piątek, 27 lutego 2015

Ferie w górach

Ferie zimowe to czas kiedy można poznać wielu ludzi i przeżyć mnóstwo niezapomnianych przygód. Taką właśnie niezapomnianą przygodę przeżyłem w ubiegłym roku. Wraz z przyjaciólmi wyjechaliśmy w góry. Nasze schronisko znajdowalo się w małej miejscowości 40 km od Zakopanego. Było tam bardzo malowniczo.
Na początku naszego pobytu wszystko było spokojnie, dopóki jeden z mieszkańców nie
powiedział nam, że w okolicy od kilku lat zdarzają się dziwne i niewyjaśnione historie. Zapewne z tego powodu było tam tak mało turystów, mimo iż okolica była naprawde piękna. Nie potraktowaliśmy poważnie opowiedzianej nam historii i następnego dnia wyruszyliśmy na podbój szlaku górskiego. Od mieszkańców naszej wioski, dowiedzieliśmy się, że jest to góra zwana „Widmo”, ponieważ na jej szczycie niegdyś odbywały się obrzędy wywoływania duchów. Pewnej nocy przy pełni księżyca mieszkańcy wywolali strasznego ducha, który był sprawcą wielu dziwnych zdarzeń. Legenda głosi, że ten duch straszy na szlaku do dzisiaj. Mimo tej przestrogi postanowiliśmy osiągnąć szczyt góry. Od początku wyprawy nie omijały nas nieszczęścia. Pierwszym, które nam się przytrafiło było złamanie ręki przez Marcina. Tomek, najlepszy jego kolega odprowadził go do schroniska, my zaę wspinaliśmy się dalej. Miejscami spotykaliśmy tablice i rysunki na skałach których nie rozumieliśmy. Im wyżej wchodziliśmy tym bardziej miałem przeczucie, że zza skały wyskoczy duch z legendy. Zacząłem się naprawde bać, kiedy zobaczyłem jaskinię, w której były fragmenty szkieletów. W jednej chwili chciałem stamtąd uciec jak najdalej, ale silniejsze ode mnie było pragnienie wejścia na szczyt. Szliśmy więc dalej. Pocieszałem się myślą, że do szczytu nie było już tak daleko. Gdy w końcu wspieliśmy się na góre „Widmo” nagle Monika wpadła w niewielką przepaść. Na początku wszyscy wpadliśmy w panikę, ale oprócz kilku potłuczeń, na szczęście nic jej się nie stało. Wszyscy mieliśmy już dosyć wrażeń, więc postanowiliśmy wracać. Podczas wędrówki nie zauważyliśmy nawet, że przez cały czas zbierały się nad nami ciemne chmury. Zaczął kropić drobny deszczyk, który po chwili przekształcił się w prawdziwą burzę z błyskawicami. Czułem się jak w prawdziwym horrorze. Nie mieliśmy wyjścia, musieliśmy ukryę się w najbliższej jaskini. Było bardzo ciemno i zimno, rozpaliliśmy więc ognisko i nagle cała jaskinia zapelniła się mnóstwem nietoperzy. Zaczeliśmy wrzeszczeć, lecz nagle wszystko ucichło, gdy ognisko zgasło pod wpływem silnego wiatru. Musieliśmy przeczekać burzę w tym strasznym miejscu. Siedząc w ciszy otoczeni ciemnością, słyszeliśmy bardzo wyrażne odgłosy kroków i wycie. Z pewnością nie był to wiatr. Byliśmy naprawdę wystraszeni, lecz w końcu zasnęliśmy ze zmęczenia. Następnego dnia obudziło nas nawoływanie. Na szczęście był to Tomek, który sprowadził pomoc. Wraz z ratownikami GOPR zeszliśmy na dół. Nasza przygoda z górą zakończyła się. Z perspektywy czasu to była naprawdę śmieszna przygoda, choć

czwartek, 26 lutego 2015

Wakacje nad morzem

Moje tegoroczne wakacje uważam za średnio udane. Nie były one nudne, ale i nie wyróżniają się od poprzednich.
Na początku lipca wyjechałem z rodzicami i siostrą nad morze do Międzywodzia koło Dziwnowa. Mieszkaliśmy w domu wczasowym w centrum miasteczka. Do morza było zaledwie kilkaset metrów. Rano po śniadaniu szliśmy na plażę. Rodzice i siostra lubili się opalać. Ja natomiast wolałem pływać w morzu. Pomimo zimnej wody było to ciekawsze zajęcie od „smażenia się’’ na słońcu.
Wieczorami chodziłem po mieście z kolegami. Często odwiedzaliśmy salony gier oraz dyskoteki.
W pochmurne dni jeździłem z rodzicami do pobliskich miasteczek. Zwiedziliśmy między innymi latarnię morską w Niechorzu, kościółek w Trzęsaczu, rezerwat żubrów w Wolińskim Parku Narodowym. Jeden dzień spędziliśmy w Międzyzdrojach gdzie zwiedziliśmy promenadę gwiazd oraz wystawę figur woskowych. Kupiliśmy tam również trochę pamiątek. Dla mnie jedną z największych atrakcji była wypożyczalnia skuterów w Pobierowie. Wydając wszystkie swoje oszczędności wynająłem sobie dwuosobową Yamahę.
Jazda nie sprawiała mi problemów. Nawet mało brakowało żebym zapłacił mandat ponieważ dwukrotnie przekroczyłem dozwoloną prędkość.
Pobyt w Międzywodziu uważam za udany ponieważ było tam kilka ciekawych atrakcji oraz nawiązałem ciekawe znajomości.

