Deszcz tak lał przez długie dni, że nasza
największa z rzek Wisła wystąpiła z brzegów. Na całej wsi zapanowała bardzo
nerwowa i niepewna sytuacja i atmosfera. Wszyscy bali się, że woda nas zaleje i
pakowali cały swój dobytek i wynosili na strych. Gospodyni głośno się modliła o
poprawę pogody, bo miała przecież spory inwentarz. Bardzo była przywiązana do
krowy Czarnuli i do Biedronki. O kaczki się nie bała, bo te umiały pływać, ale
przecież miała sporo kur. Tereny znajdujące się tuż przy Wiśle zostały
całkowicie zalane, tylko wały chroniły naszą wieś przed zalaniem. Okazało się
że w niektórych miejscach wały zaczęły przeciekać. Wszystkie dzikie zwierzęta,
które zamieszkiwały tamtejsze tereny przemieściły się w pobliże ludzkich domów.
W naszym ogrodzie Kasia z Wojtusiem widzieli kilka sarenek jak stały i szukały
dla siebie schronienia. Zdarzyła się też tragiczna sytuacja, bo w nocy zniknęła
Petronela, która przed oborą wysiadywała jajka. Prawdopodobnie jakiś lis ją
ściągnął z jajek i pożarł, tylko po niej pióra pozostały. Benedykt, bardzo
długi czas ją opłakiwał, bo była dobrze zapowiadającą się kaczą mamą i żoną.
Małgorzata ocalała tylko dlatego, bo kurnik na noc był zamknięty. Teraz tylko
ona wysiadywała jajka i tylko w niej była nadzieja, że będą zaraz wykluwać się
małe. Było bardzo zimno, więc musiała dobrze ogrzewać je, żeby cokolwiek się
wylęgło. Ciocia Basia przez cały czas opiekowała się małym kurczaczkiem, który
niedawno pierwszy wykluł się z jajek, Petroneli. Kurczaczek piszczał i szukał
ciepła, więc ciocia Basia podkładała do pieca co chwilę. Bardzo lubił grzać się
zamknięty w dłoni cioci Basi. Smyrał ją dziobkiem w rękę, bo bardzo lubił to
ciepło, które ogrzewało jego malutkie ciałko. Kiedy wypuściła go z koszyka
biegał po całej kuchni i piszczał.
Modlitwy o poprawę pogody zostały wysłuchane. Na szczęście Wisła nie
zalała naszej miejscowości. Po kilku dniach nareszcie wyszło słoneczko i woda
zaczęła powoli wsiąkać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz