Ferie zimowe to czas kiedy można poznać wielu ludzi i przeżyć mnóstwo niezapomnianych przygód. Taką właśnie niezapomnianą przygodę przeżyłem w ubiegłym roku. Wraz z przyjaciólmi wyjechaliśmy w góry. Nasze schronisko znajdowalo się w małej miejscowości 40 km od Zakopanego. Było tam bardzo malowniczo.
Na początku naszego pobytu wszystko było spokojnie, dopóki jeden z mieszkańców nie
powiedział nam, że w okolicy od kilku lat zdarzają się dziwne i niewyjaśnione historie. Zapewne z tego powodu było tam tak mało turystów, mimo iż okolica była naprawde piękna. Nie potraktowaliśmy poważnie opowiedzianej nam historii i następnego dnia wyruszyliśmy na podbój szlaku górskiego. Od mieszkańców naszej wioski, dowiedzieliśmy się, że jest to góra zwana „Widmo”, ponieważ na jej szczycie niegdyś odbywały się obrzędy wywoływania duchów. Pewnej nocy przy pełni księżyca mieszkańcy wywolali strasznego ducha, który był sprawcą wielu dziwnych zdarzeń. Legenda głosi, że ten duch straszy na szlaku do dzisiaj. Mimo tej przestrogi postanowiliśmy osiągnąć szczyt góry. Od początku wyprawy nie omijały nas nieszczęścia. Pierwszym, które nam się przytrafiło było złamanie ręki przez Marcina. Tomek, najlepszy jego kolega odprowadził go do schroniska, my zaę wspinaliśmy się dalej. Miejscami spotykaliśmy tablice i rysunki na skałach których nie rozumieliśmy. Im wyżej wchodziliśmy tym bardziej miałem przeczucie, że zza skały wyskoczy duch z legendy. Zacząłem się naprawde bać, kiedy zobaczyłem jaskinię, w której były fragmenty szkieletów. W jednej chwili chciałem stamtąd uciec jak najdalej, ale silniejsze ode mnie było pragnienie wejścia na szczyt. Szliśmy więc dalej. Pocieszałem się myślą, że do szczytu nie było już tak daleko. Gdy w końcu wspieliśmy się na góre „Widmo” nagle Monika wpadła w niewielką przepaść. Na początku wszyscy wpadliśmy w panikę, ale oprócz kilku potłuczeń, na szczęście nic jej się nie stało. Wszyscy mieliśmy już dosyć wrażeń, więc postanowiliśmy wracać. Podczas wędrówki nie zauważyliśmy nawet, że przez cały czas zbierały się nad nami ciemne chmury. Zaczął kropić drobny deszczyk, który po chwili przekształcił się w prawdziwą burzę z błyskawicami. Czułem się jak w prawdziwym horrorze. Nie mieliśmy wyjścia, musieliśmy ukryę się w najbliższej jaskini. Było bardzo ciemno i zimno, rozpaliliśmy więc ognisko i nagle cała jaskinia zapelniła się mnóstwem nietoperzy. Zaczeliśmy wrzeszczeć, lecz nagle wszystko ucichło, gdy ognisko zgasło pod wpływem silnego wiatru. Musieliśmy przeczekać burzę w tym strasznym miejscu. Siedząc w ciszy otoczeni ciemnością, słyszeliśmy bardzo wyrażne odgłosy kroków i wycie. Z pewnością nie był to wiatr. Byliśmy naprawdę wystraszeni, lecz w końcu zasnęliśmy ze zmęczenia. Następnego dnia obudziło nas nawoływanie. Na szczęście był to Tomek, który sprowadził pomoc. Wraz z ratownikami GOPR zeszliśmy na dół. Nasza przygoda z górą zakończyła się. Z perspektywy czasu to była naprawdę śmieszna przygoda, choć
piątek, 27 lutego 2015
czwartek, 26 lutego 2015
Wakacje nad morzem
Moje tegoroczne wakacje uważam za średnio udane. Nie były one nudne, ale i nie wyróżniają się od poprzednich.
Na początku lipca wyjechałem z rodzicami i siostrą nad morze do Międzywodzia koło Dziwnowa. Mieszkaliśmy w domu wczasowym w centrum miasteczka. Do morza było zaledwie kilkaset metrów. Rano po śniadaniu szliśmy na plażę. Rodzice i siostra lubili się opalać. Ja natomiast wolałem pływać w morzu. Pomimo zimnej wody było to ciekawsze zajęcie od „smażenia się’’ na słońcu.
Wieczorami chodziłem po mieście z kolegami. Często odwiedzaliśmy salony gier oraz dyskoteki.
W pochmurne dni jeździłem z rodzicami do pobliskich miasteczek. Zwiedziliśmy między innymi latarnię morską w Niechorzu, kościółek w Trzęsaczu, rezerwat żubrów w Wolińskim Parku Narodowym. Jeden dzień spędziliśmy w Międzyzdrojach gdzie zwiedziliśmy promenadę gwiazd oraz wystawę figur woskowych. Kupiliśmy tam również trochę pamiątek. Dla mnie jedną z największych atrakcji była wypożyczalnia skuterów w Pobierowie. Wydając wszystkie swoje oszczędności wynająłem sobie dwuosobową Yamahę.
Jazda nie sprawiała mi problemów. Nawet mało brakowało żebym zapłacił mandat ponieważ dwukrotnie przekroczyłem dozwoloną prędkość.
Pobyt w Międzywodziu uważam za udany ponieważ było tam kilka ciekawych atrakcji oraz nawiązałem ciekawe znajomości.
W życiu jak w tańcu każdy krok ma znaczenie
Na początku lipca wyjechałem z rodzicami i siostrą nad morze do Międzywodzia koło Dziwnowa. Mieszkaliśmy w domu wczasowym w centrum miasteczka. Do morza było zaledwie kilkaset metrów. Rano po śniadaniu szliśmy na plażę. Rodzice i siostra lubili się opalać. Ja natomiast wolałem pływać w morzu. Pomimo zimnej wody było to ciekawsze zajęcie od „smażenia się’’ na słońcu.
Wieczorami chodziłem po mieście z kolegami. Często odwiedzaliśmy salony gier oraz dyskoteki.
W pochmurne dni jeździłem z rodzicami do pobliskich miasteczek. Zwiedziliśmy między innymi latarnię morską w Niechorzu, kościółek w Trzęsaczu, rezerwat żubrów w Wolińskim Parku Narodowym. Jeden dzień spędziliśmy w Międzyzdrojach gdzie zwiedziliśmy promenadę gwiazd oraz wystawę figur woskowych. Kupiliśmy tam również trochę pamiątek. Dla mnie jedną z największych atrakcji była wypożyczalnia skuterów w Pobierowie. Wydając wszystkie swoje oszczędności wynająłem sobie dwuosobową Yamahę.
Jazda nie sprawiała mi problemów. Nawet mało brakowało żebym zapłacił mandat ponieważ dwukrotnie przekroczyłem dozwoloną prędkość.
Pobyt w Międzywodziu uważam za udany ponieważ było tam kilka ciekawych atrakcji oraz nawiązałem ciekawe znajomości.
W życiu jak w tańcu każdy krok ma znaczenie
Wyprawa w góry
Co roku przynajmniej tydzień wakacji spędzam w Tatrach. Kiedyś jeździłem tam z rodzicami i siostrą, teraz częściej wybieram się z przyjaciółmi. Tegoroczne wakacje były wyjątkowo udane pod względem pieszych wycieczek, ponieważ oprócz tygodnia w Tatrach byłem też w Bieszczadach.
