Powoli
wstała i ubrała się. Schowała pościel i poszła zrobić sobie herbaty, bo
zamierzała zjeść lekkie śniadanie. Na dworze robiło się już ciepło i słońce
grzało lekko. Po śniadaniu zabrała się za przygotowanie jedzenia dla dwóch
psów, które były zamknięte w boksie. Przygotowała też jedzenie psu Donaldowi.
Potem obrała ziemniaki i zrobiła surówkę. Na końcu zabrała się za robienie kotletów.
Kiedy usmażyła kotlety usiadła trochę zmęczona na stołeczku przed domem. Pies
Donald podjadłszy sobie położył się pod stołkiem, na którym siedziała starsza
pani i zaczął drzemać. Nagle spod Krakowa nadjechał autobus i zatrzymał się na
przystanku. Pies stanął na równe nogi,
warknął i pognał jak strzała w stronę odjeżdżającego autobusu. Starsza pani patrzyła
za nim i już wiedziała, że pies wyczuł jej córkę, która właśnie wysiadła i szła
w stronę domu. Nagle zza zakrętu wyłoniła się kobieta z dużym plecakiem na
plecach i małym czarnym pieskiem, który skakał i szczekał z radości, bo jego
ukochana pani nareszcie wróciła do domu. Kiedy podeszła bliżej obie kobiety
uścisnęły się radośnie i weszły do domu. Córka ściągnęła plecak i zaczęła wyjmować
wszystkie prezenty z plecaka, a starsza
pani w tym czasie przygotowywała jej smaczny obiad. Po zjedzeniu obiadu ciocia
Basia pozmywała talerze i poszła wolnym krokiem w stronę ogrodu. Weszła pod
drzewa i zaczęła rozkoszować się chłodem jakie przynosiły szeroko rozpostarte
konary starych gruszy, śliw, czy jabłoni. Gdy tak szła ścieżką pod drzewami
spotkała swoją ukochaną kotkę Murzyna, która szła smutna z opuszczonym ogonem.
Kiedy zobaczyła swoją panią zaczęła miałczeć radośnie. Ciocia Basia przeszła w stronę
werandy i usiadła na ławce. Murzyn usiadła przy jej nogach i miałczała bez
przerwy opowiadając jej swoje przeżycia jakie ją niedawno spotkały. Ciocia
słuchała swojego kotka, głaszcząc ją po grzbiecie. Murzyn skarżyła się na
domowników, że jej nikt nie karmi, że niedawno urodziła dwa małe kotki Wacka i
Jagnę i trzyma je z dala od ludzi na strychu. Chciałaby je przyprowadzić do
ludzi, ale boi się psa i co ludzie na to powiedzą. Nie martw się kotku pomogę
ci zaadoptować twoje maleństwa. Przyprowadź je jutro do nas. Nagle spod domu
przybiegł pies Donald z nosem przy ziemi. Nagle stanął, warknął i zaczął
szczekać na Murzyna żeby już się stąd wynosił. Kotek szybko przeskoczył
ogrodzenie i zniknął nam z oczu. Donald natomiast wskoczył na ławkę i wepchał
się pod pachę cioci piszcząci tuląc się do jej serca. Po tych czułościach
poszli z powrotem do domu, gdzie czekała na nich babcia.
sobota, 11 lipca 2015
Przygoda w pociągu.
Minęło już wiele miesięcy od czasu kiedy
ciocia Basia wyjechała z domu do Warszawy. Czas szybko leciał i dużo się
działo, ale ciocia nigdy w swoich wspomnieniach nie zapomniała o swoich
bliskich i swoim najdroższym pupilu psie Donaldzie. Często kontaktowała się ze
swoimi bliskimi przez telefon. Nareszcie przyszedł czas, że mogła już wyjechać
na parę dni do swojego domu rodzinnego. Lato w tym roku rozpoczęło się bardzo
chłodne. Zawsze trzeba było chodzić w sweterku, lub cienkiej kurtce. Bała się
bardzo, że jak wyjedzie na urlop, też będzie miała zimne dni. W ostatnich
dniach przed urlopem nagle bardzo się ociepliło. Zapakowała plecak i poszła na
stację kolejową. W kasie kupiła bilet i wsiadła do pociągu. W przedziale
przygotowała bilet w razie kontroli. Pociąg ruszył i podróż bardzo szybko
mijała. W Krakowie wysiadła i poszła do tramwaju, a potem przesiadła się na
autobus. W domu była witana z radością przez mamę i pieska, który bardzo się za
nią stęsknił. Na drugi dzień postanowiła pojechać do dużego sklepu, żeby zrobić
zakupy. Kiedy się wybierała, nagle z przerażeniem uświadomiła sobie, że
nie ma dokumentów. Pojechała do sklepu i zrobiła zakupy, a potem wstąpiła na
dworzec, żeby zapytać o swoje zgubione dokumenty. Zasugerowano jej żeby
poczekała na pociąg relacji Warszawa Przemyśl, bo takim przyjechała z Warszawy
do Krakowa. Kiedy pociąg stanął odszukała kierownika pociągu. Poprosiła o
telefon do pracowników wczorajszego Interregio. Okazało się że pracownicy PKP w
ogóle się nie znają. Dostała telefon do dyspozytora Interregio i pojechała do
domu. W domu zadzwoniła do niego i powiedziała, że wczoraj w pociągu
zgubiła wszystkie swoje dokumenty. Pan obiecał, że jak coś będzie wiedział
oddzwoni. Po pięciu minutach zadzwonił telefon do siostrzenicy cioci, a osoba
która dzwoniła prosiła o rozmowę z ciocią Basią. Okazało się bardzo szybko, że
to dzwoni policjant z Rzeszowa z bardzo radosną wiadomością, że dokumenty się
znalazły . Pan policjant został poproszony o przesłanie dokumentów do Warszawy. I po dwóch tygodniach ciocia Basia odebrała je na komisariacie. Przygoda
skończyła się dobrze, ale od tamtej pory ciocia bardzo uważa, żeby dokumenty
zaraz po sprawdzeniu przez konduktora wędrowały do kieszeni plecaka. Przestrzega też innych podróżnych, żeby bardzo uważali w podróży na swoje dokumenty.
sobota, 13 czerwca 2015
Jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz.
Miłość to bardzo
piękne uczucie. Każdy młody człowiek marzy skrycie, żeby znaleźć sobie taką
osobę, która go pokocha z wzajemnością. Młodsze dzieci już w szkole podstawowej
podkochują się w swoich nauczycielach, czy wychowawcach. Ale nie zawsze układa
się tak jak sobie wymarzyliśmy. Pewna dziewczyna o imieniu Anastazja też bardzo
marzyła o swoim ukochanym, zwłaszcza, że dwaj jej bracia już dawno się ożenili.
Miała swoje sympatie, ale nigdy to nie skończyło się małżeństwem. Liczyła już 28 lat i czas żeby pomyśleć o za mąż
pójściu. Zaczęła się rozglądać w najbliższej okolicy za swoim partnerem, ale
nic ciekawego nie widziała. Postanowiła poszukać sobie narzeczonego w internecie.
Zajrzała do profilu randkowego edarling. Wypełniła ankietę i zapłaciła parę
złotych. Potem oglądała zdjęcia młodych chłopców i namyślała się kogo wybrać.
Bardzo spodobał jej się pewien Kamil.
Skontaktowała się z nim i korespondowała tylko na początku. Potem umówili się
na spotkanie. Bardzo się jej podobał ten chłopak, więc spotkali się razem u
niego w mieszkaniu. Kamil zorganizował wspaniałą ucztę, na której trochę wypiła
za dużo alkoholu. Tak się zdarzyło, że została na noc. Potem jeszcze spotykali
się kilka razy, ale najczęściej uprawiali seks. Nie zdążyła dobrze poznać
Kamila, bo zorientowała się że zaszła w ciąże. Powiedziała najpierw w tajemnicy
swojej mamie, a potem dowiedział się o tym tato. Oboje z przyszłym mężem
myśleli o pobraniu się. Rodzice powiedzieli, że pomogą im zorganizować ślub i
wesele. Po dwóch miesiącach odbyła się impreza weselna. Anastazja zamieszkała
wraz ze swoim mężem w mieszkaniu po niedawno zmarłych rodzicach swojej mamy. Miała
swoją pracę, więc rano chodziła do niej a potem próbowała uczyć się gotować i wchodziła
w rolę młodej matki i żony. Nie bardzo jej to wychodziło, a Kamil wcale jej nie
pomagał. Kłócili się i próbowali się godzić, ale Kamil nie potrafił już potem
żyć jak wcześniej. Kiedy była w ósmym miesiącu ciąży nie przyszedł w ogóle na
noc. A potem powiedział Anastazji, że odchodzi w ogóle od niej. Dziewczyna
została z ciążą i problemami sama. Mama przyjęła ją do domu i zaopiekowała się
swoją nieszczęśliwą córką, do momentu
ciąży i potem też pomagała przy wychowaniu pięknego synka, który się narodził.
I tak się kończą internetowe miłości. Moja mama zawsze mi powtarzała: Jak sobie
pościelisz tak się wyśpisz. Dlatego zawsze uważałam na facetów. Zwłaszcza
takich, którzy swoją znajomość zaczynali najpierw od seksu..
niedziela, 24 maja 2015
Uwaga na oszustów!
Osoby zdrowe, które doskonale radzą sobie z
czynnościami dnia codziennego nie muszą prosić osób drugich o pomoc, jak czynią
to osoby stare i niepełnosprawne. Same kupują, sprzątają swoje mieszkanie lub gotują obiad. Osoby chore potrzebują czyjejś
pomocy. Często, kiedy nie ma najbliższej rodziny trzeba skorzystać z opieki społecznej.
Wówczas okazuje się, że te osoby przychodzące i opiekujące się bardzo nie dorastają do tego, żeby pomagać
słabym i chorym. Często zdarza się że osoby chore są okradane, lub oszukiwane. Ile trzeba znieść
upokorzeń, żeby jakoś przeżyć jeden rok korzystając z opieki, często
nieznających się osób na takiej pomocy.
Jak trudno o dobrych i uczciwych ludzi. Na szczęście nie muszę korzystać z
takiej pomocy. Ale kiedyś przeżyłam coś nieprzyjemnego, kiedy jechałam
pociągiem. Jechałam dopiero w Wielką Sobotę pociągiem do Krakowa, ponieważ
miałam badania w szpitalu i wypisano mnie dopiero w sobotę. Do mojego
przedziału wsiadł mężczyzna po pięćdziesiątce, który jak mówił był śpiewakiem
operowym i w Warszawie odwiedzał swoją mamę. Opowiadał mi o swoich podróżach
zagranicznych i o różnych przygodach. Było bardzo przyjemnie. Ja również mu
trochę opowiadałam o sobie. Powiedziałam, że jadę do rodziny, i że jestem osobą
bardzo słabo widzącą. Ze wzgledu na to nie mogę czytać książek jak inni, ale
korzystam z czytaka. i pokazałam mu jak wygląda taki czytak. Słuchaliśmy przez
chwilę pewnej książki. Ludomir, bo tak miał na imię ten pan pokazał mi swoją
kartę, na której miał też nagrane swoje piosenki. Mnie też poprosił, żebym
wyjęła swoją kartę i pokazała mu. Myśląc, że nie zauważe próbował zamienić
karty po to żeby mieć dla siebie nagrane książki. Ja to zauważyłam i zrobiło mi
się bardzo nieprzyjemnie. Dobrze, że troszkę widzę, bo zaraz zareagowałam i nie
doszło do oszustwa. Ale ile słabych, chorych osób, które polegają na pomocy
drugich zostaje oszukanych. Ile takich ludzi żeruje na biedzie ludzkiej?
Szkoda, że tak się dzieje. W poprzednim poście pisałam o Marianie, który tylko
czekał żeby wykorzystać dziewczynę. Jak trzeba być czujnym, żeby nie paść
ofiarą jakiegoś oszusta?
Dobrze, że już sobie poszedł.
Ciocia Basia pomimo, że już dawno mieszka
w swoim mieszkaniu odwiedza często swoją dawną bursę. Pewnego dnia pani, która
pełniła dyżur w recepcji powiedziała jej, że P. Marian zostawił dla niej pewną
wiadomość. Otworzyła kopertę i zobaczyła dwa telefony i prośbę o kontakt.
Osoba, która rozmawiała z kolegą mówiła, że był brudny i źle ubrany. Ponieważ
kiedyś bardzo lubiłam Mariana postanowiłam się do niego odezwać. Zadzwoniłam i
zaprosiłam na obiad do mojego mieszkania. Nie widzieliśmy się prawie
trzydzieści lat i byłam bardzo ciekawa jaki teraz jest ten Marian. Jak mi
wcześniej powiedziała pani z recepcji był brudny i bardzo kiepsko ubrany. Miał
już 60 lat i całkiem siwe włosy. Nie był wcale ładny. Na pierwszy rzut oka nie spodobał mi się. W rozmowie opowiadał o tym, że ma
kochankę, z którą śpi. Przy okazji rozmowy zadzwoniła jakaś druga kobieta, z
którą też się spotykał. Po rozmowie poszliśmy do kościoła na Mszę, bo to była
niedziela. Marian śpiewał tak głośno, że zaczęłam się jego wstydzić. Potem
poszliśmy do parku. Po drodze krzyczał głośno i bardzo przeklinał. Usiedliśmy
na ławce, a on przykleił się do mnie i krzycząc drapał się po głowie, że się
zaczęłam obawiać, żeby i mnie nie oblazły wszy. Kiedy przychodził do mnie kilka
razy i częstowałam go obiadem, a niekiedy kanapkami, jadł tak dużo, że potem
musiał korzystać z toalety. To też mnie bardzo zastanawiało. Niby wykształcony
człowiek, a nie potrafi się w ogóle zachować. Pomimo tego, że spał z jakąś
Janką i spotykał się z Anką, to przyszedł do mnie dwa razy o 21.30 pewnie na
darmowy seks. Postanowiłam dać sobie spokój i rozstałam się z nim. A on
przyszedł przed bursę z tą Anką, żeby pokazać, że wcale mnie nie potrzebuje, bo
ma kogoś. Za kilka miesięcy zobaczył mnie w Tesco i przybiegł do mnie.
Pamiętając jego wcześniejsze zachowania udałam, że go nie poznaję i uciekłam o
mało nie gubiąc nóg do domu, żeby znowu mnie nie nawiedził po 21.30.
piątek, 22 maja 2015
Bociany naprawdę przynoszą dzieci!
Wiosna w Krakowie w tym roku wcale nie była taka ciepła, a pomimo tego bociany do nas przyleciały. Pewnego
dnia wyszliśmy na dwór i zobaczyliśmy kołujące nad domem duże ptaki. Zawołaliśmy
nowożeńców, bo to pewnie do nich miały przynieść małe dziecko. Patrzyliśmy
potem, czy nie zostawiły koszyczka z małym zawiniątkiem w ogrodzie, czy na
balkonie. Ale tym razem nic nie zostawiły. Dały nam tylko nadzieję, że może
kiedyś będzie u nas dzidziuś. I tak też się stało, bo za kilka miesięcy
Justynka obwieściła nam, że będzie dziecko. Przez dziewięć miesięcy z tęsknotą
czekaliśmy na małą dziewczynkę, która wreszcie przyszła na świat 8 maja i dano
jej na imię Blanka. Ubranka, łóżeczko i wózek już czekały na nią. Tatuś
towarzyszył mamusi przy porodzie, co
bardziej scementowało ich związek. Dziadek z babcią od początku bardzo
pokochali swoją pierwszą wnuczkę i spieszyli z coraz nowymi prezentami. Ciocia
Basia ciągle wypatrywała w sklepie nowych ubranek. Kupowała klocki, lalki i
inne zabawki. Ptaki rozglądały
się też za jakimś miejscem na nowe
gniazdko. Szpaki rabusie odnalazły stare gniazdko naszej sikorki i wyrzuciły go
na zewnątrz. Zaczęły budować swoje nowe gniazdko na jej miejscu. Sikorka
przyleciała i musiała szukać sobie nowego miejsca. Szpaki tak hałasowały przy
tym, że zaraz zwróciły uwagę pani gospodyni. Bardzo się to nie spodobało też
innym domownikom. Przy tym zabrudziły ścianę swoimi odchodami i trzeba było ją
czyścić. Piotrek zamknął skrzynkę, żeby tam nie ścieliły gniazdka i odleciały w
inne miejsce. Wróble też poprawiały swoje stare gniazdko i zaczęły znosić
jajka. Nikt ich nie wyganiał, bo były ciszej i nie zostawiały po sobie takiego
bałaganu.
środa, 20 maja 2015
Spotkanie z opętanym.
Ciocia Basia zawsze jak przyjeżdżała do
Krakowa odwiedzała pewne miejsca kultu. Najbliżej miała do Mogiły, gdzie znajduje
się Pan Jezus Mogilski. Cudownym Krzyżem opiekują się do dziś Cystersi. Tam
chodziła na Mszę i modliła się w różnych intencjach. Wiele ludzi wyprosiło tam
sobie potrzebne łaski. Pan Jezus ciocię też wysłuchał wiele razy. Kiedy ktoś
prosił o pomoc, mógł chodzić na kolanach na około krzyża. Innym miejscem kultu
był kościół w Łagiewnikach. Tam jeździła
od momentu wyjścia ze szkoły. Pan Jezus zawsze wysłuchiwał wołania cioci.
Zawsze zachęcała innych do modlitwy i do pielgrzymowania do Miłosierdzia Bożego.
Ostatnio też pojechała na Mszę . Wcześniej
zrobiła zakupy dla mamy w Tesco. Potem tramwajem pojechała na miejsce. Tam
modliła się w kaplicy klasztornej, a potem przeszła do bazyliki na koronkę i
Mszę św. Po koronce rozpoczęła się Msza Św. w trakcie, której zaniepokoiły
ciocię pewne odgłosy, które najpierw wyglądały jak skrzypienie, potem jakby
wiał silny wiatr, a potem ktoś zaczął wyć na cały głos. Najbardziej wył jak
było przeistoczenie. Ludzie pobledli, ale nikt nie reagował, ani się nie
odsuwał od tej osoby. Ksiądz, który odprawiał Mszę też widać się bał, bo głos
mu drżał. Siostra zakrystianka przyszła zaniepokojona, żeby zobaczyć co się
dzieje w kościele. Potem była komunia i na końcu błogosławieństwo. Osoba
opętana przez cały czas wydawała z siebie przerażające dźwięki. Potem te odgłosy
przerodziły się w odgłosy dzikiego zwierza, jakby jakiejś dzikiej bestii. Nie
wiem co się działo potem, bo wyszłam szybko z kościoła. Ale na przystanku
zapytałam panią, która wyszła za mną o wrażenia. Pani też była wstrząśnięta.
Potem starałam się żeby szybko o tym zapomnieć, bo to takie straszne. Nigdy
sama osobiście nie spotkałam osoby opętanej. Wcześniej obejrzałam film Pt: "Egzorcysta".
Który mówił o tym problemie. Pan Dominik Tarczyński przestrzegał ludzi, żeby
uważali i nie wchodzili w kontakt z diabłem, bo to jest bardzo niebezpieczne. Potem
nawet po wyrzuceniu złego ducha długo trzeba się leczyć. Osobom, które są w
stanie łaski Uświęcającej nic nie grozi. Te osoby nie muszą się bać, ale bardzo
trzeba uważać, żeby nie wchodzić w kontakt ze złym duchem.
Nasze przygody z kotkami.
Kotka Lucyna potem przez cały czas opiekowała się dobrze swoimi
dziećmi. Żywiła je przynosząc dopiero co złowione myszy. Pani gospodyni też
dawała jeść swoim zwierzętom co miała dobrego. Kotki wyrosły i stały się już
prawie dorosłe. Do Misi zaczął
przychodzić bardzo przystojny brunet z pobliskiej wioski. Bardzo mu się nasza
Misia podobała, bo była piękna i dobrze ułożona. Szaruś z początku był o nią
bardzo zazdrosny, ale jak się zbliżył do niej przy starającym się o nią kocie,
dostał od niego tęgie lanie i już się do niej nie zbliżał. Przystojnego bruneta
nazwano Brutalem i nikt go nie lubił. Misia zaraz zaczęła się spodziewać małych
kotków. Brutal Przychodził do niej i kładł się z nią na trawie obejmując ją za
szyję łapkami, lizał Misi pyszczek. Potem gryzł ją po uszach i kopał ją tylnymi
nogami w brzuch. Misia wyrywała się z jego z objęć i głośno fuczała. Pani
gospodyni wyganiała Brutala poza ogrodzenie rzucając za nim miotłą. On i tak po
chwili przychodził do ogrodu i ukradkiem spotykał się jeszcze z Misią. Koty są
bardzo dziwne i bardzo trudno zrozumieć te zwierzęta mówiła gospodyni. Wolała psy, bo były wierne i nie takie
fałszywe. Kotka Lucyna też czasami interweniowała, kiedy Brutal przesadził i
wyganiała go z ogrodu. Potem Misią zajęła się Justyna i Brutal przestał
przychodzić. Bardzo lubiła tę milutką kotkę. Kupowała jej dobrą karmę w sklepie
i karmiła ciężarną Misię. Potem ledwo żywą zaniosła do stodoły. Rano poszła
oglądać małe. Misia urodziła trzy czarno białe kotki i zajmowała się nimi bardzo
troskliwie. Wieczorem przychodziła do ludzi żeby nacieszyć się ich widokiem, bo
przez cały dzień leżała, karmiła małe i zajmowała się dziećmi. Była bardzo
troskliwą mamą i. bardzo się to podobało wszystkim domownikom. Była
przeciwieństwem swojej mamy Lucyny, która nie zajmowała się kotkami, bo zaraz
biegała za kocurami.
poniedziałek, 20 kwietnia 2015
Pielgrzymka do Lourdes to też super przygoda.
W nowym miejscu musiałam zaczynać od nowa. Miałam jakąś pracę,
dlatego zbierałam pieniądze i inwestowałam tylko w swoje mieszkanie. Rodzina w
niczym mi nie pomogła. Wszystko mi się waliło. Po ludzku nic mi nie wychodziło.
Dlatego przytuliłam się do Boga, bo tylko w nim miałam nadzieję. On ze mnie nie
szydził. On mnie nie wyśmiewał, tylko na Niego zawsze mogłam liczyć. Byłam po
ciężkich doświadczeniach i miałam nadszarpnięte nerwy, dlatego postanowiłam
pojechać do Lourdes. Dowiedziałam się od pewnej siostry o Ks. Stanisławie
Ładzie, który organizuje taką pielgrzymkę we wrześniu w Gdańsku. Zadzwoniłam do
niego i zapisałam się. Ks. Stanisław jest osobą, która pomaga, rozumie i kocha
jak widziałam i doświadczałam osobiście
osoby niepełnosprawne. Pielgrzymka trwała trzy tygodnie i była
fantastyczną przygodą, której każdemu
życzę. Warunki na tej pielgrzymce były spartańskie, bo nie zawsze nocowaliśmy w
hotelach pięciogwiazdkowych. Śniadania i obiady jedliśmy na postojach. Składały
się one z kanapek, które własnoręcznie robiliśmy. Byłam zawsze chętna do
pomocy. Obiadokolacje jedliśmy na gorąco
w miejscu noclegowym. W autokarze
spędzaliśmy dużo czasu, gdzie ksiądz puszczał nam filmy i opowiadał o
miejscach, które będziemy odwiedzać. Dwa razy nocowaliśmy w opactwach
Benedyktyńskich, w których karmili i gościli nas Benedyktyni. To były
wspaniałe wrażenie, których nie zapomnę. Byliśmy w Ars, Taize, Lisieux,
Paryż i Lourdes, po kilka dni w każdej
miejscowości. Wróciłam do Polski trochę zmęczona, bo przejechaliśmy sześć i pół
tysiąca kilometrów, ale bardzo szczęśliwa. Przywiozłam trochę pamiątek i wodę z
Lourdes, na którą wiele ludzi czekało. Każdej osobie niepełnosprawnej bym
poleciła pielgrzymkę z Księdzem Stanisławem Ładą.
Fajne przygody w latach szkolnych.
Młodzież buntowała się i niektóre
siostry, które coś sobie zaplanowały względem nas, nic nie zrealizowały.
Siostry chciały działać po zakonnemu, a młodzież chciała żyć normalnie. Mieliśmy
też orientację przestrzenną, na którą wyjeżdżaliśmy do Warszawy i uczyliśmy się
poznawać topografię miasta. W ostatniej klasie szkoły średniej pojechaliśmy
wszyscy razem na wycieczkę w góry. Tam przez kilka dni chodziliśmy po górach i
zwiedzaliśmy tamtejsze okolice. Po
ukończeniu szkoły zostaliśmy na dwutygodniowe praktyki i każdy pracował w swoim
zawodzie. Ja ze swoimi koleżankami i kolegami pracowałam na dziewiarni. Po
praktykach można było pojechać na obóz pod namiot, który miał miejsce w Białce
Tatrzańskiej. Chodziliśmy też po górach i wypoczywaliśmy nad wodą, gdzie
mieliśmy rozłożone namioty. Śniadania i kolacje organizowaliśmy sobie sami, a
na obiad chodziliśmy do góralskiej restauracji. To była też bardzo fajna
przygoda, którą do teraz bardzo miło wspominam. Potem rozjechaliśmy się z żalem
do swoich domów i trzeba było samemu organizować pracę. Ja mogłam tylko na siebie liczyć,
dlatego spróbowałam sił najpierw w Krakowskiej
Spółdzielni dla Niewidomych. Rano wstawałam o 4 i dojeżdżałam do pracy z
jednego krańca Krakowa na drugi kraniec. Ciężko mi było, bo nie było gdzie
mieszkać. Postanowiłam się przenieść do Warszawy i tu zostałam do dzisiaj. Ponad
jedenaście lat mieszkałam w bursie, a potem kupiłam mieszkanie na Ochocie i
zamieszkałam na swoim. Tam trafiłam pechowo, bo nade mną mieszkał człowiek
chory na schizofrenię. Notorycznie mnie zalewał, aż tak mnie urządził, że
zebrałam wszystkie siły i przeniosłam się na Pragę. Tutaj powoli dochodzę do
siebie po tych strasznych przejściach.
Fajne wspomnienia o szkole.
W Laskach mieliśmy bardzo dobre powietrze,
bo zakład dla niewidomych był usytuowany na skraju Puszczy Kampinowskiej. Do
wymagań i dyscypliny trzeba było się przyzwyczaić i można było żyć. Jeśli
chodzi o jedzenie, to nie było grymaszenia. Trzeba było pałaszować wszystko, co
było w jadłospisie. A jeśli ktoś grymasił, to był karany i powoli musiał się
przyzwyczaić do wspólnego jedzenia. Były też czasy, że wszyscy bez wyjątku
musieli pić tran, po jednej łyżce rano przed jedzeniem. Dla mnie to było
obrzydliwe, że zapamiętałam to sobie i
wspominam do dzisiaj. Wśród młodzieży
tworzyły się pary, z których powstały małżeństwa i urodziły się dzieci. Były
organizowane zabawy taneczne przy magnetofonie, a czasami zdarzało się że
przyjeżdżali do nas żołnierze z jednostki wojskowej i grali nam do tańca. Nie
wolno było za bardzo przytulać się do chłopaka, bo zaraz wychowawczyni
przywoływała do porządku. Pan Marek zorganizował raz rajd nocny, na który poszli chłopcy i
dziewczęta. Pod ochroną nocy można było potrzymać ukochanego za rączkę i
przytulić się do niego. Szliśmy drogą Sierakowską do Sierakowa i z powrotem.
Wszyscy stawili się na miejsce i nikt
się nie zgubił. Poza ogrodzeniem zakładu była Góra Ojca, z której zjeżdżaliśmy
często na sankach, jak dosypało śniegu. Na placu pod lasem było też lodowisko,
gdzie próbowałam jeździć na łyżwach. W lecie można było jeździć po drogach na
wrotkach. W średniej szkole uczyłam się
pracy na maszynie dziewiarskiej. Pod koniec szkoły można było coś zrobić dla
siebie na pamiątkę. Przed pracą Siostra Amata zawsze się z nami modliła. W trakcie
przerywała pracę i odmawialiśmy Anioł Pański.
czwartek, 16 kwietnia 2015
dzieciństwo pełne przygód..
W Laskach mieliśmy
własną kotłownię, pralnię, piekarnię, w której był pieczony bardzo dobry chleb.
W podwórzu siostry hodowały kilka krów. Były też konie. Jeśli ktoś zachorował
wybierał się do działu lekarskiego. Tam lekarz kierował osobę chorą do infirmerii.
Później został zbudowany duży szpitalik. Mieliśmy też dom rekolekcyjny. Do
którego przyjeżdżał do nas czasami,
teraz Sługa Boży Stefan Kardynał Wyszyński. Pamiętam też, że jak byłam w drugiej klasie szkoły
podstawowej przyjechał do nas biskup z Krakowa Karol Wojtyła. Zebraliśmy się
wszyscy na sali w Domu Dziewcząt. Na tejże sali były też organizowane różne ważne spotkania z aktorami
i reżyserami. Młodzież i dzieci brały udział w organizowanych przedstawieniach.
Bardzo często Wychowawcy organizowali również zabawy taneczne, na które przychodziły dzieci
i młodzież. W kaplicy zakładowej były odprawiane Msze i nabożeństwa. Tuż koło
Domu Dziewcząt znajdowało się Przedszkole, do którego trafiały małe niewidome
dzieci. Liceum i Szkoła Zawodowa znajdowała się w Jabłonkach. Była też
biblioteka, warsztaty dziewiarskie i tuż przy Domu Chłopców warsztaty, gdzie
uczono ślusarstwa, szczotek i drewna. Kiedy podążało się aleją lipową, po
prawej stronie znajdował się duży sad, gdzie na jesieni były bardzo pyszne
jabłka. Po lewej stronie rosło zboże. Cały zakład był opasany murem, który
trochę chronił przed nieproszonymi gośćmi. Ciocia Basia kiedy była mała
uczęszczała do zuchów i zdobywała sprawności. Kiedy już dorosła zapisała się do
harcerstwa. Grupa, w której była i żyła była bardzo rozśpiewana. Często brała
udział w różnych konkursach i zdobywała wyróżnienia. Jako harcerze bawili się w
podchody, wyjeżdżali na obozy harcerskie i również brali udział w różnych wędrówkach
po Puszczy Kampinowskiej. Chodzili na biwaki. brali udział w różnych rajdach.
Zycie było bardzo ciekawe i pełne przygód.
środa, 15 kwietnia 2015
Moje wspomnienia z dzieciństwa.
Ciocia Basia w Laskach uczęszczała do
szkoły, od drugiej klasy szkoły podstawowej do ukończenia szkoły średniej.