W życiu jak w tańcu każdy krok ma znaczenie

Wyprawa w góry

Co roku przynajmniej tydzień wakacji spędzam w Tatrach. Kiedyś jeździłem tam z rodzicami i siostrą, teraz częściej wybieram się z przyjaciółmi. Tegoroczne wakacje były wyjątkowo udane pod względem pieszych wycieczek, ponieważ oprócz tygodnia w Tatrach byłem też w Bieszczadach.
W Tatry wybrałem się z dwoma kolegami, Tadkiem i Wojtkiem. Wszyscy lubimy górskie wędrówki i naprawdę miło spędziliśmy ten czas. Przez pierwsze dni robiliśmy sobie rozgrzewkę, żeby poznać swoje siły i wypróbować nowy sprzęt. Dla mnie było to szczególnie ważne, ponieważ miałem nowe buty. A wiadomo, że buty w górach to podstawa. Wojtek oprócz kurtki miał też nowy aparat i „wypróbowywał” go wyjątkowo zaciekle. Baliśmy się, że nigdzie nie dojdziemy, jeśli będzie się zatrzymywał co dwa kroki, by uwieczniać widoki, kwiatki, kamienie i oczywiście nas.
W środę nadszedł czas na najważniejszą trasę, czyli wyjście na Rysy. Wstaliśmy (...)
bardzo wcześnie, by wyprzedzić tłumy turystów, zdążające każdego dnia do Morskiego Oka. Przyznam, że niezbyt lubię tę trasę. Marsz po asfaltowej drodze w górach nie ma nic wspólnego z prawdziwą wycieczką. Przypomina raczej oglądanie ładnych wystaw w mieście. Ale dzięki temu, że to prosta trasa, mogliśmy wyruszyć, zanim zrobiło się całkiem jasno. Gnaliśmy wyjątkowo szybko, do Morskiego Oka dotarliśmy zdyszani i zmęczeni. Ale potem wyrównaliśmy tempo. Dzień wstawał wyjątkowo piękny. Im wyżej się wpinaliśmy, tym bardziej zachwycały nas widoki. Mgła zupełnie opadła, tak że widoczność była niemal doskonała. Wojtek ze swoim aparatem po prostu szalał, twierdząc, że to niepowtarzalna okazja i że zrobi zdjęcie swego życia. Żartowaliśmy z niego, ale trzeba przyznać, że takich górskich krajobrazów jeszcze nie widziałem, choć nie była to moja pierwsza wyprawa na Rysy.
Kto był na szczycie wie, (...)
że to nie jest łatwe podejście, trasa jest dość długa, a pod koniec trzeba się trzymać łańcuchów, bo miejscami jest bardzo stromo. Dumą napawał nas fakt, że nie widzieliśmy nikogo przed sobą, dopiero potem zaczęliśmy dostrzegać pierwszych wspinających się pod nami. Mieliśmy ambicję dotrzeć na szczyt jako pierwsi tego dnia, a z drugiej strony żal nam było się spieszyć, ponieważ widoki były przepiękne. Obiecaliśmy sobie długi postój dopiero w drodze powrotnej, a w czasie wspinaczki robiliśmy tylko krótkie przerwy na jedzenie, picie i oczywiście fotografie. Chyba nikt nigdy nie zrobił mi tylu zdjęć co Wojtek tamtego dnia. A moja skromna osoba znalazła się na niewielkiej części wszystkich fotografii z tej wyprawy.
Nasze wysiłki przyniosły pożądany efekt, na szczycie byliśmy pierwsi. To było cudowne uczucie odetchnąć pełną piersią na najwyższym szczycie Tatr. A oddechu było nam potrzeba. (...)

4 - Donald przeżył przygodę, która dobrze się zakończyła.

 Pies Donald na dobre się zadomowił w nowej rodzinie. Był bardzo wierny i posłuszny. Chodził do warsztatu Piotrka i przesiadywał tam godzinami. Czasami Piotrek kazał mu iść na posłanie, bo spał na stojąco. Brał go na ręce i zanosił do domu. Piesek spał sobie spokojnie leżąc na swoim legowisku. Starsza pani w tym czasie gotowała różne smakołyki, których zapachy budziły głodnego pieska. Kiedy przychodziła na obiad prosił ją, żeby go poczęstowała. Bardzo lubił pierogi z mięsem, krokiety i paszteciki. Za naleśnikami też przepadał. Młodsza córka dawała mu po kryjomu przed babcią, bo babcia nie pozwalała. Piesek zajadał się, bo bardzo lubił te specjały. Kiedyś ugotowała dobrej jarzynowej zupy, którą Donald ze smakiem zajadał. Dostawał czasami kości, które wynosił na dwór i zakopywał w piachu. Taki już miał psi zwyczaj. Parę miesięcy później Piotrka koledze urodziła się trzecia córka. Postanowił odwiedzić swojego kolegę. Mieszkał daleko od Krakowa w Bieszczadach. Wziął ze sobą do samochodu w podróż swojego pieska. Donald bardzo lubił podróżować samochodem. Zaraz jak wsiadł, kładł się na siedzeniu i zasypiał. Kiedy dojechali na miejsce Spał bardzo smacznie i Piotrek go nie zbudził. Zostawił Donalda w samochodzie, a sam udał się do domu kolegi. Ponieważ było bardzo gorąco dach samochodu był odsłonięty, tak by powietrze dostawało się do środka. Po pewnym czasie pies się obudził i zobaczył, że nie ma jego pana. Wyskoczył na dach i rozpoczął poszukiwanie swojego pana na zewnątrz. Piotrek wrócił do samochodu i nie zastawszy psa poszedł też na poszukiwanie swojego pupila. Znalazł go w parku kręcącego się w pobliżu obcych ludzi. Donald zaraz poznał swojego pana i z radością wrócił z nim do samochodu. Kiedy opowiedział w domu o tej przygodzie Donalda wszyscy zamarli z przerażenia, bo szkoda im było stracić tak fajnego pieska. Dobrze, że ta przygoda tak dobrze się zakończyła.

3 - Pies Donald najlepszym przyjacielem Wojtusia i cioci.







 Po paru miesiącach Piotrek przyprowadził do domu Kasię i małego sześcioletniego Wojtusia, żeby pokazać całej rodzinie panią swojego serca. Wojtuś od razu pokochał małego pieska. Kiedy wrócił do Myślenic mówił o nim swojemu dziadkowi i babci. Gdy miał imieniny zażyczył sobie, żeby Piotrek przywiózł pieska na jego imieninową uroczystość. Okazało się później, że był jego najbardziej oczekiwanym gościem. Cieszył się z niego i karmił go ukradkiem smakołykami ze stołu. Potem, gdy zamieszkali z Piotrkiem w Jego  domu rodziców bawił się często z Donaldem i pies był jego najlepszym przyjacielem. Oboje z ciocią droczyli się kogo Donald kocha najbardziej. Pewnego dnia ciocia musiała pojechać autobusem do miasta i kiedy wróciła był już późny wieczór. Kiedy przyszła na posesję, gdzie stał dom rodzinny, spotkała najpierw bawiącego się Wojtusia. Zaczęła z Nim rozmawiać, wtedy niepostrzeżenie podszedł mały piesek. Stał cicho i czekał, aż ktoś na niego zwróci uwagę. Kiedy to nie nastąpiło zaczął wydawać z siebie nie artykułowane dźwięki przekrzywiając przy tym swoim ślicznym łebkiem. Ciocia i Wojtuś od razu zwrócili na niego uwagę i śmiejąc się z radości podeszli, żeby przywitać swojego pupila. W ciągu dnia Donald razem z babcią łapali muchy. Babcia używała do tego specjalnej łapki, a Donald łapał muchy skacząc wysoko  i kłapiąc głośno zębami. W nocy zaś Donald spał spokojnie, ale czasami zdarzało się że zrywał się nagle z głośnym szczekanie i biegł do drzwi. Odganiał wtedy podchodzące za blisko, spacerujące po nocy koty. Koty nigdy mu tego nie zapomniały i przy nadarzającej się  okazji odpłacały się mu jak mogły.