W Tatry wybrałem się z dwoma kolegami, Tadkiem i Wojtkiem. Wszyscy lubimy górskie wędrówki i naprawdę miło spędziliśmy ten czas. Przez pierwsze dni robiliśmy sobie rozgrzewkę, żeby poznać swoje siły i wypróbować nowy sprzęt. Dla mnie było to szczególnie ważne, ponieważ miałem nowe buty. A wiadomo, że buty w górach to podstawa. Wojtek oprócz kurtki miał też nowy aparat i „wypróbowywał” go wyjątkowo zaciekle. Baliśmy się, że nigdzie nie dojdziemy, jeśli będzie się zatrzymywał co dwa kroki, by uwieczniać widoki, kwiatki, kamienie i oczywiście nas.
W środę nadszedł czas na najważniejszą trasę, czyli wyjście na Rysy. Wstaliśmy (...)
bardzo wcześnie, by wyprzedzić tłumy turystów, zdążające każdego dnia do Morskiego Oka. Przyznam, że niezbyt lubię tę trasę. Marsz po asfaltowej drodze w górach nie ma nic wspólnego z prawdziwą wycieczką. Przypomina raczej oglądanie ładnych wystaw w mieście. Ale dzięki temu, że to prosta trasa, mogliśmy wyruszyć, zanim zrobiło się całkiem jasno. Gnaliśmy wyjątkowo szybko, do Morskiego Oka dotarliśmy zdyszani i zmęczeni. Ale potem wyrównaliśmy tempo. Dzień wstawał wyjątkowo piękny. Im wyżej się wpinaliśmy, tym bardziej zachwycały nas widoki. Mgła zupełnie opadła, tak że widoczność była niemal doskonała. Wojtek ze swoim aparatem po prostu szalał, twierdząc, że to niepowtarzalna okazja i że zrobi zdjęcie swego życia. Żartowaliśmy z niego, ale trzeba przyznać, że takich górskich krajobrazów jeszcze nie widziałem, choć nie była to moja pierwsza wyprawa na Rysy.
Kto był na szczycie wie, (...)
że to nie jest łatwe podejście, trasa jest dość długa, a pod koniec trzeba się trzymać łańcuchów, bo miejscami jest bardzo stromo. Dumą napawał nas fakt, że nie widzieliśmy nikogo przed sobą, dopiero potem zaczęliśmy dostrzegać pierwszych wspinających się pod nami. Mieliśmy ambicję dotrzeć na szczyt jako pierwsi tego dnia, a z drugiej strony żal nam było się spieszyć, ponieważ widoki były przepiękne. Obiecaliśmy sobie długi postój dopiero w drodze powrotnej, a w czasie wspinaczki robiliśmy tylko krótkie przerwy na jedzenie, picie i oczywiście fotografie. Chyba nikt nigdy nie zrobił mi tylu zdjęć co Wojtek tamtego dnia. A moja skromna osoba znalazła się na niewielkiej części wszystkich fotografii z tej wyprawy.
Nasze wysiłki przyniosły pożądany efekt, na szczycie byliśmy pierwsi. To było cudowne uczucie odetchnąć pełną piersią na najwyższym szczycie Tatr. A oddechu było nam potrzeba. (...)
W Tatry wybrałem się z dwoma kolegami, Tadkiem i Wojtkiem. Wszyscy lubimy górskie wędrówki i naprawdę miło spędziliśmy ten czas. Przez pierwsze dni robiliśmy sobie rozgrzewkę, żeby poznać swoje siły i wypróbować nowy sprzęt. Dla mnie było to szczególnie ważne, ponieważ miałem nowe buty. A wiadomo, że buty w górach to podstawa. Wojtek oprócz kurtki miał też nowy aparat i „wypróbowywał” go wyjątkowo zaciekle. Baliśmy się, że nigdzie nie dojdziemy, jeśli będzie się zatrzymywał co dwa kroki, by uwieczniać widoki, kwiatki, kamienie i oczywiście nas.
W środę nadszedł czas na najważniejszą trasę, czyli wyjście na Rysy. Wstaliśmy (...)
bardzo wcześnie, by wyprzedzić tłumy turystów, zdążające każdego dnia do Morskiego Oka. Przyznam, że niezbyt lubię tę trasę. Marsz po asfaltowej drodze w górach nie ma nic wspólnego z prawdziwą wycieczką. Przypomina raczej oglądanie ładnych wystaw w mieście. Ale dzięki temu, że to prosta trasa, mogliśmy wyruszyć, zanim zrobiło się całkiem jasno. Gnaliśmy wyjątkowo szybko, do Morskiego Oka dotarliśmy zdyszani i zmęczeni. Ale potem wyrównaliśmy tempo. Dzień wstawał wyjątkowo piękny. Im wyżej się wpinaliśmy, tym bardziej zachwycały nas widoki. Mgła zupełnie opadła, tak że widoczność była niemal doskonała. Wojtek ze swoim aparatem po prostu szalał, twierdząc, że to niepowtarzalna okazja i że zrobi zdjęcie swego życia. Żartowaliśmy z niego, ale trzeba przyznać, że takich górskich krajobrazów jeszcze nie widziałem, choć nie była to moja pierwsza wyprawa na Rysy.
Kto był na szczycie wie, (...)
że to nie jest łatwe podejście, trasa jest dość długa, a pod koniec trzeba się trzymać łańcuchów, bo miejscami jest bardzo stromo. Dumą napawał nas fakt, że nie widzieliśmy nikogo przed sobą, dopiero potem zaczęliśmy dostrzegać pierwszych wspinających się pod nami. Mieliśmy ambicję dotrzeć na szczyt jako pierwsi tego dnia, a z drugiej strony żal nam było się spieszyć, ponieważ widoki były przepiękne. Obiecaliśmy sobie długi postój dopiero w drodze powrotnej, a w czasie wspinaczki robiliśmy tylko krótkie przerwy na jedzenie, picie i oczywiście fotografie. Chyba nikt nigdy nie zrobił mi tylu zdjęć co Wojtek tamtego dnia. A moja skromna osoba znalazła się na niewielkiej części wszystkich fotografii z tej wyprawy.
Nasze wysiłki przyniosły pożądany efekt, na szczycie byliśmy pierwsi. To było cudowne uczucie odetchnąć pełną piersią na najwyższym szczycie Tatr. A oddechu było nam potrzeba. (...)
4 - Donald przeżył przygodę, która dobrze się zakończyła.
Pies Donald na dobre się zadomowił w nowej
rodzinie. Był bardzo wierny i posłuszny. Chodził do warsztatu Piotrka i
przesiadywał tam godzinami. Czasami Piotrek kazał mu iść na posłanie, bo spał
na stojąco. Brał go na ręce i zanosił do domu. Piesek spał sobie spokojnie
leżąc na swoim legowisku. Starsza pani w tym czasie gotowała różne smakołyki,
których zapachy budziły głodnego pieska. Kiedy przychodziła na obiad prosił ją,
żeby go poczęstowała. Bardzo lubił pierogi z mięsem, krokiety i paszteciki. Za
naleśnikami też przepadał. Młodsza córka dawała mu po kryjomu przed babcią, bo
babcia nie pozwalała. Piesek zajadał się, bo bardzo lubił te specjały. Kiedyś
ugotowała dobrej jarzynowej zupy, którą Donald ze smakiem zajadał. Dostawał
czasami kości, które wynosił na dwór i zakopywał w piachu. Taki już miał psi
zwyczaj. Parę miesięcy później Piotrka koledze urodziła się trzecia córka.
Postanowił odwiedzić swojego kolegę. Mieszkał daleko od Krakowa w Bieszczadach.
Wziął ze sobą do samochodu w podróż swojego pieska. Donald bardzo lubił
podróżować samochodem. Zaraz jak wsiadł, kładł się na siedzeniu i zasypiał.
Kiedy dojechali na miejsce Spał bardzo smacznie i Piotrek go nie zbudził.
Zostawił Donalda w samochodzie, a sam udał się do domu kolegi. Ponieważ było
bardzo gorąco dach samochodu był odsłonięty, tak by powietrze dostawało się do
środka. Po pewnym czasie pies się obudził i zobaczył, że nie ma jego pana.