Miała tam bardzo dobrą opiekę. Siostry Franciszkanki Służebnice Krzyża
zajmowały się bardzo dobrze wszystkimi dziećmi. Cała młodzież była dobrze i
zdrowo żywiona. Myślę, że w domu w tych ciężkich czasach, jakie wtedy były, mogło
być o wiele gorzej. Dziewczęta mieszkały osobno w Domu Dziewcząt, a chłopcy, w
Domu Chłopców. Do szkoły dzieci przemierzały niewielki kawałek drogi, gdzie
uczyły się do obiadu. Potem wracały do swoich domów i jadły obiad. Potem był
spacer po lesie, dwie godziny odrabiania lekcji i kolacja. Po kolacji trochę
wolnego czasu. Czasami wychowawczyni czytała nam wspólnie książki. Potem mycie
i wszyscy kładli się spać. Cisza nocna następowała o 22. 00. Rano pobudka o
szóstej, ścielenie łóżek, dyżury, śniadanie i marsz do szkoły. Dzieci do rodziny
jeździły tylko na ferie i na wakacje. W internacie oprócz obowiązków szkolnych
miały różne dyżury. Rano zamiatały i odkurzały dywan, zamiatały sypialnie i
korytarze. A Inne dzieci czyściły ubikacje, myły zlewy i wannę. Inne
przygotowywały posiłek dla wszystkich w jadalni, a jeszcze inne zamiatały
schody. Pamiętam, jak w drugiej klasie szkoły podstawowej miałam dyżur zamiatania
schodów i cicho sobie przy tym śpiewałam, to dostałam za to obsztorc, bo do
śniadania trzeba było być cicho jak makiem zasiał. Rano często chodziliśmy na
Mszę do kaplicy domowej. Pamiętam, że wtedy nie robiliśmy dyżurów, bo nie
starczało potem na wszystko czasu. Siostry rano pomagały się dzieciom uczesać
jak miały dłuższe włosy. W niedziele i święta jechaliśmy czasem do Warszawy do
kina, lub na lody. Bardzo lubiłam długie spacery po lesie.
Świąteczne przygotowywanie - to też przygoda.
Ciocia Basia przyjechała na dworzec i
kupiła bilet w kasie. Potem wsiadła do pociągu relacji Kraków- Warszawa. W
przedziale zasiadła przy drzwiach i zaraz zatonęła w myślach. Zaczęła wspominać
jak to kilkanaście lat temu jeździła jeszcze tym pociągiem ze swoim tatą. Teraz
już taty na świecie nie było. Zmarł po długiej chorobie i jechała właśnie po
pogrzebie. Przypominała sobie jak jako mała dziewczynka jeździła tą trasą.
Tacie było bardzo ciężko, bo musiał przemierzać te odległości tam i z powrotem
pociągami, które jeździły o wiele wolniej. Ponieważ nie miał pieniędzy jeździł
często pociągami osobowymi, których podróż w jedną stronę trwała siedem godzin.
Potem zawoził ciocię Basię daleko do Lasek, bo tam uczęszczała do szkoły.
Wielką przygodą dla cioci było jak przyjeżdżała do domu na ferie świąteczne. W
domu panował wielki ruch. Przygotowywano się do Świąt Bożego Narodzenia. Mama
zaczyniała ciasto na chleb w dużym garze i czekała, aż wyrośnie. W drugim
mniejszym garze umieszczała ciasto drożdżowe i też czekała aż wyrośnie.
Międzyczasie gotowała, mieliła i przyrządzała mak na makowce. Tata rozpalał
ogień w piecu chlebowym, po to żeby w odpowiednim momencie włożyć do niego
chleb i dopiero co uformowane ciasta. Oprócz makowców mama robiła też ciasta z
serem i drożdżowe. W domu był taki
rozgardiasz, że lepiej było nie przeszkadzać swoim rodzicom. Cały dzień trwało
takie przygotowywanie. Po upieczeniu chleba i ciast, było wielkie sprzątanie. Tata
chował trzy krowy i miał też dwie świnki. Kiedy przychodziły święta zabijał
jedną i przygotowywał mięso i kiełbasę własnej roboty sam w domu. Często ją
przed samymi świętami wędził. Potem bardzo nam wszystkim smakowała, bo była
dobrze przyrządzona. Mama dawała cioci Basi duży kawałek kiełbasy i kawał
świeżego chleba jak jechała do szkoły. W Święta Bożego Narodzenia wszyscy rano
szli do kościoła, a potem jedli dobry, pożywny obiad i ciasta , które wcześniej
przyrządzili i upiekli rodzice.
piątek, 10 kwietnia 2015
Przygoda z nietoperzem.
Ciocia Basia z nad stawu przeszła do
ogrodu ciągle trzymając na ręku Murzyna. Nagle kotka zaczęła się wyrywać, bo
chciała gdzieś biec. Ciocia dopiero teraz zauważyła, że na drzewie znajduje się
mała czarna wiewiórka. To do niej biegła zwinna kotka. Wspięła się na drzewo i
próbowała ją dogonić. Na szczęście zwierzątko było szybsze i wielkim susem
przeskoczyło na konar drugiego drzewa, które stało niedaleko. Murzyn tego nie
potrafił, dlatego ze smutkiem patrzył za oddalającą się wiewiórką. Późno się
zrobiło, więc szybko szykowała się do spania, bo jutro przecież rano wyjeżdżała
do Warszawy. Położyła się spać i prędko zasnęła. Okno miała uchylone nieco i nigdy by
nie przypuszczała, że coś takiego się jej przydarzy. Nagle się obudziła, bo coś
wpadło przez okno do pokoju, uderzyło o poręcz łóżka i zaczęło latać przy samym suficie. Zaniepokojona
tym odgłosem latania, wstała i zapaliła światło. Jakież było jej zdziwienie,
kiedy zobaczyła nietoperza. Ponieważ bardzo się jej chciało spać postanowiła
szybko pozbyć się intruza. Otworzyła okno na całą szerokość i machając ścierką
wyganiała latającego nietoperza. Ten wystraszony ukrył się w pudełku, które
stało na szafie. Drugi mały nietoperz, który wleciał razem do środka i siedział
cicho na parapecie ze strachu załatwił się i szybko wyfrunął. Rano kiedy wstała,
zrobiła poranną toaletę i zapakowała resztę rzeczy. Zajrzała do swojego nocnego gościa. Ten spał
sobie smacznie i nie miał ochoty opuszczać pudełka. Ponieważ się jej spieszyło
podłożyła pod nietoperza widelec i chciała go tak przenieść na parapet okna. On
jednak był bardzo inteligentny. Złapał
się łapkami za trzonek i w ten sposób wyniosła go na parapet. PPo chwili już go
nie było, bo szybko odfrunął. Pełna wrażeń wsiadła do samochodu Piotrka i przez
całą drogę opowiadała mu o swojej nocnej przygodzie.
Dzień jak co dzień.
Na drugi dzień jako ostatni wygramolił się
na dwór Gerard. Zjadł obfite śniadanie i do południa drzemał na słońcu. Jak już
zaspokoił swoje zapotrzebowanie na sen, postanowił trochę pozwiedzać najbliższą
okolicę. Poszedł przed drzwi frontowe, które prowadziły do domu i spotkał tam
niedużego kurczaka, który właśnie wchodził na górę po schodach. Pipi właśnie wchodziła do kuchni, bo liczyła, że starsza
pani ją czymś poczęstuje. Tak też się stało. Dostała dużą kromkę świeżego
chleba. Podjadłszy sobie poszła do miski, żeby się napić. Potem pomaszerowała
do ogrodu. Po drodze spotkała śpieszącego w stronę domu psa Donalda. Donald
wiedział, że Piotrek znajduje się w kuchni, dlatego postanowił się tam dostać.
Piotrek zajadał coś smacznego i siedział przy stole. Pies położył się przy
krześle i zamyślił się głęboko. Ciocia w tym czasie pakowała w pokoju swój
plecak, bo niedługo wybierała się do Warszawy. Kotka Ciotka Murzyn o tym
wiedziała i postanowiła odwiedzić ciocię Basię w pokoju. Weszła po schodach, przeszła przez
sień i dostała się do kuchni. W kuchni, gdy przechodziła obok psa Donalda
zatrzymała się zatrwożona, bo ten zaczął na nią warczeć. Przeszła jednak dalej
do pokoju, gdzie czekała na nią ciocia Basia. Potem w pokoju wskoczyła na łóżko
i przytuliła się do zamyślonej i smutnej cioci. Siedziały tak dłuższą chwile
jak dwie przyjaciółki. Ciocia przytulała i głaskała ulubionego kotka, a on
oddźwięczał się mruczeniem. Potem wzięła na ręce Murzyna i wyszły na dwór. Tam
spotkały, ciągle przyglądającego się
całej akcji Gerarda. Poszły wolno do
ogrodu, a Kaczor człapał za nimi. Potem przeszły drogą nad staw. Tam Gerard
dołączył do dziewczyn i zaczepił nieśmiało Danutę. Ta uśmiechnęła się do niego
i rozmawiali ze sobą. Wieczorem wrócił na podwórko w zupełnie innym nastroju.
Nie czuł się taki samotny, bo zaprzyjaźnił się z Danutą.
Nowy kaczor Gerard i jego samotność na podwórku.
Benedykt długo opłakiwał swoją ukochaną i
dzieci, które się nie wykluły. Trudno go było udobruchać. Klementyna tłumaczyła
mu i pocieszała jak mogła, ale on ciągle miał smutek na twarzy. Na szczęście
wyszło słońce i można było wygrzewać się długo na podwórku. Benedykt już miał
dosyć tego deszczu i zimna. Dziewczyny Klara, Klementyna i Danuta wyruszały
powoli na krótkie spacery do ogrodu i nad staw. Benedykt chodził razem z
Ryszardem i nie chciał wcale z nimi nigdzie iść. Pewnego razu na podwórku
pojawił się trzeci kaczor o imieniu Gerard. Podobno starsza pani dostała go w
prezencie od swojej zaprzyjaźnionej sąsiadki. Benedyktowi nie spodobał się ten
nowy zarozumiały kaczor i na wstępie spuścił mu lanie, żeby trochę utrzeć mu
nosa. Gerard trochę się wstydził, bo na tę scenę nadeszły dziewczyny i wszystko
widziały. Od tej chwili już nie był taki hardy i nie podskakiwał do kaczorów.
Bardzo nie chciał być sam. Zrobiło mu się bardzo markotno na duszy. Postanowił
zaprzyjaźnić się z dziewczynami. Nie chciał znowu rozdrażnić Benedykta, dlatego
wybrał się na samotny spacer nad staw.
Liczył, że tam może spotka dziewczyny. I tak też się stało. Nad staw przyszły
wszystkie trzy. Podpłynął do nich i zapytał, czy może się przyłączyć.
Dziewczyny nic nie odpowiedziały. Pływał jednak z nimi i chodził również po
ogrodzie. Na podwórko wrócił na samym końcu. Kiedy sobie dobrze podjadł poszedł
spać pod schodami. Na drugi dzień postanowił sobie, że znowu spróbuje. Myślał
długo w noc jak zaimponować dziewczynom. Z wrażenia nie mógł spać, aż zastał go
świt. Dopiero nad ranem trochę przysnął.
Petronela zginęła w nocy...
Deszcz tak lał przez długie dni, że nasza
największa z rzek Wisła wystąpiła z brzegów. Na całej wsi zapanowała bardzo
nerwowa i niepewna sytuacja i atmosfera. Wszyscy bali się, że woda nas zaleje i
pakowali cały swój dobytek i wynosili na strych. Gospodyni głośno się modliła o
poprawę pogody, bo miała przecież spory inwentarz. Bardzo była przywiązana do
krowy Czarnuli i do Biedronki. O kaczki się nie bała, bo te umiały pływać, ale
przecież miała sporo kur. Tereny znajdujące się tuż przy Wiśle zostały
całkowicie zalane, tylko wały chroniły naszą wieś przed zalaniem. Okazało się
że w niektórych miejscach wały zaczęły przeciekać. Wszystkie dzikie zwierzęta,
które zamieszkiwały tamtejsze tereny przemieściły się w pobliże ludzkich domów.
W naszym ogrodzie Kasia z Wojtusiem widzieli kilka sarenek jak stały i szukały
dla siebie schronienia. Zdarzyła się też tragiczna sytuacja, bo w nocy zniknęła
Petronela, która przed oborą wysiadywała jajka. Prawdopodobnie jakiś lis ją
ściągnął z jajek i pożarł, tylko po niej pióra pozostały. Benedykt, bardzo
długi czas ją opłakiwał, bo była dobrze zapowiadającą się kaczą mamą i żoną.
Małgorzata ocalała tylko dlatego, bo kurnik na noc był zamknięty. Teraz tylko
ona wysiadywała jajka i tylko w niej była nadzieja, że będą zaraz wykluwać się
małe. Było bardzo zimno, więc musiała dobrze ogrzewać je, żeby cokolwiek się
wylęgło. Ciocia Basia przez cały czas opiekowała się małym kurczaczkiem, który
niedawno pierwszy wykluł się z jajek, Petroneli. Kurczaczek piszczał i szukał
ciepła, więc ciocia Basia podkładała do pieca co chwilę. Bardzo lubił grzać się
zamknięty w dłoni cioci Basi. Smyrał ją dziobkiem w rękę, bo bardzo lubił to
ciepło, które ogrzewało jego malutkie ciałko. Kiedy wypuściła go z koszyka
biegał po całej kuchni i piszczał.
Modlitwy o poprawę pogody zostały wysłuchane. Na szczęście Wisła nie
zalała naszej miejscowości. Po kilku dniach nareszcie wyszło słoneczko i woda
zaczęła powoli wsiąkać.
poniedziałek, 30 marca 2015
Historia życia naszej PiPi.
W 2010 r. mąż starszej pani zmarł po
długiej i ciężkiej chorobie. W tym samym czasie na ziemię spadło bardzo dużo
deszczu. Dom znajdował się niedaleko wałów, które groziły pęknięciem i zalaniem
całej okolicy. Wszyscy w wielkim strachu pakowali swój dobytek i wynosili na
strych. Na dworze ciągle padał deszcz i było zimno. Córka starszej pani miała
dwie krowy, kury i parę kaczek. Kaczka Petronela siedziała właśnie na jajkach. Nagle jedno
jajko pękło i z niego wydostał się czarny stworek. Kaczki są większe i
żółciutkie, dlatego nie spodobał się jej ten czarny kurczaczek i wyrzuciła go z
koszyka, na zimną mokrą od wody ziemię. Kurczaczek piszczał bardzo głośno
wołając o pomoc, bo mu było bardzo zimno. W tym samym czasie z obory wychodziła
właśnie gospodyni i usłyszała wołanie, zabrała go do domu i otuliwszy w szmatkę
włożyła do koszyczka. Położyła koszyczek na parapecie, z którego dochodziły
ciągle popiskiwania. Kot Lucyna chodziła po kuchni i oblizywała się ze smakiem.