środa, 25 lutego 2015

Wyjście na spacer

Cóż to był za widok. Na długo pozostanie w mojej pamięci. Cieszę się, że miałem okazję, by to zobaczyć. To niezwykłe widowisko
miało miejsce podczas górskiej wyprawy, jaką odbyłem wraz z przyjaciółmi w Tatry Wysokie. Była piękna złota jesień, jednak w wyższych partiach gór, na nagich graniach bielił się śnieg.
Wyszliśmy ze schroniska bardzo wcześnie, by móc obserwować wschód słońca. Szlak początkowo wiódł wśród drzew, przez których konary zaczęły prześwitywać pierwsze słoneczne promienie. W zaciszu lasu nie było wiatru, jednak słyszeliśmy jego odgłosy wysoko ponad konarami. Gdy wyszliśmy na otwartą przestrzeń, wiatr
wzmógł się znacznie. Mogłem obserwować wzbija w górę tumany śniegu osiadłego na skałach. Cofnęliśmy się na skraj polany, by pod osłoną drzew obserwować wschód. Nocna szarość nieba ustąpiła już dawno lekko żółtawej barwie, która rozlała się wśród chmur, a z czasem zaczęła nabierać różowych odcieni. Milczeliśmy, pochłonięci widokiem budzącego się dnia. By to zobaczyć, warto było wstać tak wcześnie. Tymczasem niebo
zupełnie się zaróżowiło, a miejscami róż łączył się z błękitem przechodząc w fiolet. Pastelowa poświata spowijała połacie śniegu, który zdawał się być niebieski. Wszyscy czekaliśmy na tę chwilę, kiedy słońce zacznie wyłaniać się znad wschodnich szczytów gór. Zaczęło się. Najpierw pierwsze promienie poczęły załamywać się na skałach. Później wolniutko, coraz wyżej wznosiła się czysta słoneczna tarcza. Jej barwa była inna niż to bywa latem, bardziej chłodna, jak białe złoto. Na twarzach poczuliśmy pochodzące od promieni ciepło. Odcień śniegu uległ zmianie i stał się znacznie bielszy, widać było jak skrzy się w słońcu, które ukazało się w całej okazałości. Odwróciliśmy się tyłem do słonecznej tarczy, by spojrzeć na doliny pokryte liściastymi lasami. O tej porze roku wyglądały jak różnobarwne kobierce, tu czerwone, tam żółte, gdzieniegdzie złote i purpurowe. Jaka różnica była między tą wesołą paletą kolorów, a stalowoszarym majestatem górskich grani, budzących podziw swą elegancją, lecz kryjących grozę, którą łagodziło obudzone słońce. Wiatr, który szalał wcześniej, przegnawszy chmury ustał zupełnie. Niebo sklepione nad nami było czyste i błękitne. Nie było śladu, po spektaklu, który niedawno się tu rozegrał.
W milczeniu wracaliśmy do schroniska, kontemplując w myślach obejrzany widok. Jak to się dzieje, że każdy poranek jest inny, że nigdy nie powtarza się mozaika chmur, gra promieni? Warto żyć dla tych ulotnych widoków, które zachować możemy w pamięci.

2 - Inteligencja i wdzięk przysporzyła psu Donaldowi sporo przyjaciół.

      Piotrek pościelił psu w swoim warsztacie i trzymał go tam pięć dni, żeby nikt nie miał do niego pretensji, że przeszkadza. Po pięciu dniach przeniósł go do domu i naszykował wygodne legowisko. Kupił dwie miski żeby miał w czym jeść i pić. Pojechał do miasta i kupił mu także psią karmę. Babcia co wieczór smarowała mu chleb pasztetową i kroiła na małe kawałeczki. Donald bardzo lubił ten smakołyk. Dostawał czasami kości, które uwielbiał gryźć. Swoje potrzeby załatwiał na podwórku pod krzaczkiem i nigdy się nie zdarzyło, żeby w domu nabrudził. Wszyscy polubili małego pieska i cieszyli się że jest taki mądry. Słuchał się i nigdy niczego nie spsocił. Bardzo lubił wszystkich klientów, którzy przychodzili do Piotrka. Pewnego dnia do starszej pani przyjechała z innej miejscowości jej młodsza córka. Wtedy zakochał się w niej z wzajemnością. Wpychał się pod pachę i zaglądał w oczy z miłością, gadał coś do niej po psiemu. Wtedy mógł liczyć na dobrą karmę i pyszne kąski. Córka przemycała mu po kryjomu, żeby babcia nie widziała i wkładała do miski. Rano kiedy drzwi były uchylone i nikt nie widział, wsuwał się niepostrzeżenie do jej pokoju i kładł się tuż koło jej  łóżka. Skomlał cicho chcąc na siebie zwrócić uwagę. Kiedy zauważył, że się obudziła kładł przednie łapki na łóżku i uśmiechał się po psiemu. Pani głaskała swojego ulubieńca i przytulała go z czułością do serca. Kiedy mu mówiła, że jest najpiękniejszym pieskiem na świecie kładł łapę na nosie chcąc zasłonić sobie oczy, bo tak bardzo się wstydził. Potem merdał ogonkiem i piszczał radośnie. Kochał bardzo swoją nową panią. Pani chciała go wziąć ze sobą  do dużego miasta, ale nikt na to nie wyrażał zgody, bo wszyscy polubili małego czarnego pieska. Jak wyjeżdżała do siebie zawsze z czułością i żalem żegnała  małe zwierzątko i potem bardzo tęskniła za nim.

1 - Porzucony pies znalazł przyjaciela i swój nowy dom.

     Było późne popołudnie kiedy spod Krakowa nadjechał srebrny kabriolet. Samochód zatrzymał się i otworzyły się drzwi. Nagle z samochodu wyskoczył nieduży czarny piesek i zatrzymał się tuż przy samochodzie. Załatwił swoją potrzebę i chciał wrócić do pana. Nagle drzwi zamknęły się i samochód ruszył zostawiając osłupiałego ze zdumienia małego pieska. Co to wszystko znaczy myślał piesek? Pewnie zaraz będzie wracał z powrotem i weźmie mnie do samochodu. Położył się tuż przy drodze i czekał na swojego pana. Czekał tak dwa dni nie jedząc i nie pijąc nic. Jego wierne psie serce mówiło mu, że pan po niego przyjedzie. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Postanowił rozejrzeć się za jakimś jedzeniem, bo kiszki mu marsza grały. Poszedł do małego ogródka, gdzie starsza pani pieliła grządkę z chwastów. Pani trochę się obawiała, czy aby jej nie ugryzie. Piesek jednak zachowywał się spokojnie i nic nie wskazywało na to, że chciałby ja ugryźć. Zaprosiła go na podwórko i nakarmiła i napoiła. Na ten moment przyszła córka starszej  pani i kiedy zobaczyła nieznanego psa, wzięła miotły i wypędziła przybłędę z podwórka. Kiedy to zobaczył Piotrek syn córki poszedł po pieska i powiedział, że to będzie od tej pory jego pies i nadał mu na imię Donald. Powiedział, że jak się nikt  na niego nie zgodzi, będzie spał w jego stolarskim warsztacie. I tak Donald został przygarnięty i dostał swój nowy dom.

niedziela, 22 lutego 2015

Wsiąść do pociągu byle jakiego


Dziewięć miesięcy rycia w pierwszej  B  L.O już na półmetku. Potopniały pierwsze, moje frustracje, a trybiki  przyswajania wiedzy na poziomie  średnim  obróciły moją codzienność  w mrówczą  dreptaninę.