Wyskoczył na dach i rozpoczął poszukiwanie swojego pana na zewnątrz. Piotrek
wrócił do samochodu i nie zastawszy psa poszedł też na poszukiwanie swojego
pupila. Znalazł go w parku kręcącego się w pobliżu obcych ludzi. Donald zaraz
poznał swojego pana i z radością wrócił z nim do samochodu. Kiedy opowiedział w
domu o tej przygodzie Donalda wszyscy zamarli z przerażenia, bo szkoda im było
stracić tak fajnego pieska. Dobrze, że ta przygoda tak dobrze się zakończyła.
3 - Pies Donald najlepszym przyjacielem Wojtusia i cioci.
środa, 25 lutego 2015
Wyjście na spacer
Cóż to był za widok. Na długo pozostanie w mojej pamięci. Cieszę się, że miałem okazję, by to zobaczyć. To niezwykłe widowisko
miało miejsce podczas górskiej wyprawy, jaką odbyłem wraz z przyjaciółmi w Tatry Wysokie. Była piękna złota jesień, jednak w wyższych partiach gór, na nagich graniach bielił się śnieg.
Wyszliśmy ze schroniska bardzo wcześnie, by móc obserwować wschód słońca. Szlak początkowo wiódł wśród drzew, przez których konary zaczęły prześwitywać pierwsze słoneczne promienie. W zaciszu lasu nie było wiatru, jednak słyszeliśmy jego odgłosy wysoko ponad konarami. Gdy wyszliśmy na otwartą przestrzeń, wiatr
wzmógł się znacznie. Mogłem obserwować wzbija w górę tumany śniegu osiadłego na skałach. Cofnęliśmy się na skraj polany, by pod osłoną drzew obserwować wschód. Nocna szarość nieba ustąpiła już dawno lekko żółtawej barwie, która rozlała się wśród chmur, a z czasem zaczęła nabierać różowych odcieni. Milczeliśmy, pochłonięci widokiem budzącego się dnia. By to zobaczyć, warto było wstać tak wcześnie. Tymczasem niebo
zupełnie się zaróżowiło, a miejscami róż łączył się z błękitem przechodząc w fiolet. Pastelowa poświata spowijała połacie śniegu, który zdawał się być niebieski. Wszyscy czekaliśmy na tę chwilę, kiedy słońce zacznie wyłaniać się znad wschodnich szczytów gór. Zaczęło się. Najpierw pierwsze promienie poczęły załamywać się na skałach. Później wolniutko, coraz wyżej wznosiła się czysta słoneczna tarcza. Jej barwa była inna niż to bywa latem, bardziej chłodna, jak białe złoto. Na twarzach poczuliśmy pochodzące od promieni ciepło. Odcień śniegu uległ zmianie i stał się znacznie bielszy, widać było jak skrzy się w słońcu, które ukazało się w całej okazałości. Odwróciliśmy się tyłem do słonecznej tarczy, by spojrzeć na doliny pokryte liściastymi lasami. O tej porze roku wyglądały jak różnobarwne kobierce, tu czerwone, tam żółte, gdzieniegdzie złote i purpurowe. Jaka różnica była między tą wesołą paletą kolorów, a stalowoszarym majestatem górskich grani, budzących podziw swą elegancją, lecz kryjących grozę, którą łagodziło obudzone słońce. Wiatr, który szalał wcześniej, przegnawszy chmury ustał zupełnie. Niebo sklepione nad nami było czyste i błękitne. Nie było śladu, po spektaklu, który niedawno się tu rozegrał.
W milczeniu wracaliśmy do schroniska, kontemplując w myślach obejrzany widok. Jak to się dzieje, że każdy poranek jest inny, że nigdy nie powtarza się mozaika chmur, gra promieni? Warto żyć dla tych ulotnych widoków, które zachować możemy w pamięci.
miało miejsce podczas górskiej wyprawy, jaką odbyłem wraz z przyjaciółmi w Tatry Wysokie. Była piękna złota jesień, jednak w wyższych partiach gór, na nagich graniach bielił się śnieg.
Wyszliśmy ze schroniska bardzo wcześnie, by móc obserwować wschód słońca. Szlak początkowo wiódł wśród drzew, przez których konary zaczęły prześwitywać pierwsze słoneczne promienie. W zaciszu lasu nie było wiatru, jednak słyszeliśmy jego odgłosy wysoko ponad konarami. Gdy wyszliśmy na otwartą przestrzeń, wiatr
wzmógł się znacznie. Mogłem obserwować wzbija w górę tumany śniegu osiadłego na skałach. Cofnęliśmy się na skraj polany, by pod osłoną drzew obserwować wschód. Nocna szarość nieba ustąpiła już dawno lekko żółtawej barwie, która rozlała się wśród chmur, a z czasem zaczęła nabierać różowych odcieni. Milczeliśmy, pochłonięci widokiem budzącego się dnia. By to zobaczyć, warto było wstać tak wcześnie. Tymczasem niebo
zupełnie się zaróżowiło, a miejscami róż łączył się z błękitem przechodząc w fiolet. Pastelowa poświata spowijała połacie śniegu, który zdawał się być niebieski. Wszyscy czekaliśmy na tę chwilę, kiedy słońce zacznie wyłaniać się znad wschodnich szczytów gór. Zaczęło się. Najpierw pierwsze promienie poczęły załamywać się na skałach. Później wolniutko, coraz wyżej wznosiła się czysta słoneczna tarcza. Jej barwa była inna niż to bywa latem, bardziej chłodna, jak białe złoto. Na twarzach poczuliśmy pochodzące od promieni ciepło. Odcień śniegu uległ zmianie i stał się znacznie bielszy, widać było jak skrzy się w słońcu, które ukazało się w całej okazałości. Odwróciliśmy się tyłem do słonecznej tarczy, by spojrzeć na doliny pokryte liściastymi lasami. O tej porze roku wyglądały jak różnobarwne kobierce, tu czerwone, tam żółte, gdzieniegdzie złote i purpurowe. Jaka różnica była między tą wesołą paletą kolorów, a stalowoszarym majestatem górskich grani, budzących podziw swą elegancją, lecz kryjących grozę, którą łagodziło obudzone słońce. Wiatr, który szalał wcześniej, przegnawszy chmury ustał zupełnie. Niebo sklepione nad nami było czyste i błękitne. Nie było śladu, po spektaklu, który niedawno się tu rozegrał.
W milczeniu wracaliśmy do schroniska, kontemplując w myślach obejrzany widok. Jak to się dzieje, że każdy poranek jest inny, że nigdy nie powtarza się mozaika chmur, gra promieni? Warto żyć dla tych ulotnych widoków, które zachować możemy w pamięci.
2 - Inteligencja i wdzięk przysporzyła psu Donaldowi sporo przyjaciół.
Piotrek pościelił psu w swoim warsztacie i
trzymał go tam pięć dni, żeby nikt nie miał do niego pretensji, że przeszkadza.
Po pięciu dniach przeniósł go do domu i naszykował wygodne legowisko. Kupił
dwie miski żeby miał w czym jeść i pić. Pojechał do miasta i kupił mu także
psią karmę. Babcia co wieczór smarowała mu chleb pasztetową i kroiła na małe
kawałeczki. Donald bardzo lubił ten smakołyk. Dostawał czasami kości, które
uwielbiał gryźć. Swoje potrzeby załatwiał na podwórku pod krzaczkiem i nigdy
się nie zdarzyło, żeby w domu nabrudził. Wszyscy polubili małego pieska i
cieszyli się że jest taki mądry. Słuchał się i nigdy niczego nie spsocił.
Bardzo lubił wszystkich klientów, którzy przychodzili do Piotrka. Pewnego dnia
do starszej pani przyjechała z innej miejscowości jej młodsza córka. Wtedy
zakochał się w niej z wzajemnością. Wpychał się pod pachę i zaglądał w oczy z
miłością, gadał coś do niej po psiemu. Wtedy mógł liczyć na dobrą karmę i
pyszne kąski. Córka przemycała mu po kryjomu, żeby babcia nie widziała i
wkładała do miski. Rano kiedy drzwi były uchylone i nikt nie widział, wsuwał
się niepostrzeżenie do jej pokoju i kładł się tuż koło jej łóżka. Skomlał cicho chcąc na siebie zwrócić
uwagę. Kiedy zauważył, że się obudziła kładł przednie łapki na łóżku i
uśmiechał się po psiemu. Pani głaskała swojego ulubieńca i przytulała go z
czułością do serca. Kiedy mu mówiła, że jest najpiękniejszym pieskiem na
świecie kładł łapę na nosie chcąc zasłonić sobie oczy, bo tak bardzo się
wstydził. Potem merdał ogonkiem i piszczał radośnie. Kochał bardzo swoją nową
panią. Pani chciała go wziąć ze sobą do
dużego miasta, ale nikt na to nie wyrażał zgody, bo wszyscy polubili małego
czarnego pieska. Jak wyjeżdżała do siebie zawsze z czułością i żalem
żegnała małe zwierzątko i potem bardzo
tęskniła za nim.
1 - Porzucony pies znalazł przyjaciela i swój nowy dom.
Było późne popołudnie kiedy
spod Krakowa nadjechał srebrny kabriolet. Samochód zatrzymał się i otworzyły
się drzwi. Nagle z samochodu wyskoczył nieduży czarny piesek i zatrzymał się
tuż przy samochodzie. Załatwił swoją potrzebę i chciał wrócić do pana. Nagle
drzwi zamknęły się i samochód ruszył zostawiając osłupiałego ze zdumienia
małego pieska. Co to wszystko znaczy myślał piesek? Pewnie zaraz będzie wracał
z powrotem i weźmie mnie do samochodu. Położył się tuż przy drodze i czekał na
swojego pana. Czekał tak dwa dni nie jedząc i nie pijąc nic. Jego wierne psie
serce mówiło mu, że pan po niego przyjedzie. Nic takiego jednak nie nastąpiło.
Postanowił rozejrzeć się za jakimś jedzeniem, bo kiszki mu marsza grały.
Poszedł do małego ogródka, gdzie starsza pani pieliła grządkę z chwastów. Pani
trochę się obawiała, czy aby jej nie ugryzie. Piesek jednak zachowywał się
spokojnie i nic nie wskazywało na to, że chciałby ja ugryźć. Zaprosiła go na
podwórko i nakarmiła i napoiła. Na ten moment przyszła córka starszej pani i kiedy zobaczyła nieznanego psa, wzięła
miotły i wypędziła przybłędę z podwórka. Kiedy to zobaczył Piotrek syn córki
poszedł po pieska i powiedział, że to będzie od tej pory jego pies i nadał mu
na imię Donald. Powiedział, że jak się nikt na niego nie zgodzi, będzie spał w jego
stolarskim warsztacie. I tak Donald został przygarnięty i dostał swój nowy dom.
niedziela, 22 lutego 2015
Wsiąść do pociągu byle jakiego
Dziewięć miesięcy rycia w pierwszej B L.O
już na półmetku. Potopniały pierwsze, moje frustracje, a trybiki przyswajania wiedzy na poziomie średnim
obróciły moją codzienność w mrówczą dreptaninę.
Niewielkie miasteczko, w którym mieszkam jest urocze jednak dla młodych zionie
imprezowym deficytem.
W ubiegłą sobotę, po
pięciodniowym dniu wypełnionym szlachetnymi obowiązkami szkolnymi, wspólnie
z kumpelami umówiłyśmy się na przejażdżkę pociągiem do
Poznania. Chciałyśmy połazić po markowych sklepach, by kupić jakąś szmatkę dla
rozluźnienia naszych, babskich psychik.
Wsiadłyśmy w pociąg relacji Gorzów-Poznań i szczebiocząc o tym i tamtym ruszyłyśmy na
podbój naszego city.
Przemierzając sklepowe rewiry trzymałyśmy się razem, każda z nas wybrała coś dla siebie z ciuchowego
asortymentu, w końcu wymiętolone chodzeniem przysiadłyśmy w jednej
z studenckich knajpek, by pokosztować wonnych naleśników serwowanych
z nadzieniem „ od koloru do wyboru”
Czas do odjazdu pociągu cichym pomrukiem coraz intensywniej przypominał
nam, że komu w drogę temu…sandały.
Posiliwszy się
zabrałyśmy się na dworzec .
- Patrzcie! Dziewczyny, kiermasz książki! Zagadnęłam nagle ujrzawszy plakat na witrynie
księgarni
- Justa…my idziemy na
peron, a ty…jak chcesz-żachnęły się dziewczyny i wolnym krokiem powędrowały dalej
Wprysłam podniecona w krainę aromatu czarnodruku i audiobook’ów rzuciłam pytanie
o Jerzego Pilcha, którego uwielbiam,
przytuliłam do serca nowy zakup i
popędziłam na dworzec
Pociąg już czekał na peronie relacja Poznań-Gorzów, więc
wskoczyłam, miarkując, że kumpele
odnajdę przez komórkę,
przemierzając przedziały zastanawiałam się skąd nagle tylu pasażerów w tej relacji
. Oczywiście komórka zasnęła
słodko i tylko ładowarka mogła coś z tym zrobić, więc decydując o bezcelowości przeciskania się między wagonami
klapnęłam na wolnym miejscu tuż obok
interesującego ciacha typu szatyn-intelektualista.
Trele morele i już
wciągnęłam szatyna w rozmowę , by w pewnej chwili usłyszeć:
Ale ten pociąg nie
jedzie przez Miasteczko tylko przez
Krzyż
To uczucie, którego doznałam było podobne do reakcji
nadwrażliwych zębów na zimne, w dodatku kierownik pociągu dorzucił:
Pani nie może sobie tak ujeżdżać na tym bilecie, proszę
wysiąść na najbliższej stacji
Kasy nie ma, komórki nie ma z nikąd pomocy nie ma, więc cóż robić…
wysiadłam ale nie na najbliższej „stacji Łąki”
lecz na większej zakrawającej na szanse przeżycia.
Na szczęście nie byłam jedyna zaginiona
maszerowałam za kobitką z dzieckiem, która mantrowała ku sobie:
Jaka ja głupia, tak pomylić pociągi
- To pani też źle wsiadła- zaczepiłam łapiąc się tej deski ratunku.
-Taak. Jak nie będzie autobusu to zadzwonię do męża,
przyjedzie po nas z Szamotuł
Złożyłam błagalną prośbę do niebios, by nie było PKS, bo
przecież nie miałam kasy na bilet…i…spełniło się –autobusu nie było.
Moje perypetie nie
były takie znowu beznadziejnie
dramatyczne , bądź co bądź miałam niesforne szczęście i ukochanego Jerzego Pilcha do poczytania
A najfajniejsze było kiedy
załapałam się na właściwy pociąg do mego miasteczka i rozmyślając przycupnięta w kąciku nad lokalizacją mych kumpelek do mych
uszu doszły ich zmącone niepokojem głosy:
- znikła jak kamfora, starzy wychodzą z siebie, komórka
wyłączona…
- Halo, halo dziewczynki jestem tu- figlarnie rzuciłam przez
box
No i zaczęło się- sąd kapturkowy, najpierw one, potem ciąg
dalszy w domu, bo okazało się, że do
akcji poszukiwawczej zaangażowano policję i ochronę PKP w Poznaniu.
Wiedziona instynktem samozachowawczym , by odnaleźć drogę do
domu nie pomyślałam o zorganizowaniu powiadomienia kogokolwiek o tym jak rysuje się moja
sytuacja.
jakże byłam zażenowana. Ba! Wręcz zszokowana, kiedy zamiast
otwartych ramion matczynych
Z jej westchnieniem na ustach :
- dziecko, dobrze, że
nic ci się nie stało,
Ujrzałam minę zaciętość prokuratora
No cóż, jak śpiewał Ryszard Rynkowski” wypijmy za błędy…”
piątek, 20 lutego 2015
Remont mieszkania
Moi rodzice poprosili mnie żebym pomógł im przy remoncie mieszkania. W sobotę wieczorem usiedliśmy żeby porozmawiać o tym, co jest potrzebne do tego remontu. Okazało się, że nie ma żadnej drabiny w domu. Po niedzieli pojechaliśmy do marketu budowlanego zakupić materiały do remontu. Kupiliśmy dwie rozstawiane drabiny jedną większą, drugą mniejszą. Zakupione materiały były to: farby, gips, płyty regipsowe, stelaż metalowy do obniżania sufitów, panele podłogowe, kleje i dodatkowy niezbędny sprzęt. Pracę zaczęliśmy od obniżenia sufitów gdzie najpierw zaczęliśmy przykręcać metalowy stelaż przy pomocy drabin, wiertarek i kołków. Pomagali mi kuzyn i jego kolega. Po obniżeniu sufitów zostały one wygipsowane przy pomocy drabin. Następnie przeszliśmy do gipsowania ścian. Po gipsowaniu ścian wzięliśmy się za układanie paneli podłogowych. Zajęło nam to kilka dni, ponieważ mieszkanie rodziców jest dość duże. Na sam koniec po gruntownym sprzątaniu były wybierane kolory farb na ściany różnych pomieszczeń. Ja z kuzynem wzięliśmy się za malowanie, do którego potrzebne nam były: farby, wałki, pędzle i drabiny. Po malowaniu posprzątaliśmy i zostały ustawione meble. Rodzice byli bardzo szczęśliwi i zadowoleni z naszej pracy, bo bardzo im się podobały kolory ścian i że mieszkanie w tych barwach jest przytulne i ciepłe. Powiedziałem rodzicom, że na taką ekipę remontową jak nasza zawsze mogą liczyć, bo jak widać jesteśmy dokładni i zgrani. Po naszej pracy mieszkanie wygląda jak nowe. Rodzice nam podziękowali.
Gospodarstwo u brata
Dostaliśmy zaproszenie do mojego brata, który ma gospodarstwo. Była to fajna wycieczka, ponieważ mieszkamy w mieście, bowiem dla nas wieś jest atrakcją. Mój brat ma piękne duże gospodarstwo, które jest wyposażone w dobry sprzęt. Ma również ogromny sad, a w nim pasiekę pszczół. Ten sad jest obsadzony jabłoniami letnimi i zimowymi dlatego też dwa razy do roku pomagamy mu zbierać dorodne jabłka. Oprócz nas są zatrudnieni jeszcze inni ludzie. Do zrywania jabłek są nam potrzebne: kosze, skrzynie i drabiny, które muszą być stabilne. Zerwane jabłka są odstawiane do skupu lub do bezpośrednich odbiorców. W jednym dniu udało nam się zerwać 500 kilo jabłek przy wspólnej pomocy. Ja Karolinie pomagałem przestawiać drabinę, ponieważ ta drabina była długa i nie mogła sobie poradzić sama. Mój brat cieszył się, że ma takich pracowitych ludzi w swojej ekipie. Tego wieczora zorganizował nam ognisko, na którym jedliśmy między innymi pieczone jabłka z jego sadu. Później była fajna zabawa, podczas której piekliśmy kiełbaski.
W czasie trwania tego ogniska mój brat pochwalił się, że otwiera agroturystykę. Brat ma ppomysł, żeby turyści, którzy do niego przyjadą mogli zajadać się swojskim jedzeniem. Myśli też o szkółce konnej, ponieważ jego teren sprzyja temu. Obok gospodarstwa znajduje się piękne jezioro gdzie będzie można pływać rowerami wodnymi, łódkami oraz kajakami. Będą konkursy w chodzeniu po drabinie. Takie ciekawe plany ma mój brat, a nam się to bardzo spodobało. Tak nasze zaproszenie dobiegło końca. Było miło i sympatycznie.
W czasie trwania tego ogniska mój brat pochwalił się, że otwiera agroturystykę. Brat ma ppomysł, żeby turyści, którzy do niego przyjadą mogli zajadać się swojskim jedzeniem. Myśli też o szkółce konnej, ponieważ jego teren sprzyja temu. Obok gospodarstwa znajduje się piękne jezioro gdzie będzie można pływać rowerami wodnymi, łódkami oraz kajakami. Będą konkursy w chodzeniu po drabinie. Takie ciekawe plany ma mój brat, a nam się to bardzo spodobało. Tak nasze zaproszenie dobiegło końca. Było miło i sympatycznie.
czwartek, 19 lutego 2015
Tajemnicze światło
Był to jeden z wielu nadchodzących jesienno zimowych wieczorów. Zima powoli dawała o sobie znać. Śnieg, który spadł w ciągu dnia, skrzył się teraz w świetle księżyca. Delikatny, jak na tę porę roku mróz okrył pobliskie trawy, krzewy i pola rozciągające się wzdłuż drogi. Las sosnowo świerkowy przesłonił cień nocy.
Michalina jak zwykle późnym wieczorem wracała autobusem do domu po wyczerpującym dniu w pracy. Pojazd zatrzymał się na przystanku, Michalina wysiadła i ruszyła poboczem wzdłuż drogi asfaltowej. Mieszkała w małej miejscowości oddalonej o 10 km od miejsca pracy. Była to spokojna okolica. Szła równym, miarowym krokiem, nie spiesząc się. Rozmyślała o minionych dniach, o przeżytych przygodach ze znajomymi i o otaczającym ją świecie. Jej wzrok skierował się do góry na niebo. Oczom Michaliny ukazał się cały wszechświat, rozciągający się firmament najpiękniejszych gwiazdozbiorów. Ze szkoły pobieżnie pamiętała, gdzie na nieboskłonie znajdują się niektóre gwiazdy. Przypomniała sobie o najjaśniejszej z nich, Syriuszu. Zaczęła wodzić wzrokiem po niebie w poszukiwaniu gwiazdy. Powoli odnalazła konstelacje Woźnicy, Bliźniąt, Oriona - pomyślała: stąd już " krok" do Syriusza, najjaśniejszej gwiazdy Wielkiego Psa. Zamyśliła się, nagle jej oczom nad lasem ukazał się bardzo jasny obiekt. Zaczęła go obserwować.
Pulsujący jasny punkt powoli przesuwał się po rozgwieżdżonym niebie. To COŚ zbliżało się i zniżało lot. Owszem czytała, słyszała opowieści o niezidentyfikowanych latających pojazdach, ukazujących się na niebie w różnych częściach świata. Czyżby spotkało ją to szczęście, a może nieszczęście, żeby mieć bliskie spotkania "trzeciego stopnia" z UFO....?
O Nie...! Włosy nie tylko na głowie, ale i na innych częściach ciała zjeżyły się. Na przemian to: oblewał ją zimny pot, to robiło się gorąco. Nie wierzyła w to co widzi. Przyspieszyła kroku i z przerażeniem obserwowała cicho poruszający się punkt. Do domu miała jeszcze 0,5 km, blisko, a zarazem jakże daleko. Pełna paniki, co robić...? Nasłuchiwała i patrzyła ze strachem co może się wydarzyć. Nagle obiekt w miarę zbliżania się wydawał coraz głośniejsze pomruki. Michalina przerażona, a zarazem ciekawa zwolniła kroki.
Im bliżej znajdował się jaśniejący punkt, tym spokojniejsza stawała się Michalina. Jej ciało, skóra, włosy i nerwy wróciły do stanu normalności. Gdy niezidentyfikowany pojazd był dość blisko, dziewczyna zobaczyła oświetlony migającym światłem samolot wojskowy. I olśnienie. Był to samolot ze skoczkami spadochronowymi.