Kiedy to zobaczyła młodsza córka zabrała
go do drugiego domu. Tam napaliła w piecu, ugotowała jajko na twardo,
przegotowała wody i próbowała nakarmić czarnego piszczącego malucha. Wsadziła
go do pojemnika i zachęcała, żeby zajadał, ale on nie potrafił. Stukała palcem
w podłogę i w ten sposób udając dziobanie kury uczyła go jeść. Po kilku dniach
trochę się wypogodziło i na niebo wyszło słoneczko. Na świecie od razu zrobiło
się cieplej i weselej. Młodsza córka wyniosła kurczaczka na dwór. Koty bardzo
lubiły młodszą córkę i od razu przybiegły na spotkanie, ale ona odganiała je
obawiając się żeby go nie zjadły. Zwierzęta były zdezorientowane i nie
wiedziały co to znaczy. Chodziły tam i z powrotem i płakały głośno. Potem
kurczakiem zajęła się babcia. Karmiła go i pilnowała przed kotami. Ponieważ nie
umiał nic powiedzieć oprócz pipi nazwała go Pipi. Potem z PiPi wyrosła nie duża
kokosz cała brązowa tylko szyję miała złotego koloru. Była oswojona i jadła z
ręki. Jak się do niej mówiło Pipi biegła zaciekawiona i chodziła jak pies przy
nodze. Można ją też było pogłaskać, tak była oswojona. Nigdy bym Pipi nie
zjadła na obiad. Po dwóch latach Pipi
zdechła w kurniku i zakopali ją do ziemi. I tak zakończyła się historia życia
PiPi.
Nasza mała jaskółeczka.
Wieczorem Małgorzata obwieściła
Ryszardowi, że zniesie jajko i zasiadła w koszu, który stał, przygotowany dla
niej w kurniku. Kiedy kaczki wieczorem poszły spać rozpadał się bardzo mocny
deszcz, który padał całą noc. Temperatura bardzo spadła, że czuć było duże
ochłodzenie. Kiedy ranek wstał widać było pełno kałuż i mgła zaległa całą
okolicę. Nikomu nie chciało się wychodzić z kurnika. Kury siedziały osowiałe i
zaspane. Kogut Walter nie piał w ogóle. Kaczki też siedziały spokojnie pod
schodami i nie wychodziły na zewnątrz, bo im było dobrze w środku. Tylko krowa
Czarnula ryczała , bo czas było na dojenie i chciało się jej jeść. Gospodyni
ubrana w płaszcz przeciwdeszczowy przyszła oporządzić swoją zwierzynę. Otworzyła
wejście kaczkom i uchyliła lekko drzwi kurnika. Małgorzata zobaczyła, że
zniosła drugie jajko i była z siebie bardzo dumna. Nie mogła się doczekać,
kiedy opowie o tym Ryszardowi. Nagle z obory wyfrunęła na świat jaskółka i
zaczęła bardzo nisko latać, co wróżyło, że pogoda dalej będzie deszczowa i że
długo się nie poprawi. Jaskółka zamieszkała w naszej oborze na wiosnę. Najpierw
szukała dobrego miejsca na osiedlenie się. Potem kiedy już wybrała sobie dobre
i bezpieczne miejsce w oborze, zaczęła budować swoje gniazdko. Znosiła i
znosiła materiał do budowy gniazdka do obory, aż wreszcie gniazdko było gotowe.
Ulepiła go z błota i wymościła miękkimi piórkami. Potem zniosła jajka i
wysiadywała je cierpliwie. Gospodyni zaraz go zauważyła, bo często przy niej
opuszczała gniazdko i wracała z powrotem. Na szczęście koty nie mogły się tam
dostać, bo krowa Czarnula broniła wejścia swoim ciałem. Lucyna, kiedy
przychodziła na mleko często spoglądała w tamtym kierunku oblizując się przy
tym ukradkiem. Szkoda by było, gdyby dobrała się do gniazdka. Zresztą i tak
dużo narobiła szkód wśród Szpaków, które ciągle zławiała.
Wierny Benedykt.
Benedykt w tym czasie kiedy jego żona
siedziała na jajkach, był smutny i
zadumany. Dziewczyny jak mogły tak go pocieszały. Najbardziej starała się
Klementyna. Do niej postanowił Benedykt się przysunąć. Była piękną dorastającą
panną o bardzo zgrabnych nogach i ślicznych zmysłowych oczach. Zabierał teraz
wszystkie trzy na spacer do ogrodu, a potem szli także popływać nad staw. Panny
były teraz zadowolone, bo miały dobrego opiekuna. Jedna przed drugą próbowały
przymilać się do Benedykta. On jednak pamiętał zawsze o Petroneli i jak znalazł się na podwórku,
zapraszał ją na posiłek i jadł z nią często obiad. Petronela wracała jednak
bardzo szybko do koszyka, bo bardzo
chciała, żeby nie przeziębić jajek. Ciocia Basia też kiedyś przyszła odpocząć
nad wodę. Wzięła ze sobą duży miękki koc, na którym zaraz się położyła. Pies
Donald przyszedł za nią, bo mu się bardzo samemu nudziło. Skakał do góry i
bardzo głośno szczekał z radości. Potem turlał się na trawie, bo rozpierała go
radość. Ptaki ucichły na chwilę i przyglądały się co się dzieje. Nagle
nadleciał z daleka młody dzięcioł i zabrał się za robotę. Kiedy to usłyszał
Donald na chwilę przestał szaleć i nasłuchiwał uważnie. Usiadł przy cioci i
próbował dostrzec intruza, który teraz próbował zakłócić spokój. Ptaki ponownie
zaczęły śpiewać, tak że nad stawem zrobiło się bardzo miło i radośnie. Donald
zasłuchał się i zapadł w drzemkę. Śniło mu się że ciocia Basia zabrała go do
Warszawy i że tam u niej pałaszuje pyszne jedzonko. Tak mu smakowało, że zaczął
przez sen się oblizywać. Ciocia zaraz to
zauważyła i postanowiła szybko wracać do domu. Po powrocie naszykowała swemu
pupilowi smacznej kaszy z mielonką i pożywnej karmy. Do drugiej miseczki nalała
czystej wody. Kaczki poszły także na podwórko, bo tam czekała na nie pewna i
smaczna kolacja.
Macierzyństwo Petroneli.
Kaczki mocno już głodne postanowiły
przerwać pływanie i udały się na podwórko, gdzie czekało na nie bardzo pożywne
jedzenie. Gospodyni napełniła pojemniki pysznymi ziemniakami, które uwielbiały.
Poranne pływanie spowodowało, że miały wilcze apetyty. Podjadły sobie dobrze i
usiadły koło misek i zaczęły drzemać. W pewnej chwili ocknęła się ze snu
Petronela i obudziła z drzemki swojego ukochanego. Zaproponowała Benedyktowi
spacer do ogrodu. Benedykt był półprzytomny, bo właśnie zasnął i śniło mu się
coś miłego. Musiał poruszyć parę razy
skrzydłami, żeby do końca się rozbudzić. Wreszcie udało mu się wrócić do
rzeczywistości. Wziął głęboki oddech, poruszył leniwie szyją, zamrugał oczami
i ruszył powoli tuż za swoją towarzyszką. Petronela
zaproponowała, żeby poszli i ukryli się za krzakami porzeczek, gdzie prawie
nikt nie zaglądał. Bo miała mu coś bardzo ważnego do powiedzenia. Kiedy już leżeli obok siebie wzięła go za rękę
i powiedziała mu bardzo cicho, że będą mieli małe dzieci. Jesteś tego pewna zapytał
Benedykt? Tak odpowiedziała mu jego żona. Co w takiej sytuacji się robi zapytał
znowu zatroskany mąż? Będę znosić jajka i potem ciepłem swojego ciała je
ogrzewać. A kiedy przyjdzie pora na świat zaczną wykluwać się małe żółte
pisklęta. Potem będziesz mi musiał pomagać, żeby wyrosły na dobre kaczki,
obyśmy nie musieli się za nie wstydzić. To bardzo trudne zadanie stoi przed
nami moja ukochana. Mam nadzieję, że sprostamy temu trudnemu zadaniu,
powiedział zamyślony Benedykt. Widziałem
przy oborze duży koszyk wymoszczony słomą. Może tam, jak zniesiesz jajka
zasiądziesz? To dobry pomysł odpowiedziała mu żona. To chodźmy i obejrzyjmy ten
koszyk. Jak powiedzieli, tak też zrobili. Przeszli przez cały ogród i znaleźli
się na podwórku. Petronela weszła do koszyka i zniosła pierwsze jajko. Potem
znosiła jedno po drugim, tak że uzbierało się ich dziewięć. Następnie siedziała
i ogrzewała swoim ciepłem wszystkie jajka. Z jajek schodziła tylko po to, żeby
coś zjeść i się napić.
piątek, 27 marca 2015
Poranek na wsi i porządki na podwórku.
Nazajutrz rano pani gospodyni dosyć
wcześnie otworzyła wejście kaczkom i pozwoliła żeby sobie powoli wychodziły.
Sama zabrała się za dojenie krowy Czarnuli i karmienie małej krówki o imieniu
biedronka. Tak właśnie postanowiła nazwać małą córeczkę Czarnuli. Po skończonym
dojeniu postanowiła wygonić obie na łąkę, żeby sobie podjadły trochę trawy na
powietrzu. Założyła postronek na obie krowy i poganiała je żeby wychodziły.
Krowy wyszły posłusznie z obory i skierowały się ku drodze, która prowadziła na
łąkę. Po drodze Czarnula nie wytrzymała i zaczęła robić kupy. Pozostawiła za
sobą cztery czarne placki. Gdy to zobaczyły kury i kaczki okropnie się
zdenerwowały, bo nie chciały siedzieć na tak brudnym podwórku. Kury wybiegły do
ogrodu, a Benedykt złapał Petronelę za
rękę i dali reszcie znak, żeby szybko się wynosili z podwórka. Ponieważ pogoda
była równie piękna jak wczoraj pomaszerowali wszyscy szybko nad staw. Tam z
rozkoszą zajęli się pływaniem, zabawą i nurkowaniem. Gospodyni w tym samym
czasie doszła na łąkę i wziąwszy dwa paliki wbiła je do ziemi, potem
przywiązała do nich Czarnulę i Biedronkę. Tak była zajęta, że zupełnie
zapomniała o tym, żeby nalać mleka kotom. Te bardzo głodne wyszły jej na
spotkanie i głośno miałczały prosząc o jedzenie. Kiedy doszła do obory, nalała
im mleka i sama zabrała się za porządkowanie podwórka zabrudzonego przez
Czarnulę. Później wywiozła gnój na swoje miejsce, gdzie się znajdował. Potem
pościeliła słomą krowie legowiska i dopiero zabrała się za szykowanie jedzenia
dla kur i kaczek. Szczególnie w tych gorących dniach pamiętała, żeby ponalewać
wody do pojemników, które stały na podwórku. Dobrze widziała wszystko co się
święci w kaczej rodzinie. Postanowiła
zorganizować dwa koszyki: Jeden dla Petroneli i drugi dla Małgorzaty, Bo jak
się kochają to na pewno zaraz będą dzieci, myślała gospodyni. Jeden koszyk
wymoszczony słomą postawiła na dole w kurniku, a drugi na dworze pod daszkiem,
tuż przy oborze.
środa, 25 marca 2015
Dziwny telefon...
Był mroźny, styczniowy wieczór. Majka siedziała w pokoju i czytała książkę. Nagle zadzwoniła jej komórka. Dziewczyna odebrała, ale w słuchawce usłyszała tylko:
-Pomóż mi...
Spojrzała na wyświetlacz: Anka;*
Ania była jej najlepszą przyjaciółką od piaskownicy. Wszędzie chodziły razem, były nierozłączne.
Maja pomyślała, że to głupi żart, dlatego odłożyła telefon i czytała dalej. Jednak komórka nie dawała jej spokoju. Połączenia przychodziły co 5 minut. W końcu ze zdenerwowaniem rzuciła telefonem o ściane i dokończyła czytać książkę. Po 20 minutach, poczuła się głupio i podniosła telefon. Włączyła go i zobaczyła 30 nieodebranych połączeń, od tej samej osoby:
-Co to do cholery ma być>?-pomyślała
Zbiegła po schodach i poszła do salonu.
-Tato, myślę że u Anki coś się stało-powiedziała
-Ale jak to ?
- Nie gadaj tylko chodź. Mam złe przeczucia.
Gdy Majka dotarła do domu przyjaciółki osłupiała. Wielkie drzewo rosnące na podwórku złamało się i upadło prosto na dom . Anka mieszkała w mało zaludnionej części miasta, dlatego nikt tego nie zauważył. Tata Majki szybko zadzwonił po straż pożarną i pogotowie. Okazało się, że w domu była tylko Anka. Leżała pod gruzami, a w ręku trzymała telefon. Gdyby pomoc nie dotarła przez najbliższe 10 minut Anka zmarłaby. Jednak gdyby Majka przyszła z pomocą kilka godzin wczesniej Ania miałaby jedynie zadrapania.
-Pomóż mi...
Spojrzała na wyświetlacz: Anka;*
Ania była jej najlepszą przyjaciółką od piaskownicy. Wszędzie chodziły razem, były nierozłączne.
Maja pomyślała, że to głupi żart, dlatego odłożyła telefon i czytała dalej. Jednak komórka nie dawała jej spokoju. Połączenia przychodziły co 5 minut. W końcu ze zdenerwowaniem rzuciła telefonem o ściane i dokończyła czytać książkę. Po 20 minutach, poczuła się głupio i podniosła telefon. Włączyła go i zobaczyła 30 nieodebranych połączeń, od tej samej osoby:
-Co to do cholery ma być>?-pomyślała
Zbiegła po schodach i poszła do salonu.
-Tato, myślę że u Anki coś się stało-powiedziała
-Ale jak to ?
- Nie gadaj tylko chodź. Mam złe przeczucia.
Gdy Majka dotarła do domu przyjaciółki osłupiała. Wielkie drzewo rosnące na podwórku złamało się i upadło prosto na dom . Anka mieszkała w mało zaludnionej części miasta, dlatego nikt tego nie zauważył. Tata Majki szybko zadzwonił po straż pożarną i pogotowie. Okazało się, że w domu była tylko Anka. Leżała pod gruzami, a w ręku trzymała telefon. Gdyby pomoc nie dotarła przez najbliższe 10 minut Anka zmarłaby. Jednak gdyby Majka przyszła z pomocą kilka godzin wczesniej Ania miałaby jedynie zadrapania.
wtorek, 24 marca 2015
Klasztor Zen
Nadszedł czas spotkania z mistrzem. Uczniowie Zen zaczęli zadawać wiele pytań Attar de Neishapurowi:
- Mistrzu, opowiedz nam o Stwórcy! Jaki on jest?
- Stwórca jest nieznany i niepoznawalny. Każde twierdzenie o nim, każda odpowiedź na wasze pytanie będzie zniekształceniem prawdy.
Uczniowie zafascynowani mądrymi odpowiedziami mistrza zaczęli zadawać coraz więcej pytań. Jednak Neishapur chciał jak najszybciej zakończyć to spotkanie. Widać było w jego oczach wielki niepokój, jakby coś złego wisiało w powietrzu nad klasztorem. Nagle do sali wbiegł najwierniejszy sługa mistrza – Malik:
- Mistrzu! Czarne chmury wiszą nad Klasztorem Zen. Twój praprzodek Tuan Mu Tsu chce wykraść księgę dziejów świata!
- Postaraj się sprowadzić do klasztoru mnichów Zen. – Powiedział zamyślony mistrz. – Ja tymczasem udam się w podróż do Ranzaia. Być może on będzie miał wiedzę na temat planów Tuana Mu Tsu.
Malik od razu poszedł wykonać polecenie mistrza, gdy on sam udał się w długą podróż na złociste pola. Wyprawa ta zapowiadała się na wyjątkowo spokojną, aż za spokojną! W końcu zmęczony mistrz po całodniowym marszu postanowił uciąć sobie drzemkę. Nic nie zapowiadało, że w środku ogromnego lasu ktoś może wyrwać go ze snu:
- Miłościwy Panie. Proszę się obudzić!
- W czym ci mogę pomóc? – Zapytał nieco rozkojarzony mistrz.