Niewielkie miasteczko, w którym mieszkam  jest urocze jednak dla młodych zionie imprezowym deficytem.

W  ubiegłą sobotę, po pięciodniowym dniu wypełnionym szlachetnymi obowiązkami szkolnymi, wspólnie z  kumpelami   umówiłyśmy się na przejażdżkę pociągiem do Poznania. Chciałyśmy połazić po markowych sklepach, by kupić jakąś szmatkę dla rozluźnienia naszych, babskich psychik.

Wsiadłyśmy w pociąg relacji Gorzów-Poznań i  szczebiocząc o tym i tamtym ruszyłyśmy na podbój naszego city.

Przemierzając sklepowe rewiry   trzymałyśmy się razem, każda z nas  wybrała coś dla siebie z ciuchowego asortymentu, w końcu wymiętolone chodzeniem przysiadłyśmy w jednej z studenckich knajpek, by pokosztować wonnych naleśników serwowanych z  nadzieniem „ od koloru do wyboru”

Czas do odjazdu pociągu cichym pomrukiem   coraz intensywniej  przypominał  nam, że komu w drogę temu…sandały.

 Posiliwszy się zabrałyśmy się na  dworzec .

- Patrzcie! Dziewczyny, kiermasz książki!  Zagadnęłam nagle ujrzawszy plakat na witrynie księgarni

- Justa…my idziemy  na peron, a ty…jak chcesz-żachnęły się dziewczyny i  wolnym krokiem powędrowały dalej

Wprysłam podniecona w krainę aromatu  czarnodruku i audiobook’ów rzuciłam pytanie o  Jerzego Pilcha, którego uwielbiam, przytuliłam do serca nowy zakup i   popędziłam na dworzec

Pociąg już czekał na peronie relacja Poznań-Gorzów, więc wskoczyłam, miarkując, że kumpele  odnajdę    przez komórkę, przemierzając przedziały zastanawiałam się skąd nagle tylu pasażerów w  tej relacji  . Oczywiście komórka  zasnęła słodko i tylko ładowarka mogła coś z tym zrobić, więc decydując o  bezcelowości przeciskania się między wagonami klapnęłam  na wolnym miejscu tuż obok interesującego ciacha   typu szatyn-intelektualista.

Trele morele i  już wciągnęłam szatyna w rozmowę , by w  pewnej chwili  usłyszeć:

 Ale ten pociąg nie jedzie  przez Miasteczko tylko przez Krzyż

To uczucie, którego doznałam było podobne do reakcji nadwrażliwych zębów na zimne, w dodatku kierownik pociągu dorzucił:

Pani nie może sobie tak ujeżdżać na tym bilecie, proszę wysiąść na najbliższej stacji

Kasy nie ma, komórki nie ma z nikąd pomocy nie ma, więc cóż robić… wysiadłam ale nie na najbliższej „stacji Łąki”  lecz na większej zakrawającej na szanse przeżycia.

Na szczęście nie byłam jedyna  zaginiona  maszerowałam za kobitką z dzieckiem, która mantrowała ku sobie:

Jaka ja głupia, tak pomylić pociągi

- To pani też źle wsiadła- zaczepiłam  łapiąc się tej deski ratunku.

-Taak. Jak nie będzie autobusu to zadzwonię do męża, przyjedzie po nas z Szamotuł

Złożyłam błagalną prośbę do niebios, by nie było PKS, bo przecież nie miałam kasy na bilet…i…spełniło się –autobusu nie było.

 

Moje perypetie  nie były  takie znowu beznadziejnie dramatyczne , bądź co bądź miałam niesforne szczęście i  ukochanego Jerzego Pilcha do poczytania

A najfajniejsze było kiedy  załapałam się na właściwy pociąg do mego miasteczka i  rozmyślając przycupnięta w  kąciku nad lokalizacją mych kumpelek do mych uszu doszły ich zmącone niepokojem głosy:

- znikła jak kamfora, starzy wychodzą z siebie, komórka wyłączona…

- Halo, halo dziewczynki jestem tu- figlarnie rzuciłam przez box

No i zaczęło się- sąd kapturkowy, najpierw one, potem ciąg dalszy  w domu, bo okazało się, że do akcji poszukiwawczej zaangażowano policję i ochronę PKP w Poznaniu.

Wiedziona instynktem samozachowawczym , by odnaleźć drogę do domu nie pomyślałam o  zorganizowaniu powiadomienia  kogokolwiek o tym jak rysuje się moja sytuacja.

jakże byłam zażenowana. Ba! Wręcz zszokowana, kiedy zamiast otwartych ramion matczynych

Z jej westchnieniem na ustach  :

-  dziecko, dobrze, że nic ci się nie stało,

Ujrzałam minę zaciętość prokuratora

No cóż, jak śpiewał Ryszard Rynkowski” wypijmy za błędy…”

 

 

piątek, 20 lutego 2015

Remont mieszkania

Moi rodzice poprosili mnie żebym pomógł im przy remoncie mieszkania. W sobotę wieczorem usiedliśmy żeby porozmawiać o tym, co jest potrzebne do tego remontu. Okazało się, że nie ma żadnej drabiny w domu. Po niedzieli pojechaliśmy do marketu budowlanego zakupić materiały do remontu. Kupiliśmy dwie rozstawiane drabiny jedną większą, drugą mniejszą. Zakupione materiały były to: farby, gips, płyty regipsowe, stelaż metalowy do obniżania sufitów, panele podłogowe, kleje i dodatkowy niezbędny sprzęt. Pracę zaczęliśmy od obniżenia sufitów gdzie najpierw zaczęliśmy przykręcać metalowy stelaż przy pomocy drabin, wiertarek i kołków. Pomagali mi kuzyn i jego kolega. Po obniżeniu sufitów zostały one wygipsowane przy pomocy drabin. Następnie przeszliśmy do gipsowania ścian. Po gipsowaniu ścian wzięliśmy się za układanie paneli podłogowych. Zajęło nam to kilka dni, ponieważ mieszkanie rodziców jest dość duże. Na sam koniec po gruntownym sprzątaniu były wybierane kolory farb na ściany różnych pomieszczeń. Ja z kuzynem wzięliśmy się za malowanie, do którego potrzebne nam były: farby, wałki, pędzle i drabiny. Po malowaniu posprzątaliśmy i zostały ustawione meble. Rodzice byli bardzo szczęśliwi i zadowoleni z naszej pracy, bo bardzo im się podobały kolory ścian i że mieszkanie w tych barwach jest przytulne i ciepłe. Powiedziałem rodzicom, że na taką ekipę remontową jak nasza zawsze mogą liczyć, bo jak widać jesteśmy dokładni i zgrani. Po naszej pracy mieszkanie wygląda jak nowe. Rodzice nam podziękowali.