Przypomniała sobie o ćwiczeniach żołnierzy, które w tych dniach odbywały się na niedalekiej Pustyni Błędowskiej. Jakże duże było jej szczęście i ulga, ale i poniekąd rozczarowanie, że to tylko samolot. Weszła do domu i pomyślała: Nigdy więcej takich wrażeń i przeżyć.
Michalina jak zwykle późnym wieczorem wracała autobusem do domu po wyczerpującym dniu w pracy. Pojazd zatrzymał się na przystanku, Michalina wysiadła i ruszyła poboczem wzdłuż drogi asfaltowej. Mieszkała w małej miejscowości oddalonej o 10 km od miejsca pracy. Była to spokojna okolica. Szła równym, miarowym krokiem, nie spiesząc się. Rozmyślała o minionych dniach, o przeżytych przygodach ze znajomymi i o otaczającym ją świecie. Jej wzrok skierował się do góry na niebo. Oczom Michaliny ukazał się cały wszechświat, rozciągający się firmament najpiękniejszych gwiazdozbiorów. Ze szkoły pobieżnie pamiętała, gdzie na nieboskłonie znajdują się niektóre gwiazdy. Przypomniała sobie o najjaśniejszej z nich, Syriuszu. Zaczęła wodzić wzrokiem po niebie w poszukiwaniu gwiazdy. Powoli odnalazła konstelacje Woźnicy, Bliźniąt, Oriona - pomyślała: stąd już " krok" do Syriusza, najjaśniejszej gwiazdy Wielkiego Psa. Zamyśliła się, nagle jej oczom nad lasem ukazał się bardzo jasny obiekt. Zaczęła go obserwować.
Pulsujący jasny punkt powoli przesuwał się po rozgwieżdżonym niebie. To COŚ zbliżało się i zniżało lot. Owszem czytała, słyszała opowieści o niezidentyfikowanych latających pojazdach, ukazujących się na niebie w różnych częściach świata. Czyżby spotkało ją to szczęście, a może nieszczęście, żeby mieć bliskie spotkania "trzeciego stopnia" z UFO....?
O Nie...! Włosy nie tylko na głowie, ale i na innych częściach ciała zjeżyły się. Na przemian to: oblewał ją zimny pot, to robiło się gorąco. Nie wierzyła w to co widzi. Przyspieszyła kroku i z przerażeniem obserwowała cicho poruszający się punkt. Do domu miała jeszcze 0,5 km, blisko, a zarazem jakże daleko. Pełna paniki, co robić...? Nasłuchiwała i patrzyła ze strachem co może się wydarzyć. Nagle obiekt w miarę zbliżania się wydawał coraz głośniejsze pomruki. Michalina przerażona, a zarazem ciekawa zwolniła kroki.
Im bliżej znajdował się jaśniejący punkt, tym spokojniejsza stawała się Michalina. Jej ciało, skóra, włosy i nerwy wróciły do stanu normalności. Gdy niezidentyfikowany pojazd był dość blisko, dziewczyna zobaczyła oświetlony migającym światłem samolot wojskowy. I olśnienie. Był to samolot ze skoczkami spadochronowymi.
Przypomniała sobie o ćwiczeniach żołnierzy, które w tych dniach odbywały się na niedalekiej Pustyni Błędowskiej. Jakże duże było jej szczęście i ulga, ale i poniekąd rozczarowanie, że to tylko samolot. Weszła do domu i pomyślała: Nigdy więcej takich wrażeń i przeżyć.
środa, 18 lutego 2015
Mój pierwszy raz
Wydarzyło się to jakiś czas temu. Zbliżał się wolny weekend. Krótkie, zdawkowe rozmowy ze znajomymi o planach, jak możemy spędzić wesoło i aktywnie te dni. Było kilka propozycji .Zaproponowali wyjazd na lodowisko, oddalone kilka kilometrów od naszej miejscowości. Nie miałam żadnych planów, więc zgodziłam się. Propozycja na początku bardzo mnie ucieszyła. Umówiliśmy się na sobotnie popołudnie, ale gdy przyszedł dzień wyjazdu, mina mi zrzedła, przestraszyłam się. Nigdy nie miałam łyżew na nogach.
Oglądając ludzi, a przede wszystkim dzieci, w jaki lekki i łatwy sposób robią różne ewolucje na łyżwach, wydawało się to proste.
Nie było wyjścia, zacisnęłam zęby, "nerwy zawiązałam na supeł". Nie było odwrotu, nie mogłam wyjść na cykora i tchórza. Nadszedł ów dzień. Weszliśmy na halę lodowiska, wszyscy podekscytowani, rozbawieni, poszliśmy wypożyczyć łyżwy. I tu pierwsze kłopoty. W tym całym zamęcie dostałam dwa różne numery butów, jeden 37, drugi 38. Pytanie, szukanie kto ma dwa różne buty. Po kilku minutach...uff...udało się. Wymieniłyśmy się z koleżanką łyżwami i znów się zaczęło. Moi znajomi dobrze radzą sobie z jazdą na łyżwach, więc bez żadnych kłopotów śmignęli na taflę lodowiska. W tej euforii i ekstazie zapomnieli o mnie i zostawili mnie samej sobie. Zawzięłam się, weszłam na lód bardzo powoli i ostrożnie, pełna obaw o moje "członki".
Znajomi po kilku minutach przypomnieli sobie o mnie, widząc jak niezdarnie przesuwam się wzdłuż bandy i przytulam ją jak swojego partnera, wołali, prosili, zachęcali abym spróbowała puścić ręce, wyprostować się, zrobić jeden krok sama. Głowa do góry i jazda. Jednak mój partner (banda) był tak silny i przekonywujący, że w żaden sposób nie chciałam go opuścić. Kolega proponował pomoc, mimo to ja tkwiłam uparcie przy stabilnym oparciu. Koleżanka śmiała się, że wolę trzymać się zimnej bandy niż ciepłego ramienia kolegi. Po kilku próbach, wskazówkach i pomocnej dłoni kolegi udało mi się przełamać strach i ruszyłam na podbój ślizgawki. Starałam się utrzymywać ciało prosto, jak struna, podtrzymywana przez kolegę, mimo wszystko moje nogi nie zawsze mnie słuchały i raz po raz rozjeżdżały się na boki. Wyglądało to komicznie. Kolega stawiał mnie do pionu, a po chwili znów powtórka z rozrywki, nogi sobie, a reszta ciała sobie. Upłynęło troszkę czasu zanim moje wszystkie członki "współgrały ze sobą". Znajomi mieli ze mnie niezły ubaw. Z perspektywy czasu sama się z tego śmieje. Chociaż upłynęło trochę czasu i mój pierwszy kontakt z lodowiskiem, i łyżwami nie był najlepszy to polubiłam ślizgawkę. Jak tylko mam wolną chwilę, witam Panią Zimę, zakładam łyżwy i jazda...
Oglądając ludzi, a przede wszystkim dzieci, w jaki lekki i łatwy sposób robią różne ewolucje na łyżwach, wydawało się to proste.
Nie było wyjścia, zacisnęłam zęby, "nerwy zawiązałam na supeł". Nie było odwrotu, nie mogłam wyjść na cykora i tchórza. Nadszedł ów dzień. Weszliśmy na halę lodowiska, wszyscy podekscytowani, rozbawieni, poszliśmy wypożyczyć łyżwy. I tu pierwsze kłopoty. W tym całym zamęcie dostałam dwa różne numery butów, jeden 37, drugi 38. Pytanie, szukanie kto ma dwa różne buty. Po kilku minutach...uff...udało się. Wymieniłyśmy się z koleżanką łyżwami i znów się zaczęło. Moi znajomi dobrze radzą sobie z jazdą na łyżwach, więc bez żadnych kłopotów śmignęli na taflę lodowiska. W tej euforii i ekstazie zapomnieli o mnie i zostawili mnie samej sobie. Zawzięłam się, weszłam na lód bardzo powoli i ostrożnie, pełna obaw o moje "członki".