- Spotkałem w lesie długowłosego człowieka, który powiedział mi, iż znajdę tutaj osobę, która da mi drogocenny kamień.
Attar de Neishapur od razu domyślił się, że maczał w tym palce ktoś bardzo przebiegły -wyjątkowo uzdolniony magicznie. Zajrzał do swej sakiewki i ujrzał błękitny kamień, którego jeszcze kilka godzin temu tam nie było.
- Proszę. Pewno o ten kamień ci chodzi.
- Tak!
Uradowany chłop uciekł z diamentem. Mistrz nie tracąc czasu wyruszył w dalszą drogę. Przez cały czas zastanawiał się kto jest do tego zdolny, aby podłożyć kamień do sakiewki nie budząc go przy tym. Nagle przypomniał sobie kogoś kto mógł to uczynić. Był to nieśmiertelny mag, zwany Joneyeda. Osoba wyjątkowo zdolna, która kilka tysięcy lat temu znalazła się w posiadaniu eliksiru nieśmiertelności. Joneyeda nigdy nie miał ochoty przejąć władzy nad światem. Dla niego liczy się tylko domek, w którym ciągle przygotowuje jakieś magiczne wywary. Neishapur postanowił odwiedzić go, gdyż było mu to po drodze. Zbliżał się wieczór ale mistrz nie miał ochoty tracić ani chwili na odpoczynek. Pomimo swojego wieku mógł wytrzymać kilka nocy bez snu. Joneyeda wiedział, że mistrz zjawi się lada chwila dlatego tez mu na spotkanie by jak najszybciej go powitać:
- A więc tak wygląda wielki Attar de Neishapur. Człowiek, który wie, gdzie znajduje się Księga Dziejów Świata.
- Chciałeś aby przyszedł, więc jestem...
- Tak oczywiście. Szykuje się bitwa, która może zmienić przyszłość. Tuan Mu Tsu chce zniszczyć księgę dziejów świata i zastąpić ją inną. Taką, w której on rządzi światem!
- Wiem, lecz Tuan Mu Tsu zapomniał o małym szczególe. Księga Dziejów Świata znajduje się głęboko w podziemiach klasztoru i tylko ja wiem jak tam trafić.
- No cóż. Nie zapomnij o jego przebiegłości. Chcę byś zachował szczególną ostrożność. Wciąż pamiętam tamten dzień, w którym dowiedziałem się, że Tuan Mu Tsu mnie zdradził, a teraz myślę jak się na nim zemścić. Z resztą, gdy klasztor zostałby zniszczony, nie darowałbym sobie tego.
- Jedyna rzeczy, o jaką się obawiam to klasztor i moi uczniowie.
- Rozumiem cię. Proszę wiec tylko o to byś przemyślał moją propozycję.
- Powiedz nieco jaśniej.
- Stworze armię shojów, obrońców klasztoru.
Mistrz odszedł bez odpowiedzi. Wiedział, że na Joneyede można liczyć. Zanim Attar de Neishapur wyszedł z lasu, minęło kilka godzin. Odtąd znajdował się poza granicami swej krainy. Na szczęście Złociste Pola nie należą do jakiś specjalnie wrogich, wiec mistrz mógł spokojnie iść dalej. W pewnym momencie poczuł dziwne drżenie rąk. Był to znak, że w klasztorze dzieje się coś złego. Przyspieszył kroku. W końcu po paru godzinach poszukiwań jego oczom ukazała się mała chatka, znajdująca się na szczycie wzniesienia, ale Ranzaia nie było w domu.
- Gdzie jesteś Ranzai?
- Jestem tutaj cały czas. - Odrzekł wynurzając się ze złocistych pól
- Czemu się ukrywasz?
- Co cię do mnie sprowadza? Zapytał nie odpowiadając na pytanie mistrza.
- Klasztor Zen jest w niebezpieczeństwie. Pomyślałem, że będziesz mógł mi pomóc.
- Przykro mi. Nie pomogę ci. Twoimi sprzymierzeńcami są shojowie, którzy zabili mego ojca.
- Uwais był wspaniałą osobą. Wiele się od niego nauczyłem. Poświęcił się w wielkiej sprawie. Gdyby nie on Tuan Mu Tsu już dawno opanowałby cały świat. Jako ostatni mieszkaniec Złocistych Pól nie możesz przechodzić obojętnie wobec tej sprawy. Twoja kraina tez może być zagrożona!
- Tuan Mu Tsu doskonale wie, że ta kraina jest ostatnia rzeczą jaką byłby w stanie podbić. Nie obawiam się jego i całej armii shojów.
- Wysłuchaj mnie Ranzai. Tuan Mu Tsu chce przejąć władze nad światem i może to zrobić niszcząc księgę dziejów świata. Jeśli to zrobi to także twoje Złociste Pola mogą ulec zniszczeniu.
- Mój ojciec zawsze mawiał: Kto wie, nie mówi. Kto mówi, nie wie. Dzięki temu wielkie skarby kakuanów są bezpieczne po dziś dzień. Jeżeli zaś chodzi o klasztor to.... – Ranzai nie chciał zdradzić powierzonych mu sekretów.
- Proszę cię powiedz. W klasztorze dzieje się coś złego. Gdy nie zjawię się na czas, cała przyszłość może ulec tragicznej zmianie!
- No dobrze. Jalal ud-Din Rumi napisał księgę dziejów świata po to, by panował ład i porządek. Nie spodziewał się jednak, że jego syn Tuan Mu Tsu będzie zazdrosny o to, że księgę przekazał drugiemu z jego synów – Sa’di di Shirazowi. Od tego momentu w Tuanie Mu Tsu zaczęła się gromadzić nienawiść do Klasztoru Zen. Kiedyś znalazł mapę prowadzącą do księgi dziejów świata. Wiedział, że ta zdobycz przyda mu się do zemsty. Chciał jak najwięcej dowiedzieć na temat klasztoru jak i samej księgi. Pewnego dnia Tuan Mu Tsu spotkał pewnego młodego magika, przez niektórych zwanego Joneyeda. Zauważył, ze ma w ręku małą fiolkę z jakimś dziwnym eliksirem. Bardzo go to zainteresowało. Po krótkiej rozmowie obaj doszli do ugody. W zamian za nieśmiertelność Tuan Mu Tsu da mu mnóstwo pieniędzy. Wszystko szło po ich myśli jednak Joneyeda nie wiedział, że jego nowy przyjaciel go okłamał. Po śmierci Sa’di di Shirazy nowym mistrzem został Shams-e Tibirizi. Dla Tuana Mu Tsu nie było w tym nic dziwnego. Shams-e od początku pokazywał się z jak najlepszych stron. Był najzdolniejszy ze wszystkich mnichów zen, dlatego tez Sa’di di Shiraza nie miał problemów z wyborem następcy. Tuan już wtedy postanowił zaatakować jednak był niedoświadczony i popełnił wiele błędów. W przeciwieństwie do Shams-e Tibiriziego, który przeczuwając zagrożenie stworzył nową obronną armię pod-ludzi zwanych shojami. Jest to wyjątkowo waleczny gatunek, obdarowany ogromna siła fizyczną. Są nieco wyżsi niż zwykły człowiek, mają długie śnieżno-białe włosy, kryształowe oczy. Ich wzrok może doprowadzić do utraty przytomności.
- Mistrzu, opowiedz nam o Stwórcy! Jaki on jest?
- Stwórca jest nieznany i niepoznawalny. Każde twierdzenie o nim, każda odpowiedź na wasze pytanie będzie zniekształceniem prawdy.
Uczniowie zafascynowani mądrymi odpowiedziami mistrza zaczęli zadawać coraz więcej pytań. Jednak Neishapur chciał jak najszybciej zakończyć to spotkanie. Widać było w jego oczach wielki niepokój, jakby coś złego wisiało w powietrzu nad klasztorem. Nagle do sali wbiegł najwierniejszy sługa mistrza – Malik:
- Mistrzu! Czarne chmury wiszą nad Klasztorem Zen. Twój praprzodek Tuan Mu Tsu chce wykraść księgę dziejów świata!
- Postaraj się sprowadzić do klasztoru mnichów Zen. – Powiedział zamyślony mistrz. – Ja tymczasem udam się w podróż do Ranzaia. Być może on będzie miał wiedzę na temat planów Tuana Mu Tsu.
Malik od razu poszedł wykonać polecenie mistrza, gdy on sam udał się w długą podróż na złociste pola. Wyprawa ta zapowiadała się na wyjątkowo spokojną, aż za spokojną! W końcu zmęczony mistrz po całodniowym marszu postanowił uciąć sobie drzemkę. Nic nie zapowiadało, że w środku ogromnego lasu ktoś może wyrwać go ze snu:
- Miłościwy Panie. Proszę się obudzić!
- W czym ci mogę pomóc? – Zapytał nieco rozkojarzony mistrz.
- Spotkałem w lesie długowłosego człowieka, który powiedział mi, iż znajdę tutaj osobę, która da mi drogocenny kamień.
Attar de Neishapur od razu domyślił się, że maczał w tym palce ktoś bardzo przebiegły -wyjątkowo uzdolniony magicznie. Zajrzał do swej sakiewki i ujrzał błękitny kamień, którego jeszcze kilka godzin temu tam nie było.
- Proszę. Pewno o ten kamień ci chodzi.
- Tak!
Uradowany chłop uciekł z diamentem. Mistrz nie tracąc czasu wyruszył w dalszą drogę. Przez cały czas zastanawiał się kto jest do tego zdolny, aby podłożyć kamień do sakiewki nie budząc go przy tym. Nagle przypomniał sobie kogoś kto mógł to uczynić. Był to nieśmiertelny mag, zwany Joneyeda. Osoba wyjątkowo zdolna, która kilka tysięcy lat temu znalazła się w posiadaniu eliksiru nieśmiertelności. Joneyeda nigdy nie miał ochoty przejąć władzy nad światem. Dla niego liczy się tylko domek, w którym ciągle przygotowuje jakieś magiczne wywary. Neishapur postanowił odwiedzić go, gdyż było mu to po drodze. Zbliżał się wieczór ale mistrz nie miał ochoty tracić ani chwili na odpoczynek. Pomimo swojego wieku mógł wytrzymać kilka nocy bez snu. Joneyeda wiedział, że mistrz zjawi się lada chwila dlatego tez mu na spotkanie by jak najszybciej go powitać:
- A więc tak wygląda wielki Attar de Neishapur. Człowiek, który wie, gdzie znajduje się Księga Dziejów Świata.
- Chciałeś aby przyszedł, więc jestem...
- Tak oczywiście. Szykuje się bitwa, która może zmienić przyszłość. Tuan Mu Tsu chce zniszczyć księgę dziejów świata i zastąpić ją inną. Taką, w której on rządzi światem!
- Wiem, lecz Tuan Mu Tsu zapomniał o małym szczególe. Księga Dziejów Świata znajduje się głęboko w podziemiach klasztoru i tylko ja wiem jak tam trafić.
- No cóż. Nie zapomnij o jego przebiegłości. Chcę byś zachował szczególną ostrożność. Wciąż pamiętam tamten dzień, w którym dowiedziałem się, że Tuan Mu Tsu mnie zdradził, a teraz myślę jak się na nim zemścić. Z resztą, gdy klasztor zostałby zniszczony, nie darowałbym sobie tego.
- Jedyna rzeczy, o jaką się obawiam to klasztor i moi uczniowie.
- Rozumiem cię. Proszę wiec tylko o to byś przemyślał moją propozycję.
- Powiedz nieco jaśniej.
- Stworze armię shojów, obrońców klasztoru.
Mistrz odszedł bez odpowiedzi. Wiedział, że na Joneyede można liczyć. Zanim Attar de Neishapur wyszedł z lasu, minęło kilka godzin. Odtąd znajdował się poza granicami swej krainy. Na szczęście Złociste Pola nie należą do jakiś specjalnie wrogich, wiec mistrz mógł spokojnie iść dalej. W pewnym momencie poczuł dziwne drżenie rąk. Był to znak, że w klasztorze dzieje się coś złego. Przyspieszył kroku. W końcu po paru godzinach poszukiwań jego oczom ukazała się mała chatka, znajdująca się na szczycie wzniesienia, ale Ranzaia nie było w domu.
- Gdzie jesteś Ranzai?
- Jestem tutaj cały czas. - Odrzekł wynurzając się ze złocistych pól
- Czemu się ukrywasz?
- Co cię do mnie sprowadza? Zapytał nie odpowiadając na pytanie mistrza.
- Klasztor Zen jest w niebezpieczeństwie. Pomyślałem, że będziesz mógł mi pomóc.
- Przykro mi. Nie pomogę ci. Twoimi sprzymierzeńcami są shojowie, którzy zabili mego ojca.
- Uwais był wspaniałą osobą. Wiele się od niego nauczyłem. Poświęcił się w wielkiej sprawie. Gdyby nie on Tuan Mu Tsu już dawno opanowałby cały świat. Jako ostatni mieszkaniec Złocistych Pól nie możesz przechodzić obojętnie wobec tej sprawy. Twoja kraina tez może być zagrożona!
- Tuan Mu Tsu doskonale wie, że ta kraina jest ostatnia rzeczą jaką byłby w stanie podbić. Nie obawiam się jego i całej armii shojów.
- Wysłuchaj mnie Ranzai. Tuan Mu Tsu chce przejąć władze nad światem i może to zrobić niszcząc księgę dziejów świata. Jeśli to zrobi to także twoje Złociste Pola mogą ulec zniszczeniu.
- Mój ojciec zawsze mawiał: Kto wie, nie mówi. Kto mówi, nie wie. Dzięki temu wielkie skarby kakuanów są bezpieczne po dziś dzień. Jeżeli zaś chodzi o klasztor to.... – Ranzai nie chciał zdradzić powierzonych mu sekretów.
- Proszę cię powiedz. W klasztorze dzieje się coś złego. Gdy nie zjawię się na czas, cała przyszłość może ulec tragicznej zmianie!
- No dobrze. Jalal ud-Din Rumi napisał księgę dziejów świata po to, by panował ład i porządek. Nie spodziewał się jednak, że jego syn Tuan Mu Tsu będzie zazdrosny o to, że księgę przekazał drugiemu z jego synów – Sa’di di Shirazowi. Od tego momentu w Tuanie Mu Tsu zaczęła się gromadzić nienawiść do Klasztoru Zen. Kiedyś znalazł mapę prowadzącą do księgi dziejów świata. Wiedział, że ta zdobycz przyda mu się do zemsty. Chciał jak najwięcej dowiedzieć na temat klasztoru jak i samej księgi. Pewnego dnia Tuan Mu Tsu spotkał pewnego młodego magika, przez niektórych zwanego Joneyeda. Zauważył, ze ma w ręku małą fiolkę z jakimś dziwnym eliksirem. Bardzo go to zainteresowało. Po krótkiej rozmowie obaj doszli do ugody. W zamian za nieśmiertelność Tuan Mu Tsu da mu mnóstwo pieniędzy. Wszystko szło po ich myśli jednak Joneyeda nie wiedział, że jego nowy przyjaciel go okłamał. Po śmierci Sa’di di Shirazy nowym mistrzem został Shams-e Tibirizi. Dla Tuana Mu Tsu nie było w tym nic dziwnego. Shams-e od początku pokazywał się z jak najlepszych stron. Był najzdolniejszy ze wszystkich mnichów zen, dlatego tez Sa’di di Shiraza nie miał problemów z wyborem następcy. Tuan już wtedy postanowił zaatakować jednak był niedoświadczony i popełnił wiele błędów. W przeciwieństwie do Shams-e Tibiriziego, który przeczuwając zagrożenie stworzył nową obronną armię pod-ludzi zwanych shojami. Jest to wyjątkowo waleczny gatunek, obdarowany ogromna siła fizyczną. Są nieco wyżsi niż zwykły człowiek, mają długie śnieżno-białe włosy, kryształowe oczy. Ich wzrok może doprowadzić do utraty przytomności.
poniedziałek, 23 marca 2015
Wielka miłość Kaczora Ryszarda do kaczki Małgorzaty.