Gospodarstwo u brata

Dostaliśmy zaproszenie do mojego brata, który ma gospodarstwo. Była to fajna wycieczka, ponieważ mieszkamy w mieście, bowiem dla nas wieś jest atrakcją. Mój brat ma piękne duże gospodarstwo, które jest wyposażone w dobry sprzęt. Ma również ogromny sad, a w nim pasiekę pszczół. Ten sad jest obsadzony jabłoniami letnimi i zimowymi dlatego też dwa razy do roku pomagamy mu zbierać dorodne jabłka. Oprócz nas są zatrudnieni jeszcze inni ludzie. Do zrywania jabłek są nam potrzebne: kosze, skrzynie i drabiny, które muszą być stabilne. Zerwane jabłka są odstawiane do skupu lub do bezpośrednich odbiorców. W jednym dniu udało nam się zerwać 500 kilo jabłek przy wspólnej pomocy. Ja Karolinie pomagałem  przestawiać drabinę, ponieważ ta drabina była długa i nie mogła sobie poradzić sama. Mój brat cieszył się, że ma takich pracowitych ludzi w swojej ekipie. Tego wieczora zorganizował nam ognisko, na którym jedliśmy między innymi pieczone jabłka z jego sadu. Później była fajna zabawa, podczas której piekliśmy kiełbaski.
   W czasie trwania tego ogniska mój brat pochwalił się, że otwiera agroturystykę. Brat ma ppomysł, żeby turyści, którzy do niego przyjadą mogli zajadać się swojskim jedzeniem. Myśli też o szkółce konnej, ponieważ jego teren sprzyja temu. Obok gospodarstwa znajduje się piękne jezioro gdzie będzie można pływać rowerami wodnymi, łódkami oraz kajakami. Będą konkursy w chodzeniu po drabinie. Takie ciekawe plany ma mój brat, a nam się to bardzo spodobało. Tak nasze zaproszenie dobiegło końca. Było miło i sympatycznie.

czwartek, 19 lutego 2015

Tajemnicze światło

Był to jeden z wielu nadchodzących jesienno  zimowych wieczorów. Zima powoli dawała o sobie znać. Śnieg, który spadł w ciągu dnia, skrzył się teraz w świetle księżyca. Delikatny, jak na tę porę roku mróz okrył pobliskie trawy, krzewy i pola rozciągające się wzdłuż drogi. Las sosnowo świerkowy przesłonił cień nocy.
Michalina jak zwykle późnym wieczorem wracała autobusem do domu po wyczerpującym dniu w pracy. Pojazd zatrzymał się na przystanku, Michalina wysiadła i ruszyła poboczem wzdłuż drogi asfaltowej. Mieszkała w małej miejscowości oddalonej o 10 km od miejsca pracy. Była to spokojna okolica. Szła równym, miarowym krokiem, nie spiesząc się. Rozmyślała o minionych dniach, o przeżytych przygodach ze znajomymi i o otaczającym ją świecie. Jej wzrok skierował się do góry na niebo. Oczom Michaliny ukazał się cały wszechświat, rozciągający się firmament najpiękniejszych gwiazdozbiorów. Ze szkoły pobieżnie pamiętała, gdzie na nieboskłonie znajdują się niektóre gwiazdy. Przypomniała sobie o najjaśniejszej z nich, Syriuszu. Zaczęła wodzić wzrokiem po niebie w poszukiwaniu gwiazdy. Powoli odnalazła konstelacje Woźnicy, Bliźniąt, Oriona - pomyślała: stąd już " krok" do Syriusza, najjaśniejszej gwiazdy Wielkiego Psa. Zamyśliła się, nagle jej oczom nad lasem ukazał się bardzo jasny obiekt. Zaczęła go obserwować.
Pulsujący jasny punkt powoli przesuwał się po rozgwieżdżonym niebie. To COŚ zbliżało się i zniżało lot. Owszem czytała, słyszała opowieści o niezidentyfikowanych latających pojazdach, ukazujących się na niebie w różnych częściach świata. Czyżby spotkało ją to szczęście, a może nieszczęście, żeby mieć bliskie spotkania "trzeciego stopnia" z UFO....?
O Nie...! Włosy nie tylko na głowie, ale i na innych częściach ciała zjeżyły się. Na przemian to: oblewał ją zimny pot, to robiło się gorąco. Nie wierzyła w to co widzi. Przyspieszyła kroku i z przerażeniem obserwowała cicho poruszający się punkt. Do domu miała jeszcze 0,5 km, blisko, a zarazem jakże daleko. Pełna paniki, co robić...? Nasłuchiwała i patrzyła ze strachem co może się wydarzyć. Nagle obiekt w miarę zbliżania się wydawał coraz głośniejsze pomruki. Michalina przerażona, a zarazem ciekawa zwolniła kroki.
Im bliżej znajdował się jaśniejący punkt, tym spokojniejsza stawała się Michalina. Jej ciało, skóra, włosy i nerwy wróciły do stanu normalności. Gdy niezidentyfikowany pojazd był dość blisko, dziewczyna zobaczyła oświetlony migającym światłem samolot wojskowy. I olśnienie. Był to samolot ze skoczkami spadochronowymi.
Przypomniała sobie o ćwiczeniach żołnierzy, które w tych dniach odbywały się na niedalekiej Pustyni Błędowskiej. Jakże duże było jej szczęście i ulga, ale i poniekąd rozczarowanie, że to tylko samolot. Weszła do domu i pomyślała: Nigdy więcej takich wrażeń i przeżyć.