Znajomi po kilku minutach przypomnieli sobie o mnie, widząc jak niezdarnie przesuwam się wzdłuż bandy i przytulam ją jak swojego partnera, wołali, prosili, zachęcali abym spróbowała puścić ręce, wyprostować się, zrobić jeden krok sama. Głowa do góry i jazda. Jednak mój partner (banda) był tak silny i przekonywujący, że w żaden sposób nie chciałam go opuścić. Kolega proponował pomoc, mimo to ja tkwiłam uparcie przy stabilnym oparciu. Koleżanka śmiała się, że wolę trzymać się zimnej bandy niż ciepłego ramienia kolegi. Po kilku próbach, wskazówkach i pomocnej dłoni kolegi udało mi się przełamać strach i ruszyłam na podbój ślizgawki. Starałam się utrzymywać ciało prosto, jak struna, podtrzymywana przez kolegę, mimo wszystko moje nogi nie zawsze mnie słuchały i raz po raz rozjeżdżały się na boki. Wyglądało to komicznie. Kolega stawiał mnie do pionu, a po chwili znów powtórka z rozrywki, nogi sobie, a reszta ciała sobie. Upłynęło troszkę czasu zanim moje wszystkie członki "współgrały ze sobą". Znajomi mieli ze mnie niezły ubaw. Z perspektywy czasu sama się z tego śmieje. Chociaż upłynęło trochę czasu i mój pierwszy kontakt z lodowiskiem, i łyżwami nie był najlepszy to polubiłam ślizgawkę. Jak tylko mam wolną chwilę, witam Panią Zimę, zakładam łyżwy i jazda...
Agnieszka - dobra wnuczka babci Heleny.
Babcia
Helena ma 83 lata i mieszka wraz z wnuczkiem Krzyśkiem. Czuje się jednak bardzo samotna,
bo wnuczek całymi dniami pracuje i nie ma czasu dla babci. Od czasu do czasu przychodzi do Niej wnuczka
Agnieszka. Babcia lubi tę wnuczkę, bo zawsze Jej w czymś pomoże. Jeździ z
babcią do lekarza, robi większe zakupy i czasami posprząta mieszkanie.
Niedawno Agnieszce urodziła się córeczka Gabrysia. Przychodzi więc z córeczką,
żeby pobyć i porozmawiać z babcią. Dziewczynkę wkłada do wózka i pozostawia pod
opieką babci, a sama zabiera się do sprzątania. Ścieli łóżko zmieniając
wcześniej pościel. Wyciera kurze na szafkach , półkach i piecu. Zamiata i myje
podłogę. Odkurza mały chodnik i dywan w pokoju. W kuchni myje naczynia i
szoruje duży zlew. Myje również kuchenkę i blaty kuchenne. Następnie zamiata
podłogę i myje linoleum. Po sprzątaniu dziewczyna czuje ogromne zmęczenie. Za
to babcia jest jej bardzo wdzięczna i stawia na stole pyszny obiadek. Malutka Gabrysia nauczyła się dawać
pysia mamusi. Pochyla się i całuje w policzek również swoją prababcię. Pani Helena
cieszy się z dziecka i z odwiedzin wnuczki. Już nie może się doczekać następnych.
Sprawdzony przepis na tiramisu
Składniki:
250g serka Mascarpone
130g śmietanki 30%
100g biszkoptów
50g cukru pudru
1 mała filiżanka kawy espresso
50g likieru Amaretto
3 łyżki kakao
Wykonanie:
Do sera Mascarpone dodać cukier puder i wymieszać. W salaterce ubić śmietankę i dodawać stopniowo do serka mieszając drewnianą łyżką. W szklanym naczyniu ułożyć warstwę biszkoptów, następnie nasączyć je kawą z dodatkiem likieru i wyłożyć warstwę kremu. Czynność powtórzyć. Na kilka godzin wstawić do lodówki. Na wierzchu posypać kakao lub utartą czekoladą.
Smacznego!!!!!!!
250g serka Mascarpone
130g śmietanki 30%
100g biszkoptów
50g cukru pudru
1 mała filiżanka kawy espresso
50g likieru Amaretto
3 łyżki kakao
Wykonanie:
Do sera Mascarpone dodać cukier puder i wymieszać. W salaterce ubić śmietankę i dodawać stopniowo do serka mieszając drewnianą łyżką. W szklanym naczyniu ułożyć warstwę biszkoptów, następnie nasączyć je kawą z dodatkiem likieru i wyłożyć warstwę kremu. Czynność powtórzyć. Na kilka godzin wstawić do lodówki. Na wierzchu posypać kakao lub utartą czekoladą.
Smacznego!!!!!!!
czystość i porządek w domu Agnieszki
Agnieszka
wraz z mężem budują sobie dom tuż obok domu swojej mamy. Na razie zamieszkała na piętrze u rodziców.
Dostała trzy pokoje, w których mieszka. Ze względu na małe dziecko stara się o
czystość i porządek. Często ściera kurze, odkurza dywan i wykładzinę, wyciera
na mokro podłogę, żeby nie było kurzu. Na dole pomaga sprzątać kuchnię po obiedzie.
Oboje wraz z mężem zmywają garnki, potem wycierają stół, szorują zlew,
zamiatają podłogę i wycierają ją na mokro. Nie zapomina o schodach, które
prowadzą na górę. Zamiata je, a potem wyciera ścierką nasączoną preparatem do
drewna. Wszystko lśni i pachnie, aż miło popatrzeć. Zawsze, kiedy przyjdę do
Agnieszki widzę, że ma czystość i porządek.
Szczęście Antka i jego nowy sklep.
Antek
zakochał się w Małgosi, która była piękną i mądrą dziewczyną. Oświadczył się
jej i został przyjęty. Przyprowadził ją do domu, żeby pokazać rodzicom. Rodzice
bardzo się cieszyli ze szczęścia syna i wyprawili mu huczne wesele. Dziadek
Antka dał mu w prezencie dużą sumę pieniędzy na założenie własnej firmy. Antek
po ślubie zamieszkał wraz z żoną w domu rodziców. Na działce nieopodal
rozpoczął budowę swojego sklepu, o którym marzył od dawna. Budowa posuwała się
bardzo szybko, bo miał bardzo dobrych i solidnych pracowników z gór. Kiedy
ukończył budowę przy drodze ustawił duży szyld, który zapraszał wszystkich
klientów do odwiedzania jego sklepu. Obiecywał niższe ceny niż w
konkurencyjnych, pobliskich sklepach. Miał sprzedawać przemysłowe artykuły.
Powoli wraz z bratem Zenkiem zwozili wszystko z hurtowni. Dużo materiałów udało
mu się kupić od samego producenta. Ostatni transport, jaki przywieźli to były
same drabiny. były to drabiny budowlane, drabiny magazynowe, drabiny
przemysłowe, drabiny wielofunkcyjne i drabiny uniwersalne. Tych drabin było tak
dużo, że Zenek zaczął wątpić kiedy jego brat to wszystko sprzeda. Ale Antek się
nie obawiał o te drabiny, ponieważ cena drabin, była bardzo konkurencyjna. Bo
kupił je od samego producenta. Żonę przeszkolił do obsługi sklepu
internetowego, więc nie musiał się bać, że nie sprzeda tak dużej ilości drabin.
Sam sobie odłożył dużą i solidną drabinę, żeby służyła długie lata.
Chirurgia drzew w parku praskim.
Pan Ksawery jest kierownikiem brygady,
która odpowiada za porządek w parku miejskim. Ludzie bardzo lubią Pana
Ksawerego, ponieważ jest bardzo tolerancyjny i ludzki. Nigdy nie skrzywdził
człowieka. Bardzo dba o czystość i porządek w parku praskim. Ludzie chętnie pracują pod jego komendą. Sprzątają,
porządkują, ścinają trawę, grabią, opróżniają kosze. Pan Ksawery zdecydował, że
pracownicy będą teraz odcinać suche gałęzie, które mogłyby spadając na
przechodniów kogoś zranić. Zebrał całą brygadę i ogłosił, że do obcinania
gałęzi potrzebuje siedmiu panów. Zaraz zgłosili się chętni. W hurtowni zakupił
potrzebne piły i drabiny. Na drugi dzień przywieziono zamówione drabiny.