Na
drugi dzień ranek wstał też piękny i zapowiadało się że będzie upalnie. Całej
kaczej rodzinie wcale nie chciało się jeść. Pili za to wszyscy ile się dało.
Przedpołudniem cała kacza gromada pomaszerowała nad wodę, żeby się trochę ochłodzić. Zeszło im
tam do obiadu. Po drodze jak wracali ze stawu wstąpili do ogrodu. Czekały tam
na nich pyszne i miękkie gruszki, które niedawno pospadały na ziemię. Kaczki
trochę już głodne chętnie się nimi pożywiły. Potem pokładli się wszyscy w
cieniu drzew. Ryszard i Małgorzata trochę się od nich oddalili i położyli się
za krzakiem agrestu. Ryszard chciał dyskretnie coś powiedzieć swojej wybrance
Małgorzacie. Starał się przemówić do jej serduszka, bo bardzo mu się podobała
ta panna. Małgorzata kiedy usłyszała takie piękne słowa, skierowane do niej
bardzo się ucieszyła i odpowiedziała Ryszardowi tym samym. Uradowany Ryszard
uścisnął i pocałował Małgorzatę w sam dziubek. Kiedy tak wszyscy sobie
spokojnie odpoczywali przyszła Ciocia Basia z psem Donaldem i pokładli się w
cieniu. Ciocia położyła się na hamaku, a pies leżał na ziemi, tuż koło niej.
Pogoda była piękna i na szczęście już trochę się ochłodziło. Koty zaciekawione
obecnością cioci, też przyszły do ogrodu. Lucyna weszła na rozłożystą jabłoń i
wołała do siebie Szarusia i Misię. Ciotka Murzyn patrzyła uważnie na to całe
zajście. Koty zachęcone przez matkę wchodziły na drzewo jedno po drugim. Potem
zeskakiwały na ziemię i zaczepiały ciotkę Murzyna. Bawiły się i figlowały przez
dłuższy czas. Kaczki trochę zmęczone hałasem postanowiły oddalić się na
podwórko. Tam czekała na nich dobra i pożywna kolacja.
Wielka miłość kaczora Benedykta do kaczki Petroneli.
Dni teraz były piękne i prawie przez cały
czas świeciło słońce. Kury i kaczki przez cały dzień siedziały na dworze. W
rodzinie kaczek panowała zgoda i miłość. Kaczor Benedykt zakochał się w kaczce
Petroneli i ciągle zaglądał jej w oczy. Petronela bardzo się tego wstydziła i
ciągle odwracała od niego wzrok. Kaczor Ryszard za to bardzo polubił kaczkę
Małgorzatę i ciągle ją zagadywał. Małgorzata starała się jak mogła i przez cały
czas dotrzymywała mu towarzystwa w rozmowie. Klara Florentyna i Danuta stały
nieopodal i plotkowały o nich bez przerwy i zazdrościły okropnie. Pewnego dnia
Benedykt zaprosił Petronelę na spacer po ogrodzie, bo miał jej coś ważnego do
powiedzenia. Petronela trochę zawstydzona zgodziła się na ten spacer. Benedykt
poszedł przodem a za nim poczłapała jego wybranka. Najpierw zaprosił ją do
bufetu ogrodowego, gdzie zafundował jej pyszne danie składające się z owoców
porzeczki czarnej i czerwonej. Potem położyli się w cieniu i razem odpoczywali.
Wtedy to właśnie Benedykt oświadczył się Petroneli. Petronela cała zrobiła się
czerwona i nie wiedziała co ma powiedzieć. Było jednak jej bardzo miło, że to
właśnie ją wybrał kaczor Benedykt na swoją wybrankę. Po namyśle odpowiedziała
mu potakująco na słowa, które wcześniej usłyszała. I tak zostali parą
narzeczonych. Po krótkim odpoczynku Benedykt zaproponował Petroneli spacer nad
staw. Kiedy tam doszli spotkali resztę towarzystwa. Małgorzatę zagadującą
Ryszarda i trzy panny Klarę, Florentynę i Danutę. Wszyscy w najlepsze sobie
pływali i radośnie pokrzykiwali do siebie. Benedykt zaczął nurkować i zachęcał
do tego również Petronelę. Po wypłynięciu na powierzchnię zobaczył piękną lilię
wodną. Prędko ją zerwał i podarował swojej ukochanej. Kiedy sobie popływali wrócili na podwórko na
kolację.
Ogród, kaczki i Sikorka Bogatka.
Kaczkom i kurom dawała jeść gospodyni,
one same też chodziły i zbierały przez cały dzień po ogrodzie. W pojemnikach
stała przy kurniku pasza i woda. Zdarzało się też często, że dostawały gotowane
ziemniaki. Na noc od niedawna kaczki
chodziły spać pod schodami. Tam gospodyni pościeliła im słomy, żeby nie było im
zimno. W lecie zamykała wejście kratą, żeby miały dopływ świeżego powietrza, a
w zimie zamykała drzwi na skobel, żeby nikt niepowołany nie dostał się do
środka. W ogrodzie gospodyni miała sporo krzewów z porzeczką czarną i czerwoną.
Koło nich też rosły krzewy agrestu i pigwy. Miała też pyszne śliwki Renklody,
bardzo pyszne i soczyste gruszki, trzy drzewa czereśni, dwa wiśni, parę drzew
śliwek węgierek i dwie morele. Dalej rosły same duże rozłożyste jabłonie. W samym
rogu ogrodu rosły krzewy pysznych i kłujących malin. Tuż przed oknami rosły dwa
duże drzewa orzechów włoskich. Gospodyni miała też leszczynę, z której na
jesień zbierała sporo orzechów laskowych. Dalej za ogrodem znajdował się staw, do
którego czasami chodziły spragnione wody kaczki. Od strony stawu dochodziły
przez cały czas odgłosy kumkania żabi śpiew ptaków. Pewnego razu Piotrek
zauważył, że w skrzynce wysoko na ścianie domu zagnieździła się Sikorka
Bogatka. Latała po całym ogrodzie i zbierała materiał do budowy swojego nowego
gniazdka. Była bardzo sprytna i uwijała się szybko, bo czasu miała mało. Pewnej
niedzieli Piotrek wziął drabinę i zajrzał do środka. Jakież było jego
zdumienie, gdy zobaczył pięknie uwite gniazdko z sierści Cezara, różnych nitek
i trawy. A w środku leżało pięć małych jajeczek, które już zdążyła znieść młoda
sikorka. O wszystkim poinformował babcię i już więcej do sikorki nie zaglądał,
żeby jej nie przeszkadzać.
piątek, 20 marca 2015
Szarmancki pies Cezar.
Życie
na wsi nie było takie sielskie jak się wydaje niektórym osobom zamieszkującym
wielkie miasta. Często zwierzętom brakowało jedzenia. Najwięcej na ten temat
mógłby powiedzieć pies Donald. Ciocia Basia kiedy przyjeżdżała z Warszawy
najlepiej dbała o niego. Przywoziła ze sobą przepyszne smakołyki, które piesek
uwielbiał. Porządki zaczynała od wyszorowania do czysta, jego miski. Potem wkładała do niej czyste i świeże
jedzenie. Po tygodniu bycia na wsi Donald przybywał na wadze, a tak wyglądał
jak mały kościotrup. Czasami dostawał takie jedzenie, którego nie tknął przez
kilka dni. Był bardzo wybredny i nie zjadł byle czego. Jeśli miska brzydko
pachniała i jedzenie było niezbyt świeże nie jadł w ogóle. Nikt się o pieska
nie przejmował, bo na wsi ludziom się nie przelewa i nie będą dawać psu lepiej
jeść, niż samym sobie. Ale kiedy ktoś
dbał o jedzenie Donalda umiał okazać swoją psią wdzięczność. Cieszył się i
merdał ogonkiem. Piesek nie raz chorował po nieświeżym jedzeniu, dlatego kiedy
dostawał coś nieświeżego wolał nie jeść w ogóle. Wszyscy kochali Donalda i
głaskali go a o jedzenie dbała tylko babcia. Babcia dawała jeść też Cezarowi i
Norkowi. Pewnego razu babcia zachorowała i położyła się do łóżka. Trzeba ją
było zastąpić. Wtedy jeść Cezarowi dawała ciocia Basia. Pewnego dnia, gdy
otworzyła bramkę do boksu i zaczęła dawać psom jeść Cezar chciał powąchać
ciocię w rękę. Ona bardzo się bała, żeby jej nie ugryzł i uciekała z ręką. Pies
był jednak szybszy i położył swoją dużą wilczą mordę na ręce cioci. Ta zadrżała
ze strachu, bo pies jej nie znał i nie wiedziała co teraz nastąpi. Pies tylko
powąchał rękę swoją puchatą mordą i zaraz zabrał się za pałaszowanie pysznego
jedzenia. Ciocia Basia odebrała to jak pocałunek wdzięczności w rękę, za przyniesione
jedzenie. Babcię też często lizał z wdzięczności po rękach. No i mówią, że
zwierzęta są głupie i niewdzięczne.
Świat bez słów
Drzwi otworzyły się nie wydając najmniejszego nawet dźwięku. Wielką salę oświetlał teraz snop białego światła. Na progu stanęły dwie postacie. Dwie jakże różne postacie, wysoki mężczyzna i stojący obok niego skulony cień istoty człekokształtnej. Trzymał on coś na rękach. To coś zdawało się poruszać.
Nagle wrota zamknęły się. Zapanowała ciemność. W takiej chwili zostają uaktywnione inne zmysły. Wnętrze było wilgotne i chłodne, a w powietrzu można było wyczuć słodkawy zapach. Wyższa postać śmiało ruszyła w głąb pomieszczenia. Druga osoba nie zrobiła nawet kroku, stała jak słup soli, drżąc i wyraźnie bojąc się tego miejsca. Wiedziała, że prędzej czy później tu trafi. Lecz pokonała swój strach i zaczęła iść, jej ruchy były wymuszone i mechaniczne. Po przejściu paru metrów zawadziła o wystającą, długą, twardą i nieprawdopodobnie zimną rzecz. Znienacka pojawił się jego towarzysz. Czuć było od niego przejmujące zimno, wręcz nie ludzki chłód. Przemówił do cienia równie lodowatym głosem:
- Zaraz przejdziemy dalej, tam już wiszą w workach i nie zaczepiają przechodniów swoimi stopami. Niech pan się tak nie denerwuje, to czysta robota, odda mi doktor maleństwo i zapomnimy o jego istnieniu. Dobrze?- lekarz Mikołajewicz pokiwał twierdząco głową – a teraz chodźmy.
Słowa magazyniera wcale go nie uspokoiły. Nadal czuł strach przed tym, co ma zaraz zrobić. Popatrzył na dziecko. Noworodek wdzięcznie ruszał rączkami i pięknie się uśmiechał. Niestety maluch był nieświadomy swojej przyszłości.
Przewodnik czekał na lekarza przy dużym metalowym stole, wciąż nie domytym od krwi. Na około porozwieszane były czarne opakowania.
- Nie ma się czego bać oni już nic nie zrobią. O ten na przykład: tragiczna wypadek na budowie, wczoraj przez godzinę wyjmowałem mu kawał teownika, przeleciał na wylot przebijając kręgosłup. A szkoda, pewnie był dobrym ojcem i mężem. – powiedział z niesamowitą satysfakcją ekscentryczny człowiek, szybkim ruchem zapalając światło.
Dopiero teraz, gdy mała lampa oświetlała wnętrze doktor mógł go zobaczyć. Magazynier nosił na sobie zwykły robotniczy uniform, ale jego czarne wielki oczy i ziemista cera nie pasowały do wizerunku z reguły zapitego rosyjskiego pracownika. Jego zadbane dłonie, też zdradzały inność tego osobnika. Na twarzy medyka pojawiły się kropelki potu, jeszcze nigdy nie był w takim miejscu i w takim towarzystwie. Czarne indywiduum złożyło swoje ręce w dziwny znak, przypominający pentagram. Jeden z worków począł spazmatycznie drgać. W tej samej chwili dziecko zaczęło się wyrywać i krzyczeć. Nagle wszystko ustało a niemowlę straciło przytomność. Mikołajewicz usiłował go ocucić. Ale jego uszu dotarł szelest ściąganych prześcieradeł. Nawet nie zdążył spojrzeć za siebie.
Następnego dnia w kostnicy przybył nowy czarny worek z etykietą: 5 kwiecień 1979r. lekarz medycyny zagryziony przez sforę psów.
Nagle wrota zamknęły się. Zapanowała ciemność. W takiej chwili zostają uaktywnione inne zmysły. Wnętrze było wilgotne i chłodne, a w powietrzu można było wyczuć słodkawy zapach. Wyższa postać śmiało ruszyła w głąb pomieszczenia. Druga osoba nie zrobiła nawet kroku, stała jak słup soli, drżąc i wyraźnie bojąc się tego miejsca. Wiedziała, że prędzej czy później tu trafi. Lecz pokonała swój strach i zaczęła iść, jej ruchy były wymuszone i mechaniczne. Po przejściu paru metrów zawadziła o wystającą, długą, twardą i nieprawdopodobnie zimną rzecz. Znienacka pojawił się jego towarzysz. Czuć było od niego przejmujące zimno, wręcz nie ludzki chłód. Przemówił do cienia równie lodowatym głosem:
- Zaraz przejdziemy dalej, tam już wiszą w workach i nie zaczepiają przechodniów swoimi stopami. Niech pan się tak nie denerwuje, to czysta robota, odda mi doktor maleństwo i zapomnimy o jego istnieniu. Dobrze?- lekarz Mikołajewicz pokiwał twierdząco głową – a teraz chodźmy.
Słowa magazyniera wcale go nie uspokoiły. Nadal czuł strach przed tym, co ma zaraz zrobić. Popatrzył na dziecko. Noworodek wdzięcznie ruszał rączkami i pięknie się uśmiechał. Niestety maluch był nieświadomy swojej przyszłości.
Przewodnik czekał na lekarza przy dużym metalowym stole, wciąż nie domytym od krwi. Na około porozwieszane były czarne opakowania.
- Nie ma się czego bać oni już nic nie zrobią. O ten na przykład: tragiczna wypadek na budowie, wczoraj przez godzinę wyjmowałem mu kawał teownika, przeleciał na wylot przebijając kręgosłup. A szkoda, pewnie był dobrym ojcem i mężem. – powiedział z niesamowitą satysfakcją ekscentryczny człowiek, szybkim ruchem zapalając światło.
Dopiero teraz, gdy mała lampa oświetlała wnętrze doktor mógł go zobaczyć. Magazynier nosił na sobie zwykły robotniczy uniform, ale jego czarne wielki oczy i ziemista cera nie pasowały do wizerunku z reguły zapitego rosyjskiego pracownika. Jego zadbane dłonie, też zdradzały inność tego osobnika. Na twarzy medyka pojawiły się kropelki potu, jeszcze nigdy nie był w takim miejscu i w takim towarzystwie. Czarne indywiduum złożyło swoje ręce w dziwny znak, przypominający pentagram. Jeden z worków począł spazmatycznie drgać. W tej samej chwili dziecko zaczęło się wyrywać i krzyczeć. Nagle wszystko ustało a niemowlę straciło przytomność. Mikołajewicz usiłował go ocucić. Ale jego uszu dotarł szelest ściąganych prześcieradeł. Nawet nie zdążył spojrzeć za siebie.