środa, 18 lutego 2015

Mój pierwszy raz

Wydarzyło się to jakiś czas temu. Zbliżał się wolny weekend. Krótkie, zdawkowe rozmowy ze znajomymi o planach, jak możemy spędzić wesoło i aktywnie te dni. Było kilka propozycji .Zaproponowali wyjazd na lodowisko, oddalone kilka kilometrów od naszej miejscowości. Nie miałam żadnych planów, więc zgodziłam się. Propozycja na początku bardzo mnie ucieszyła. Umówiliśmy się na sobotnie popołudnie, ale gdy przyszedł dzień wyjazdu, mina mi zrzedła, przestraszyłam się. Nigdy nie miałam łyżew na nogach.
Oglądając ludzi, a przede wszystkim dzieci, w jaki lekki i łatwy sposób robią różne ewolucje na łyżwach, wydawało się to proste.
Nie było wyjścia, zacisnęłam zęby, "nerwy zawiązałam na supeł". Nie było odwrotu, nie mogłam wyjść na cykora i tchórza.  Nadszedł ów dzień. Weszliśmy na halę lodowiska, wszyscy podekscytowani, rozbawieni, poszliśmy wypożyczyć łyżwy. I tu pierwsze kłopoty. W tym całym zamęcie dostałam dwa różne numery butów, jeden 37, drugi 38. Pytanie, szukanie kto ma dwa różne buty. Po kilku minutach...uff...udało się. Wymieniłyśmy się z koleżanką łyżwami i znów się zaczęło. Moi znajomi dobrze radzą sobie z jazdą na łyżwach, więc bez żadnych kłopotów śmignęli na taflę lodowiska. W tej euforii i ekstazie zapomnieli o mnie i zostawili mnie samej sobie. Zawzięłam się, weszłam na lód bardzo powoli i ostrożnie, pełna obaw o moje "członki".
Znajomi po kilku minutach przypomnieli sobie o mnie, widząc jak niezdarnie przesuwam się wzdłuż bandy i przytulam ją jak swojego partnera, wołali, prosili, zachęcali abym spróbowała puścić ręce, wyprostować się, zrobić jeden krok sama. Głowa do góry i jazda. Jednak mój partner (banda) był tak silny i przekonywujący, że w żaden sposób nie chciałam go opuścić. Kolega proponował pomoc, mimo to ja tkwiłam uparcie przy stabilnym oparciu. Koleżanka śmiała się, że wolę trzymać się zimnej bandy niż ciepłego ramienia kolegi. Po kilku próbach, wskazówkach i pomocnej dłoni kolegi udało mi się przełamać strach i ruszyłam na podbój ślizgawki. Starałam się utrzymywać ciało prosto, jak struna, podtrzymywana przez kolegę, mimo wszystko moje nogi nie zawsze mnie słuchały i raz po raz rozjeżdżały się na boki. Wyglądało to komicznie. Kolega stawiał mnie do pionu, a po chwili znów powtórka z rozrywki, nogi sobie, a reszta ciała sobie. Upłynęło troszkę czasu zanim moje wszystkie członki "współgrały ze sobą". Znajomi mieli ze mnie niezły ubaw. Z perspektywy czasu sama się z tego śmieje. Chociaż upłynęło trochę czasu i  mój pierwszy kontakt z lodowiskiem, i łyżwami nie był najlepszy to polubiłam ślizgawkę. Jak tylko mam wolną chwilę, witam Panią Zimę, zakładam łyżwy i jazda...
 

Agnieszka - dobra wnuczka babci Heleny.

     Babcia Helena ma 83 lata i mieszka wraz z wnuczkiem Krzyśkiem. Czuje się jednak bardzo samotna, bo wnuczek całymi dniami pracuje i nie ma czasu dla babci. Od czasu do czasu przychodzi do Niej wnuczka Agnieszka. Babcia lubi tę wnuczkę, bo zawsze Jej w czymś pomoże. Jeździ z babcią do lekarza, robi większe zakupy i czasami posprząta  mieszkanie. Niedawno Agnieszce urodziła się córeczka Gabrysia. Przychodzi więc z córeczką, żeby pobyć i porozmawiać z babcią. Dziewczynkę wkłada do wózka i pozostawia pod opieką babci, a sama zabiera się do sprzątania. Ścieli łóżko zmieniając wcześniej pościel. Wyciera kurze na szafkach , półkach i piecu. Zamiata i myje podłogę. Odkurza mały chodnik i dywan w pokoju. W kuchni myje naczynia i szoruje duży zlew. Myje również kuchenkę i blaty kuchenne. Następnie zamiata podłogę i myje linoleum. Po sprzątaniu dziewczyna czuje ogromne zmęczenie. Za to babcia jest  jej bardzo wdzięczna  i stawia na stole pyszny obiadek. Malutka Gabrysia nauczyła się dawać pysia mamusi. Pochyla się i całuje w policzek  również swoją prababcię. Pani Helena cieszy się z dziecka i z odwiedzin wnuczki. Już nie może się doczekać następnych.
  

Sprawdzony przepis na tiramisu

Składniki:
250g serka Mascarpone
130g śmietanki 30%
100g biszkoptów
50g cukru pudru
1 mała filiżanka kawy espresso
50g likieru Amaretto
3 łyżki kakao

Wykonanie:
Do sera Mascarpone dodać cukier puder i wymieszać. W salaterce ubić śmietankę i dodawać  stopniowo do serka mieszając drewnianą łyżką. W szklanym naczyniu ułożyć warstwę biszkoptów, następnie nasączyć je kawą z dodatkiem likieru i wyłożyć warstwę kremu. Czynność powtórzyć. Na kilka godzin wstawić do lodówki. Na wierzchu posypać kakao lub utartą czekoladą.

Smacznego!!!!!!!

czystość i porządek w domu Agnieszki

Agnieszka wraz z mężem budują sobie dom tuż obok domu swojej mamy.  Na razie zamieszkała na piętrze u rodziców. Dostała trzy pokoje, w których mieszka. Ze względu na małe dziecko stara się o czystość i porządek. Często ściera kurze, odkurza dywan i wykładzinę, wyciera na mokro podłogę, żeby nie było kurzu.  Na dole pomaga sprzątać kuchnię po obiedzie. Oboje wraz z mężem zmywają garnki, potem wycierają stół, szorują zlew, zamiatają podłogę i wycierają ją na mokro. Nie zapomina o schodach, które prowadzą na górę. Zamiata je, a potem wyciera ścierką nasączoną preparatem do drewna. Wszystko lśni i pachnie, aż miło popatrzeć. Zawsze, kiedy przyjdę do Agnieszki widzę, że ma czystość i porządek.

Szczęście Antka i jego nowy sklep.

Antek zakochał się w Małgosi, która była piękną i mądrą dziewczyną. Oświadczył się jej i został przyjęty. Przyprowadził ją do domu, żeby pokazać rodzicom. Rodzice bardzo się cieszyli ze szczęścia syna i wyprawili mu huczne wesele. Dziadek Antka dał mu w prezencie dużą sumę pieniędzy na założenie własnej firmy. Antek po ślubie zamieszkał wraz z żoną w domu rodziców. Na działce nieopodal rozpoczął budowę swojego sklepu, o którym marzył od dawna. Budowa posuwała się bardzo szybko, bo miał bardzo dobrych i solidnych pracowników z gór. Kiedy ukończył budowę przy drodze ustawił duży szyld, który zapraszał wszystkich klientów do odwiedzania jego sklepu. Obiecywał niższe ceny niż w konkurencyjnych, pobliskich sklepach. Miał sprzedawać przemysłowe artykuły. Powoli wraz z bratem Zenkiem zwozili wszystko z hurtowni. Dużo materiałów udało mu się kupić od samego producenta. Ostatni transport, jaki przywieźli to były same drabiny. były to drabiny budowlane, drabiny magazynowe, drabiny przemysłowe, drabiny wielofunkcyjne i drabiny uniwersalne. Tych drabin było tak dużo, że Zenek zaczął wątpić kiedy jego brat to wszystko sprzeda. Ale Antek się nie obawiał o te drabiny, ponieważ cena drabin, była bardzo konkurencyjna. Bo kupił je od samego producenta. Żonę przeszkolił do obsługi sklepu internetowego, więc nie musiał się bać, że nie sprzeda tak dużej ilości drabin. Sam sobie odłożył dużą i solidną drabinę, żeby służyła długie lata.
     

Chirurgia drzew w parku praskim.

    Pan Ksawery jest kierownikiem brygady, która odpowiada za porządek w parku miejskim. Ludzie bardzo lubią Pana Ksawerego, ponieważ jest bardzo tolerancyjny i ludzki. Nigdy nie skrzywdził człowieka. Bardzo dba o czystość i porządek w parku praskim. Ludzie  chętnie pracują pod jego komendą. Sprzątają, porządkują, ścinają trawę, grabią, opróżniają kosze. Pan Ksawery zdecydował, że pracownicy będą teraz odcinać suche gałęzie, które mogłyby spadając na przechodniów kogoś zranić. Zebrał całą brygadę i ogłosił, że do obcinania gałęzi potrzebuje siedmiu panów. Zaraz zgłosili się chętni. W hurtowni zakupił potrzebne piły i drabiny. Na drugi dzień przywieziono zamówione drabiny. Okazało się, że są każda innego koloru. Pan Adrian dostał niebieską drabinę. Pan Andrzej czerwoną drabinę. Pan Bronisław dostał zieloną drabinę. Pan Bolesław dostał czarną drabinę. Pan Gabryś brązową drabinę. Pan Grzegorz dostał bordową drabinę. Pan Jan turkusową drabinę. Drabiny były bardzo solidne i nadawały się do tej pracy w sam raz. Ustawili drabiny przy drzewach i zabrali się do pracy. Po dwóch godzinach na drabiny weszli ich koledzy zmiennicy i także solidnie pracowali.  Potem zebrali cały sprzęt i drabiny i złożyli do samochodu, który zawiózł to wszystko do magazynu. Pan Ksawery był bardzo zadowolony z pracy swoich pracowników. Cieszył się, że żaden z pracowników nie spadł z drabiny

Chwile zwątpienia

W małej miejscowości nie daleko Poznania mieszkało młode małżeństwo, które starało się o dziecko. Kobieta zajmowała się domem, a jej mąż miał dobrze prosperującą firmę dzięki której było go stać na utrzymanie domu i rodziny. Po dwóch latach od ślubu spełniło się ich największe marzenie i na świat przyszło tak długo oczekiwane dziecko. Było to dla nich wielkie szczęście, którym dzielili się z bliskimi i przyjaciółmi. Po kilku miesiącach od narodzin córki, mąż zaczął zauważać, że nie do końca nie był przygotowany do roli ojca. Miał za złe żonie, że jest zbyt zafascynowana opieką nad dzieckiem, a jemu za mało poświęca czasu i uwagi co zaczęło prowadzić do konfliktu między nimi. On zaczął coraz częściej poza domem popadają w wir pracy. Kobieta siedząc w domu i zajmując się dzieckiem nie mając już od niego żadnego wsparcia miewała różne myśli i wątpliwości czy postąpiła dobrze wychodząc za niego za mąż. Jednak postanowiła na razie nie dzielić się z nikim swoimi przemyśleniami tylko chciała poczekać na to co dalej pokarze czas.
 Po powrotach jego do domu z dnia na dzień bywało między nimi coraz ostrzejsze awantury przez które cierpiała ich córka. Po której kłótni z kolei doszła do wniosku, że jest wyczerpana psychicznie i musi postanowić co zrobić z tym dalej. Jednak z czasem nie zmieniało się nic i postanowiła porozmawiać z mężem. Mówiąc mu, że dłużej nie może tkwić w takim związku. Uważam,że w tej sytuacji najlepszym wyjściem będzie jeśli się rozstaną i każde z nich zacznie sobie układać życie na nowo. 
Po przebytej rozmowie zaczął zastanawiać się czego nie daje swojej rodzinie i nie chcąc ich stracić postanowił popracował nad swoim zachowaniem i błędami które popełniał. Ona nie do końca była przekonana, że w nim nastąpi taka przemiana, ale pod uwagę dobro dziecka postanowiła zaryzykować i dać mu szanse. 
Po dłuższym czasie i obserwacji męża doszła do wniosku, że warto było nie przekreślać rodziny, bo ponownie stali się sobie bliscy i wiedli spokojne szczęśliwe życie.

Droga na szczyt

Po zakończeniu szkoły muzycznej 24 letnia dziewczyna postanowiła wykorzystać swój talent i spróbować karierę jako wokalistka. Niestety Początki wybicia się w świecie muzycznym nie okazały się takie proste
jak jej się wydawało. Zaczęła brać udział w różnych konkursach muzycznych z nadzieją na to,że ktoś z producentów zwróci na nią uwagę i doceni jej głos. Po kilku występach miała chwile zwątpienia bo jakoś nikt się nią jeszcze nie za interesował. Postanowiła nie dać za wygraną i dała sobie ostatnią szanse i wzięła udział w jednym z jej ulubionych programów telewizyjnych który cieszył się dużą popularnością. Los się do niej uśmiechnął i rywalizując ze wszystkimi uczestnikami udało jej się zdobyć pierwsze miejsce dzięki któremu miała możliwość nagrania swojej pierwszej płyty. Praca nad jej debiutanckim albumem trwała sporo czasu ale gdy już została wydana odniosła duży sukces.Od tego czasu życie początkującej piosenkarki zaczęło zmieniać się ku lepszemu. Z miesiąca na miesiąc przybywało jej coraz więcej pracy. Po trudnych początkach branży muzycznej zaczęła być popularna i rozpoznawana wśród osób które mijały ją na ulicy. Kariera umożliwiła jej spełnić marzenia i osiągnąć cele których wcześniej nie była wstanie zrealizować. Jak znajomi zaczęli zauważyć,że zaczyna jej się dobrze powodzić i ma więcej pieniędzy niż oni to w ich głowach pojawiły się obawy, że się od nich odwróci i nie będzie chciała ich znać. Jednak było dla nich pozytywnym zaskoczeniem, że młoda piosenkarka nadal uważała ich za swoich przyjaciół i dzieliła się z nimi swoimi porażkami jak i sukcesami. Była na tyle mądra, że ogromna sława i popularność nie przewróciły jej w głowie. Zawsze miała świadomość, że sukces w każdej chwili może się skończyć a znajomi i przyjaciele pozostaną z nią na zawsze.

Sprawdzony przepis na sernik na zimno ze słodkiego mleka

Składniki:

1 litr mleka
0,5 litra kwaśnej śmietany 18%
150g cukru pudru
2 całe jajka
3/4 kostki masła
1 cukier waniliowy
bakalie i sok z cytryny
galaretka w proszku
owoce(np. jagody, maliny, truskawki)

Sposób wykonania:

Na gotujące mleko wlać jajka rozbite ze śmietaną. Gotować aż się zetnie na serek. Wylać na gęste sitko.
Masło utrzeć z cukrem pudrem i waniliowym. Dodawać schłodzony ser, na końcu bakalie i sok cytrynowy. Wyrzucić na biszkopt, wyłożyć owoce i zalać tężejącą galaretką.