Następnego dnia w kostnicy przybył nowy czarny worek z etykietą: 5 kwiecień 1979r. lekarz medycyny zagryziony przez sforę psów.
czwartek, 19 marca 2015
Mój pierwszy krok na obcej planecie
Z trudem wygrzebałem się ze specjalnego śpiwora, przymocowanego do ściany statku kosmicznego. Właśnie spełniało się moje największe marzenie: lot w kosmos. Nie zdawałem sobie do końca sprawy, jak do tego doszło. To stało się tak szybko: konkurs, wygrana, odebranie biletu, śpieszne przygotowania, i wreszcie odliczanie, start, ostatnie ostrzeżenia i wskazówki - to wszystko nagle odeszło w zapomnienie. Liczyła się tylko ta, jakże wyjątkowa i niepowtarzalna podróż.
Siedziałem w prowizorycznym fotelu, otulony srebrzystobiałym skafandrem. Ze zdenerwowaniem zaciskałem pięści, wbijając w skórę brudne paznokcie.
- No nie denerwuj się tak. - Uśmiechnął się mój towarzysz, a zarazem przyjaciel, Alfred.
Nie odpowiedziałem. Łatwo mówić "nie denerwuj się". A jeśli statek się zepsuje, jeśli meteoryt go uszkodzi? Jeśli skafander nie jest szczelny? Jeśli zabraknie tlenu? Ależ nie ma się czym przejmować, najwyżej zginiemy, ale cóż to dla nas!
Już czas. Przez ciasną śluzę wydostaliśmy się na zewnątrz. Zatrzymałem się, przymykając oczy, chcąc na zawsze zapamiętać tą podniosłą chwilę, mój pierwszy krok na obcej planecie. Rozejrzałem się i zamarłem z zachwytu. Moim oczom ukazały się olbrzymie góry i kratery. Powierzchnia planety spowita była gęstą mgłą, która nie pozwalała dostrzec nic więcej w promieniu kilkuset metrów. Wszystko to miało kolor bladopomarańczowy, gdzieniegdzie przybierając brunatne barwy. Chciałem zrobić kolejny krok, zamiast tego wzbiłem się lekko w górę, poszybowałem kilka metrów naprzód, po czym miękko wylądowałem na usypanej kamieniami ziemi. W uniesieniu obserwowałem niewyraźnie widoczne przez mgłę, ale ogromne gwiazdy. Odbiłem się ponownie, po czym znowu, i jeszcze raz, ciesząc się jak małe dziecko, które w końcu nauczyło się skakać. Daleko w tyle zostawiłem Alfreda, badającego z zaciekawieniem każdy najmniejszy szczegół planety. Mnie to nie interesowało, parłem niestrudzenie naprzód, wspinając się po stromych i skalistych zboczach. Czułem się wspaniale, cały wszechświat stał przede mną otworem. Nagle, pod wpływem chwili, gwałtownie ściągnąłem okrywający moją głowę hełm. Nic się nie stało, zauważyłem natomiast, że powietrze nasiąknięte jest wonią kwasu siarkowego. Odwróciłem się. Brunatnopomarańczowa mgła nie pozwoliła mi dostrzec Alfreda ani statku. Zawróciłem. Szedłem, z rozkoszą opierając się grawitacji. Nareszcie ujrzałem przyjaciela, który z przerażeniem zauważył, że ściągnąłem hełm. Podbiegł do mnie, po czym ze strachem zapytał, co ja wyprawiam. Wytłumaczyłęm mu, że nic mi nie jest, a on odparł tylko, że musimy już wracać do statku. Niechętnie ruszyłęm za nim.
Nagle obudziłem się. Moja żona siedziała przy szpitalnym łóżku, ze łzami w oczach wpatrując się w moją twarz.
- Gdzie... Gdzie ja jestem? - Zapytałem cicho, usiłując podnieść rękę, ale, ku memy zdziwieniu, nic nie poczułem.
- Straciłeś przytomność, ledwie udało się im wrócić z tobą na Ziemię. - Odpowiedziałam wybuchając płaczem.
Zasnąłem.
Obudziłem się we własnym łóżku. "To był sen? Taki realny..." - Pomyślałem, podnosząc się i zakładając ranne pantofle. Zszedłem po schodach do kuchni, chcąc opowiedzieć o wszystkim żonie. Zatrzymałem się w pół kroku.
- Ach, to był tylko sen. Przecież ja nie mam żony... - Mruknąłem ze zdziwieniem.
Siedziałem w prowizorycznym fotelu, otulony srebrzystobiałym skafandrem. Ze zdenerwowaniem zaciskałem pięści, wbijając w skórę brudne paznokcie.
- No nie denerwuj się tak. - Uśmiechnął się mój towarzysz, a zarazem przyjaciel, Alfred.
Nie odpowiedziałem. Łatwo mówić "nie denerwuj się". A jeśli statek się zepsuje, jeśli meteoryt go uszkodzi? Jeśli skafander nie jest szczelny? Jeśli zabraknie tlenu? Ależ nie ma się czym przejmować, najwyżej zginiemy, ale cóż to dla nas!
Już czas. Przez ciasną śluzę wydostaliśmy się na zewnątrz. Zatrzymałem się, przymykając oczy, chcąc na zawsze zapamiętać tą podniosłą chwilę, mój pierwszy krok na obcej planecie. Rozejrzałem się i zamarłem z zachwytu. Moim oczom ukazały się olbrzymie góry i kratery. Powierzchnia planety spowita była gęstą mgłą, która nie pozwalała dostrzec nic więcej w promieniu kilkuset metrów. Wszystko to miało kolor bladopomarańczowy, gdzieniegdzie przybierając brunatne barwy. Chciałem zrobić kolejny krok, zamiast tego wzbiłem się lekko w górę, poszybowałem kilka metrów naprzód, po czym miękko wylądowałem na usypanej kamieniami ziemi. W uniesieniu obserwowałem niewyraźnie widoczne przez mgłę, ale ogromne gwiazdy. Odbiłem się ponownie, po czym znowu, i jeszcze raz, ciesząc się jak małe dziecko, które w końcu nauczyło się skakać. Daleko w tyle zostawiłem Alfreda, badającego z zaciekawieniem każdy najmniejszy szczegół planety. Mnie to nie interesowało, parłem niestrudzenie naprzód, wspinając się po stromych i skalistych zboczach. Czułem się wspaniale, cały wszechświat stał przede mną otworem. Nagle, pod wpływem chwili, gwałtownie ściągnąłem okrywający moją głowę hełm. Nic się nie stało, zauważyłem natomiast, że powietrze nasiąknięte jest wonią kwasu siarkowego. Odwróciłem się. Brunatnopomarańczowa mgła nie pozwoliła mi dostrzec Alfreda ani statku. Zawróciłem. Szedłem, z rozkoszą opierając się grawitacji. Nareszcie ujrzałem przyjaciela, który z przerażeniem zauważył, że ściągnąłem hełm. Podbiegł do mnie, po czym ze strachem zapytał, co ja wyprawiam. Wytłumaczyłęm mu, że nic mi nie jest, a on odparł tylko, że musimy już wracać do statku. Niechętnie ruszyłęm za nim.
Nagle obudziłem się. Moja żona siedziała przy szpitalnym łóżku, ze łzami w oczach wpatrując się w moją twarz.
- Gdzie... Gdzie ja jestem? - Zapytałem cicho, usiłując podnieść rękę, ale, ku memy zdziwieniu, nic nie poczułem.
- Straciłeś przytomność, ledwie udało się im wrócić z tobą na Ziemię. - Odpowiedziałam wybuchając płaczem.
Zasnąłem.
Obudziłem się we własnym łóżku. "To był sen? Taki realny..." - Pomyślałem, podnosząc się i zakładając ranne pantofle. Zszedłem po schodach do kuchni, chcąc opowiedzieć o wszystkim żonie. Zatrzymałem się w pół kroku.
- Ach, to był tylko sen. Przecież ja nie mam żony... - Mruknąłem ze zdziwieniem.
środa, 18 marca 2015
Sielskie życie kur i kaczek.
Na wiosnę pani gospodyni kupiła
dwadzieścia małych kur niosek, które przeznaczyła do znoszenia jajek. Potem
dokupiła jeszcze dwa koguty. którym nadała imię Teodor i Walter. Przed tym syn
Piotrek wybudował z drewna, koło domu nieduży kurnik. Do kurnika kury miały
wchodzić po drabinie. Na pierwszym piętrze były umieszczone wąskie półeczki, na
których miały przesiadywać kury. Z tyłu była wolna przestrzeń po to, żeby
wszelkie odchody jakie tam się znajdą mogły spadać na dół. Na dole łatwiej było
usuwać brudy. Na samej górze znajdowały się cztery koszyki wymoszczone świeżą
słomą, przeznaczone do znoszenia jajek. Do góry kury wchodziły też po drabinie.
Drabina ta miała szerokie schodki. Piotrek był bardzo ciekawy, czy do nowego
lokum kury się przyzwyczają. W starym kurniku miały mało miejsca i nie można
było usuwać zabrudzenia, bo były trudności z sięganiem tak daleko łopatą.
Okazuje się że nie trzeba ich było długo zachęcać, same się przeprowadziły do
nowego miejsca. Tu miały czyściej i cieplej. A co najważniejsze, zamknięte na
noc były chronione przed lisami, kunami i innymi kurzymi wrogami, które czasami
podchodziły w pobliże domu. Kury w czasie dnia chodziły po całym ogrodzie i
zjadały wszystko co się dało. Koło kurnika miały natomiast swój pojemnik z
paszą i drugi pojemnik z wodą. Na miejscu kur zamieszkały kaczki: Petronela,
Klara, Małgorzata, Florentyna i Danuta. Całą tą piątką rządził kaczor Benedykt
i jego brat Ryszard. Po jajka pani gospodyni wchodziła do góry po drabinie z
niedużym koszykiem i zbierała zniesione jajka. Kury każde zniesione jajko
obwieszczały całemu światu, głośnym gdakaniem. Świeże jajka sprzedawała swoim
sąsiadkom, lub zawoziła do miasta. Tam bardzo szybko były rozkupowane.
Ogród
Koło mojego domu rozciąga się duży ogród. Coroku sieję tam mnustwo różnych pięknych kwiatów. Znajdują się tam również różnego rodzaju drzewka owocowe. Mam dużą rodzinę, więc owoców idzie u mnie mnustwo. W tym roku podczas zbierania jabłek pomagało mi kilka osób, ponieważ drzewka bardzo obrodziły. Zresztą coroku ludzie mi pomagają przy zbiorach. Ale w tym roku podczas jednego wieczora po zakończonej pracy siedzieliśmy przy ognisku. W pewnej chwili zrobiło się małe zamieszanie, żeby po chwili okazało się, że jeden chłopak, który zbierał owoce oświadczył się dziewczynie, która mi również pomagała. Wszystkich ogarnęła niesamowita radość. Postanowiłem, że następnego dnia dam im wolne niech nacieszą się sobą.
W tym roku każdy kto mi pomagał przy zbiorach na koniec dostał ode mnie po trochu owoców.
W tym roku każdy kto mi pomagał przy zbiorach na koniec dostał ode mnie po trochu owoców.
wtorek, 17 marca 2015
Zaradna pani gospodyni.
Po kilku dniach pani gospodyni zarządziła,
że będzie kosić zboża i zamówi kombajn. Jak powiedziała, tak też zrobiła.
Przyjechał duży kombajn, który wymłócił wszystko zboże. Potem zwieźli bele
słomy i poukładali w stodole. Zboże przywieźli na wozie i potem wsypywali do
worków. Część zboża przeznaczyła na mąkę do młyna, a część na paszę dla kur i
kaczek. We wszystkim jak zawsze pomagał jej Marcin, bo męża już w kraju nie
było. Dobrze, że tym razem mu się powiodło i coś zarobił, bo bywało różnie. Nie
zawsze przywoził duże sumy pieniędzy. Kiedy jednak udało mu się trochę zarobić
gospodyni od razu inwestowała w dom. W ostatnim czasie wyszykowała dwa pokoje,
żeby były gotowe na uroczystość weselną. Robotnicy położyli gładź, zrobili
podłogi, wymalowali ściany i zmienili
okna w całym domu. To była bardzo wielka inwestycja i na to trzeba było dużo pieniędzy.
Wesele też było dużą inwestycją i bez pieniędzy męża by się nie odbyło. W polu
zawsze miała robotę. teraz na jesień czekały na nią ziemniaki. To była wielka
akcja, do której zapraszała znajomych i całą rodzinę. Na razie jeszcze o tym
nie myślała, bo do tego jeszcze było trochę czasu. Para młoda zamieszkała na
pierwszym piętrze, w jednym pokoiku. W drugim mieszkała już od dawna jej
starsza córka Monika. Justyna w prezencie ślubnym dostała wełnianą kołdrę i
komplet pościeli. Od razu ją rozłożyli i spali pod nią. Potem kupili sobie
małego psa Jorka i dali mu na imię Browarek. Po weselu wszyscy udali się do
pracy i tak rozpoczęło się normalne
szare życie.
poniedziałek, 16 marca 2015
W niedziele odbyły się poprawiny.
Uroczystość weselna trwała do samego rana.
Wszyscy doskonale się bawili. Nad ranem goście weselni wszyscy wrócili do domu
i pokładli się spać. Ranek wstał piękny i słońce zaczęło dogrzewać. Ptaki
pięknie śpiewały. Gołębie gruchały, wróble ćwierkały. Słychać też było kukułkę.
Pani gospodyni wstała i poszła do obory, żeby dać jeść krowom, wydoić Czarnulę
i uporządkować wszystko koło krów. Mleko
umieściła w chłodnym miejscu i poszła szybko do domu, bo dużo pracy czekało
jeszcze na nią. Przed samymi drzwiami stały i czekały na nią cztery głodne
koty. Nalała im mleka, nasypała suchej karmy i nałożyła kaszy z mielonką, którą
koty bardzo lubiły i to wszystko zaniosła do stodoły, bo tu przed drzwiami
spodziewała się znowu weselnych gości. Koty przeniosły się do stodoły i zaczęły
pałaszować przyniesione jedzenie. Nagle przypomniała sobie o Cezarze i Norku. Im
też przygotowała jedzenie i zaniosła do boksu, gdzie spokojnie wylegiwały się w
cieniu. Pies Donald również wylegiwał się leniwie na podwórku. Jemu jeść zawsze
dawał Piotrek albo babcia. Pani gospodyni szybko zabrała się za przygotowywanie
obiadu. Nastawiła mięso na rosół i zaczęła obierać ziemniaki. Potem zrobiła
mizerię ze śmietaną. Gdy praca była ku końcowi zaczęli budzić się goście. Gdy
rozbudzeni zasiedli do stołu podała im rosół i zaczęła nakładać drugie danie.
Po zjedzonym obiedzie wszyscy wyszli do ogrodu i usiedli w cieniu drzew. W tym
czasie młodzież zmywała naczynia po obiedzie. Koty zaciekawione kręciły się
pośród gości. Potem gospodyni nałożyła na półmiski wędliny, sałatki i ciasta.
Wszystko to położyła na stole. Zaprosiła swoich gości znowu do stołu i zaczęły się poprawiny.
Na poprawiny przyszli sami najbliżsi. Ciocia Basia robiła zdjęcia pamiątkowe. O
dziewiętnastej gospodyni poszła znowu nakarmić Czarnulę i cielaczka .A uroczystość
poprawin trwała do późna w nocy. A rano
na gospodynię znowu czekała robota.