Smacznego!!!!!!!

wtorek, 17 lutego 2015

Mała z lupką


Atrofia wzroku bywa niekiedy kłopotliwa.

Faza niedowidzenia różnie  piętnuje osobę tracącą wzrok.

Ot przykład: wiedziony lub wiedziona szczątkowym widzeniem pełzniesz po chodniku, niby świeżo upieczony górnik snujący się w ciemnych korytarzach kopalnianych z   wiązką światła  na kasku.

Twoja uwaga skupiona celem wędrówki , w dodatku przyklejona do podłoża i  stóp, ,zagłusza odbiór  ciepła ludzkich ciał co chwilę ocierających się o cień Twej napiętej postaci

Napotkani znajomi siłą rzeczy pozostają bezpozdrowienia lub bynajmniej krótkiego : cześć. No chyba, że Ciebie pierwszego, pierwszą zagadną

Po jakimś czasie, przypadkiem dzięki niezawodnej aczkolwiek nie zawsze wiarygodnej poczcie pantoflowej dowiadujesz się, że  mają cię za  buraka z wysokim mniemaniem o sobie.  Jeśli masz okazję do wyjaśnień, powiesz, że nie widzisz  twarzy lub też nie mając okazji do tłumaczeń zostaniesz burakiem. Niedomówienia może rozproszyć biała laska, ale  nowoociemniałym nie łatwo przychodzi  pokochać ten sprzęcior.

Z niedowidzeniem bywa też bardzo dorzecznie.

Wybrałam się nad morze, wówczas Widziałam na tyle, by przemieszczać się bez laski bądź przewodnika, aczkolwiek nieodzownym wyposażeniem mego plecaczka była mała lupa. Służyła mi do powiększania druku i  mniejszych obiektów stanowiących problem rozpoznawczy dla mych ledwo zipiących oczu.

Gdzie człowiek z południa skieruje pierwsze kroki?

Naturalnie na plażę

 a plaża gdzie?

Za pasem nadmorskiego parku, który na logikę należy przeciąć, reszta to szum Bałtyku

i  mocniej wychwytywane przez zmysł węchu zjonizowane powietrze.

Głowa zaprogramowana azymut obrany , więc ruszyłam na trakt ścieżką przez park, tym razem bez lupki. Wnikałam w jego zieloność nasłuchując intensywniejszego dla mych uszu szumu fal.

W pewnym momencie usłyszałam, rzucony  gdzieś zza drzewa, męski głos:

- Mała…chcesz popatrzyć?

- A  ma pan lupę?- odpowiedziałam z logiką  niedowidzącej.

I stało się…doznałam olśnienia, lubieżny głos męski nie należy do grzybiarza hobbisty. Instynkt w mym umyśle zakrzyknął: UCIEKAJ! Strach napędził mym nogom takiego sprintu, że nie wiem jakimż to  sposobem z oddechem zgonionego psa znalazłam się przed wejściem do pensjonatu.

Zastanawiam się jak odebrał moje pytanie o lupę bohater zza drzewa…czy również konkretnie tak jak ja rzeczowo potraktowałam jego pytanie

 Dumam też nad tą lupą, czy aby dobrze powiększyła by ów obiekt o niewiadomej dla mych oczu wielkości i czy bardzo zdenerwowałam tego pana.

poniedziałek, 16 lutego 2015

Szczęście schizofrenika


Ujmując „ociemniałego” encyklopedycznie to osoba, która w pewnym okresie swego istnienia straciła wzrok mogłaby rzec o  swoim polu widzenia: sina, ciemno-bura, nieprzenikniona przestrzeń. Idąc żartobliwym tropem za Jerzym Stuhrem w komedii „Sexmisja” mogłabym krzyknąć:

 Ciemność, widzę ciemność! Ciemność widzę!

Niekiedy zdarza się tak że słowo „ociemniały” w ustach człowieka bardziej niż mniej poirytowanego bezmyślnym i irracjonalnym zachowaniem innego człowieka przyjmuje formę kolokwializmu: ociemniło Cię czy co?”

W ferworze nieprzyjemnych   i przyjemnychemocji jesteśmy twórczy.

Ogólnie ociemniały to niewidomy lecz nie od urodzenia.

Jestem ociemniała w tym encyklopedycznym znaczeniu i  taka mała dygresja związana z   moim stanem widzenia.

Pracowałam niegdyś na stanowisku koordynator organizacji pracy wikliniarzy dla firmy produkującej elementy z tego materiału i jednym z pierwszych zadań mi powierzonych była rekrutacja odpowiednich osób nadających się do plecenia wiklinowych koszyków. Priorytetowym warunkiem „załapania się” do pracy było posiadanie orzeczenia o  znacznym lub umiarkowanym stopniu niepełnosprawności. Środowisko osób chorych-moich pobratyńców jest mi przyjazne czego efektem   było przybycie na wyznaczony dzień rozmowy kwalifikacyjnej gro ludków w pełnej krasie swoich schorzeń i niedomagań.Zjawili się  pełni mieszanych uczuć, z których najbardziej wyczuwalny mej inteligencji emocjonalnej był niepokój i nadzieja zarobienia paru złotych do  swej, tu piszę z przekąsem, nieskromnego świadczenia rentowego.

Kończę preludium do mej małej przygody i zaczynam jej sedno.

Jest to przygoda o wymiarze  szczęśliwości tak różnie interpretowanej.

Gdzieś tam w kuluarach Sali kandydatów podszedł do mnie mężczyzna    przedstawiający się imieniem Jurek. Po krótkiej  konwersacji przypomniałam sobie ten głos i  zadziwiłam się jego właścicielowi zainteresowaniem pracą dla niepełnosprawnych. Był  to mój niedoszły teść. Człowiek oddany idei solidarności, zaangażowany działacz tej partii, niegdyś  zdrowy i pełen energii facet, teraz tknięty głęboką schizofrenią.

Otóż ów Jurek rzecze do mnie filozoficznie:

-Justyna , ty to masz szczęście…

Co w ogólnym trendzie „ nieszczęśliwa niewidoma” zabrzmiało w moich uszach podstępnie.

-dlaczego?- zapytałam skonsternowana pytaniem

- Bo nie musisz kłócić się o kolory, widzisz wszystko w jednym i  nie ma podstaw do  zaprzątania sobie głowy co jaki ma kolor- odpowiedział.

Minęło 20 lat od tej przygody. Wspominając tę rozmowę uśmiecham się do mego niewidomstwa i  miarkuję o szczęściu tak  genialnie prosto postrzeganym  przez człowieka paradoksalnie nieszczęśliwego…ale czy aby na pewnonieszczęśliwego?