Nocny spacer po lesie
Pewnego wieczora postanowiłem przejść się na spacer do lasu. Była piękna pogoda. Była już dość późna godzina, więc można było oglądać gwiazdy na niebie. Wokół mnie roztaczał się zapach leśnych roślin. Słychać było lekki szum wiatru i mnustwo cykad. Oparłem się o drzewo i wpatrywałem się w niebo słuchając przyrody. Ocknąłem się gdy zaczęły spadać na mnie krople letniego deszczu. Wnet zauważyłem, że nadciąga burza. Postanowiłem powoli wracać do domu, ale cały czas obserwowałem niebo. Tego wieczoru, a w zasadzie tej nocy niebo było przepiękne. Postanowiłem, że częściej będę wychodził na takie nocne spacery. W końcu dobrze jest przejść się przed snem. Kto wie, a może kiedyś na takie spacery będę chodził z kimś jeszcze?
czwartek, 12 marca 2015
Wyprawa do gospodarstwa
W tym tygodniu klasa mojego bratanka przyjeżdża do mnie, żeby zobaczyć jaka jest ciężka praca na gospodarstwie. Bardzo długo zastanawiałem się co właściwie pokazać takim małym dzieciom. Doszedłem do wniosku, że pokaże im sprzęt, który jest niezbędny w gospodarstwie, zabiorę dzieci na pole, żeby zobaczyły jak zbiera się ziemniaki. Będą też mogły zadać mi pytania związane z gospodarstwem. Jutro się okaże co mnie czeka z gromadką dzieci.
Przygotowywanie domu do uroczystości weselnej.
Po
miesiącu w domu pani gospodyni miało odbyć się wesele. Mąż przyjechał z Anglii
i przywiózł tak bardzo piękne i oczekiwane prezenty. Zabrała się do sprzątania.
Umyła wszystkie okna i zmieniła firanki i zasłony. Odkurzyła i umyła podłogi.
Wyszorowała kuchnie i łazienki. Mąż w tym samym czasie kosił trawę naokoło
domu. Na stole położyła piękny biały obrus, wodę święconą, kropidło i mały
krzyżyk. Pomogła ubrać się pani młodej w piękną białą suknię. Wcześniej
udekorowała kolorowymi kwiatami i balonami fronton domu. Kiedy nadeszła chwila
rozpoczęcia uroczystości przyjechała orkiestra i przybyli wszyscy zaproszeni
goście. W domu rodzice udzielili młodej parze Justynie i Marcinowi błogosławieństwa. Kiedy orkiestra
zaczęła grać "Serdeczna Matko"
i trąby głośno zawodzić, pies Cezar z Norkiem, którzy byli zamknięci w
boksie zaczęli okropnie wyć. Auuu! Auuu! Goście o mało nie pospadali z krzeseł
tak się śmieli. Psa Donalda przygarnęła na ten czas babcia, która nie wybierała
się na uroczystość weselną ponieważ zajmowała się w tym czasie swoim chorym
mężem. Koty spokojnie siedziały w stodole i z niepokojem przysłuchiwały się
całemu zamieszaniu. Bały się wystawić nosa poza drzwi stodoły. Po uroczystym
błogosławieństwie wszyscy goście udali się do samochodów. Wtedy właśnie było
słychać jak krowa Czarnula wraz ze swoim cielakiem głośno beczą. Takie są właśnie
uroki wsi mówiła trochę wstydząc się, po cichu do swojego męża pani gospodyni. Goście
powsiadali do samochodów i udali się do kościoła na ślub. A potem do domu weselnego
na uroczystą biesiadę.
środa, 11 marca 2015
Opowiadanie z dialogiem o Słoneczniku
W pewnej małej miejscowości mieszkała sobie poczciwa starsza Pani Miała ona domek z ogrodem.Była posiadaczką dużej ziemi na której ,miała przeróżne rośliny między innymi były to Słoneczniki .Pewnego letniego poranka do ogrodu przyleciał mały wróbel . Usiadł na płocie i z ciekawością przyglądał się słonecznikowi.
-Kto ty jesteś ? Zapytał wróbel przekrzywiając główkę.
-A jak myślisz ? Odezwał się słonecznik.
-Myślę , zadumał się wróbel ,że musisz mieć w rodzinie słońce bo bardzo mi go przypominasz.Masz okrągła buzie jak ono i do okoła niej promyczki też jak słoneczko ,czy zgadłem ?
-Jesteś bardzo blisko ,bo moje imię ma dużo wspólnego ze słońcem.
-To powiesz mi jak masz na imię ?
-Słonecznik podoba ci się ?
-Bardzo.Tak bardzo ,że chciałbym się z tobą zaprzyjaźnić .Zostaniesz moim przyjacielem ?
Tak rozpoczęła się znajomość pomiędzy ptakiem ,a rośliną i trwała do później jesieni ,ponieważ rozpoczęły się zbiory i słonecznik znikną z ogrodu.
-Kto ty jesteś ? Zapytał wróbel przekrzywiając główkę.
-A jak myślisz ? Odezwał się słonecznik.
-Myślę , zadumał się wróbel ,że musisz mieć w rodzinie słońce bo bardzo mi go przypominasz.Masz okrągła buzie jak ono i do okoła niej promyczki też jak słoneczko ,czy zgadłem ?
-Jesteś bardzo blisko ,bo moje imię ma dużo wspólnego ze słońcem.
-To powiesz mi jak masz na imię ?
-Słonecznik podoba ci się ?
-Bardzo.Tak bardzo ,że chciałbym się z tobą zaprzyjaźnić .Zostaniesz moim przyjacielem ?
Tak rozpoczęła się znajomość pomiędzy ptakiem ,a rośliną i trwała do później jesieni ,ponieważ rozpoczęły się zbiory i słonecznik znikną z ogrodu.
Krowa Czarnula przyszła na świat.
Pani gospodyni oprócz kotków, dwóch psów
Cezara i Norka miała też kaczki, kury i
krowę Czarnulę. Krowę pasła na łące a wieczorem dawała jej liście z buraków
pastewnych i cały kosz świeżo skoszonej trawy, które przywoziła z pola.
Narzeczony Justynki dzielnie pomagał swojej przyszłej teściowej w pracach
polowych, bo męża pani gospodyni w kraju nie było. Pojechał do Anglii, żeby
zarobić na utrzymanie rodziny. Marcin pomagał w koszeniu trawy, grabieniu siana i w
zwożeniu go do stodoły. Wyjeżdżali z domu traktorem zaprzęgniętym w drabiniasty
wóz, a z powrotem przywozili cały naładowany wóz pełen siana. Potem zrzucali go
i układali w stodole. To była bardzo ciężka praca. Pani gospodyni wysiadał od
tego kręgosłup. A jeszcze do tego krowa
Czarnula spodziewała się małego cielaczka i trzeba było też pomyśleć jak jej w
tym pomóc. Poszła więc do sąsiadów i poprosiła o pomoc. O dwudziestej wieczorem
przyszło trzech mężczyzn. Godzinę później przyszła na świat ubrana cała w
kropki jak biedronka mała krówka. Pies Donald wszystko obserwował zaglądając
ciekawie do obory. Gdy to zobaczyła krowa Czarnula zaczęła głośno ryczeć, bo
się obawiała o bezpieczeństwo swojej nowonarodzonej córeczki. Gospodyni
wygoniła psa na swoje posłanie, żeby nie przeszkadzał. A sama bardzo utrudzona całodzienną pracą, nareszcie
udała się na spoczynek. Jutro od samego
rana czekała na nią ciężka praca. Wszyscy udawali się do pracy zarobkowej a ona
zostawała sama z furą ciężkiej roboty. Babcia już nie mogła w tym pomagać, bo
brakowało jej siły. A poza tym była spracowana, bo przez całe życie bardzo
ciężko pracowała w polu. Mąż starszej pani leżał ciężko chory i ktoś musiał się
nim opiekować. W opiece i pielęgnacji bardzo dużo pomagała jej wnuczka.
wtorek, 10 marca 2015
Straszna przygoda Donalda, która na długo pozostała mu w pamięci.
Pewnego
dnia Piotrek wybrał się na spacer z Donaldem na żwirownię. Koty to widziały, bo
przechodził koło stodoły. Na dworze było gorąco i każdy marzył, żeby choć
trochę się ochłodziło. Kiedy już doszli na miejsce okazało się, że nie tylko
oni marzą o ochłodzeniu. Nad wodę przyszło mnóstwo ludzi. Jedni leżeli na
kocach i się opalali, a drudzy pływali w wodzie. Piotrek rozebrał się i zaczął też pływać. Donald również wszedł do wody i płynął tuż za właścicielem.
Popływali trochę i wyszli na brzeg. Piotrek położył się na kocu i opalali się
razem z Donaldem. Nagle pies sąsiada, pokaźny wilczur, oderwał się od swego
właściciela i zaczął gonić naszego Donalda. Piesek nie zdążył uciec. Wilczur
pogryzł go dotkliwie i byłby go zagryzł, gdyby nie interweniował Piotrek.
Piotrek wrzeszczał na wilczura i biegł za nim, ale on wcale nie słuchał, bo
wpadł w jakiś amok. Dogonił go i wziąwszy Donalda na ręce przyniósł do domu. Piesek miał dużą ranę i
trzeba było szybko jechać do weterynarza. Rana została zaszyta, ale strach
przed dużymi psami został Donaldowi do końca życia. Kiedy nasz pies Cezar
zerwał się i zaczął latać po całym ogrodzie, Donald uciekł gdzieś i nie można
go było znaleźć. Wszyscy martwili się o niego i szukali pieska. Dopiero
wieczorem przyszedł nie wiadomo skąd z wywieszonym jęzorkiem, bo bardzo chciało
mu się pić. Piotrek krzyczał na niego i uderzył go lekko, bo się martwił, że
stracił psa. Donald tak się na niego obraził, że przez cały dzień wcale się do
niego nie odzywał, cały dzień leżał na posłaniu i nie poszedł do jego warsztatu. Dopiero
następnego dnia, gdy dostał pyszną kość wybaczył swojemu panu.
poniedziałek, 9 marca 2015
Pani gospodyni oddała Kropeczkę, Murzyna i Tuptusia.
Kotki
wraz z ciotką Murzynem przeniosły się na dół do stodoły. W stodole było dużo
słomy po jednej stronie i niewielka ilość siana po drugiej stronie. Tuż przy
drzwiach było dużo przestrzeni, gdzie gospodyni ustawiła miski z karmą i
mlekiem dla kotów. Drzwi do stodoły były przez cały czas uchylone, żeby koty
mogły swobodnie wchodzić i wychodzić. Kiedy pogoda na dworze była ładna, bawiły
się na powietrzu wszystkie razem. Często
jednak padał deszcz, wtedy szybko umykały do środka. Czasami przychodziła do
nich Mama Lucyna. Ciotka Murzyn złościła
się na nią i wyganiała ją w dalszą część
stodoły. Dzieci szły za nią i kładły się koło niej. Jak były głodne karmiła je.
Po jakimś czasie wróciła na dobre i już nie latała za kotami. Justynka
przynosiła różne smakołyki, które pałaszowały także inne koty, aż im się uszy
trzęsły. Lucyna chodziła też często na
polowanie i przynosiła swoim dzieciom pyszne myszki. Siedziała wtedy nieruchomo
w wysokiej trawie, czekając na zdobycz, tylko jej uszy z daleka było widać. Wieczorem
wszystkie koty wychodziły ze stodoły i spacerowały po całym ogrodzie. Jak było
ciepło układały się wszystkie na chodniku i tak leniwie wygrzewały się w
słońcu. Pani gospodyni często wynosiła im różne smakołyki. Czasami dostawały
kości, które głośno chrupały. Bardzo rzadko dostawały mięsko. Pani gospodyni
bardzo się martwiła co ma zrobić z taką dużą ilością kotów. Poszła raz do
sąsiadki i zapytała, czy nie zechciałaby wziąć na wychowanie choć jednego
kotka. Po pewnym czasie znalazła kogoś kto chętnie chciałby zaopiekować się jej
ulubieńcami. Do domu przyjechał z Myślenic młody policjant i chciał wziąć ze
sobą trzy kotki. Zaczęło się łapanie maluchów do worka. Kotki uciekały i
chowały się przed właścicielką i nie łatwo było złapać je. Wreszcie udało się
złapać wszystkie. Pan policjant wziął Tuptusia. Kropeczkę, i Murzyna. W domu
zostały tylko Szaruś i Misia.
Obóz charcerski
Jak co roku w wakacje,tak i teraz byłem na obozie harcerskim. Obóz trwać miał 3 tygodnie, niestety nasze plany popsuła brzydka pogoda i dla większości skończył się on już w drugim tygodniu.
Obozy harcerskie są dla mnie swego rodzaju sprawdzeniem siebie i swoich umiejętności pod każdym względem. Na obozie takim potrzebna jest siła fizyczna np. podczas pionierki, jak i psychiczna kiedy to trzeba zmagać się z przeciwnościami i wspierać młodszszych harcerzy w trudnych dla nich sytuacjach.
Tegoroczny obóz zaliczam do udanych pomimo złej pogody oraz nieodpowiedniego miejsca na podobóz "Valinor". W tym roku jak nigdy wcześniej było na prawdę ciężko... Przez deszcz, który padał dnie i noce wielu zajęć nie udało się przeprowadzić, ale to miało swoje plusy. Czas jaki spędzilibyśmy na zajęciach wykorzystywaliśmy w inny sposób np. zbieraliśmy się wszyscy w jednym z namiotów i tam przy akompaniamencie gitar śpiewaliśmy o górach, miłości, harcerskiej służbie i braterstwie.
W niezwykłej atmosferze 2 tygodnie minęły jak jeden dzień, ciężko się było rozstać. Ten krótki czas wystarczył abyśmy zaprzyjaźnili się i dobrze razem bawili. Nie było jednak nad czym płakać bo wraz ze swoim plecakiem, do domu przywiozłem także mnóstwo wspomnień, niezapomnianych wrażeń oraz kontakty do harcerek i harcerzy, z którymi spędziłem niezwykłe 2 tygodnie.
Obozy harcerskie są dla mnie swego rodzaju sprawdzeniem siebie i swoich umiejętności pod każdym względem. Na obozie takim potrzebna jest siła fizyczna np. podczas pionierki, jak i psychiczna kiedy to trzeba zmagać się z przeciwnościami i wspierać młodszszych harcerzy w trudnych dla nich sytuacjach.
Tegoroczny obóz zaliczam do udanych pomimo złej pogody oraz nieodpowiedniego miejsca na podobóz "Valinor". W tym roku jak nigdy wcześniej było na prawdę ciężko... Przez deszcz, który padał dnie i noce wielu zajęć nie udało się przeprowadzić, ale to miało swoje plusy. Czas jaki spędzilibyśmy na zajęciach wykorzystywaliśmy w inny sposób np. zbieraliśmy się wszyscy w jednym z namiotów i tam przy akompaniamencie gitar śpiewaliśmy o górach, miłości, harcerskiej służbie i braterstwie.
W niezwykłej atmosferze 2 tygodnie minęły jak jeden dzień, ciężko się było rozstać. Ten krótki czas wystarczył abyśmy zaprzyjaźnili się i dobrze razem bawili. Nie było jednak nad czym płakać bo wraz ze swoim plecakiem, do domu przywiozłem także mnóstwo wspomnień, niezapomnianych wrażeń oraz kontakty do harcerek i harcerzy, z którymi spędziłem niezwykłe 2 tygodnie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)