Okazało się, że są każda innego koloru. Pan Adrian dostał niebieską drabinę.
Pan Andrzej czerwoną drabinę. Pan Bronisław dostał zieloną drabinę. Pan
Bolesław dostał czarną drabinę. Pan Gabryś brązową drabinę. Pan Grzegorz dostał
bordową drabinę. Pan Jan turkusową drabinę. Drabiny były bardzo solidne i
nadawały się do tej pracy w sam raz. Ustawili drabiny przy drzewach i zabrali
się do pracy. Po dwóch godzinach na drabiny weszli ich koledzy zmiennicy i także
solidnie pracowali. Potem zebrali cały
sprzęt i drabiny i złożyli do samochodu, który zawiózł to wszystko do magazynu.
Pan Ksawery był bardzo zadowolony z pracy swoich pracowników. Cieszył się, że
żaden z pracowników nie spadł z drabiny
Chwile zwątpienia
W małej miejscowości nie daleko Poznania mieszkało młode małżeństwo, które starało się o dziecko. Kobieta zajmowała się domem, a jej mąż miał dobrze prosperującą firmę dzięki której było go stać na utrzymanie domu i rodziny. Po dwóch latach od ślubu spełniło się ich największe marzenie i na świat przyszło tak długo oczekiwane dziecko. Było to dla nich wielkie szczęście, którym dzielili się z bliskimi i przyjaciółmi. Po kilku miesiącach od narodzin córki, mąż zaczął zauważać, że nie do końca nie był przygotowany do roli ojca. Miał za złe żonie, że jest zbyt zafascynowana opieką nad dzieckiem, a jemu za mało poświęca czasu i uwagi co zaczęło prowadzić do konfliktu między nimi. On zaczął coraz częściej poza domem popadają w wir pracy. Kobieta siedząc w domu i zajmując się dzieckiem nie mając już od niego żadnego wsparcia miewała różne myśli i wątpliwości czy postąpiła dobrze wychodząc za niego za mąż. Jednak postanowiła na razie nie dzielić się z nikim swoimi przemyśleniami tylko chciała poczekać na to co dalej pokarze czas.
Po powrotach jego do domu z dnia na dzień bywało między nimi coraz ostrzejsze awantury przez które cierpiała ich córka. Po której kłótni z kolei doszła do wniosku, że jest wyczerpana psychicznie i musi postanowić co zrobić z tym dalej. Jednak z czasem nie zmieniało się nic i postanowiła porozmawiać z mężem. Mówiąc mu, że dłużej nie może tkwić w takim związku. Uważam,że w tej sytuacji najlepszym wyjściem będzie jeśli się rozstaną i każde z nich zacznie sobie układać życie na nowo.
Po przebytej rozmowie zaczął zastanawiać się czego nie daje swojej rodzinie i nie chcąc ich stracić postanowił popracował nad swoim zachowaniem i błędami które popełniał. Ona nie do końca była przekonana, że w nim nastąpi taka przemiana, ale pod uwagę dobro dziecka postanowiła zaryzykować i dać mu szanse.
Po dłuższym czasie i obserwacji męża doszła do wniosku, że warto było nie przekreślać rodziny, bo ponownie stali się sobie bliscy i wiedli spokojne szczęśliwe życie.
Droga na szczyt
Po zakończeniu szkoły muzycznej 24 letnia dziewczyna postanowiła wykorzystać swój talent i spróbować karierę jako wokalistka. Niestety Początki wybicia się w świecie muzycznym nie okazały się takie proste
jak jej się wydawało. Zaczęła brać udział w różnych konkursach muzycznych z nadzieją na to,że ktoś z producentów zwróci na nią uwagę i doceni jej głos. Po kilku występach miała chwile zwątpienia bo jakoś nikt się nią jeszcze nie za interesował.
Postanowiła nie dać za wygraną i dała sobie ostatnią szanse i wzięła udział w jednym z jej ulubionych programów telewizyjnych który cieszył się dużą popularnością. Los się do niej uśmiechnął i rywalizując ze wszystkimi uczestnikami udało jej się zdobyć pierwsze miejsce dzięki któremu miała możliwość nagrania swojej pierwszej płyty. Praca nad jej debiutanckim albumem trwała sporo czasu ale gdy już została wydana odniosła duży sukces.Od tego czasu życie początkującej piosenkarki zaczęło zmieniać się ku lepszemu.
Z miesiąca na miesiąc przybywało jej coraz więcej pracy. Po trudnych początkach branży muzycznej zaczęła być popularna i rozpoznawana wśród osób które mijały ją na ulicy. Kariera umożliwiła jej spełnić marzenia i osiągnąć cele których wcześniej nie była wstanie zrealizować. Jak znajomi zaczęli zauważyć,że zaczyna jej się dobrze powodzić i ma więcej pieniędzy niż oni to w ich głowach pojawiły się obawy, że się od nich odwróci i nie będzie chciała ich znać. Jednak było dla nich pozytywnym zaskoczeniem, że młoda piosenkarka nadal uważała ich za swoich przyjaciół i dzieliła się z nimi swoimi porażkami jak i sukcesami. Była na tyle mądra, że ogromna sława i popularność nie przewróciły jej w głowie. Zawsze miała świadomość, że sukces w każdej chwili może się skończyć a znajomi i przyjaciele pozostaną z nią na zawsze.
Sprawdzony przepis na sernik na zimno ze słodkiego mleka
Składniki:
1 litr mleka
0,5 litra kwaśnej śmietany 18%
150g cukru pudru
2 całe jajka
3/4 kostki masła
1 cukier waniliowy
bakalie i sok z cytryny
galaretka w proszku
owoce(np. jagody, maliny, truskawki)
Sposób wykonania:
Na gotujące mleko wlać jajka rozbite ze śmietaną. Gotować aż się zetnie na serek. Wylać na gęste sitko.
Masło utrzeć z cukrem pudrem i waniliowym. Dodawać schłodzony ser, na końcu bakalie i sok cytrynowy. Wyrzucić na biszkopt, wyłożyć owoce i zalać tężejącą galaretką.
Smacznego!!!!!!!
1 litr mleka
0,5 litra kwaśnej śmietany 18%
150g cukru pudru
2 całe jajka
3/4 kostki masła
1 cukier waniliowy
bakalie i sok z cytryny
galaretka w proszku
owoce(np. jagody, maliny, truskawki)
Sposób wykonania:
Na gotujące mleko wlać jajka rozbite ze śmietaną. Gotować aż się zetnie na serek. Wylać na gęste sitko.
Masło utrzeć z cukrem pudrem i waniliowym. Dodawać schłodzony ser, na końcu bakalie i sok cytrynowy. Wyrzucić na biszkopt, wyłożyć owoce i zalać tężejącą galaretką.
Smacznego!!!!!!!
wtorek, 17 lutego 2015
Mała z lupką
Atrofia wzroku bywa niekiedy kłopotliwa.
Faza niedowidzenia różnie piętnuje osobę tracącą wzrok.
Ot przykład: wiedziony lub wiedziona szczątkowym widzeniem
pełzniesz po chodniku, niby świeżo upieczony górnik snujący się w ciemnych korytarzach
kopalnianych z wiązką światła na kasku.
Twoja uwaga skupiona celem wędrówki , w dodatku przyklejona
do podłoża i stóp, ,zagłusza odbiór ciepła ludzkich ciał co chwilę ocierających
się o cień Twej napiętej postaci
Napotkani znajomi siłą rzeczy pozostają bezpozdrowienia lub
bynajmniej krótkiego : cześć. No chyba, że Ciebie pierwszego, pierwszą zagadną
Po jakimś czasie, przypadkiem dzięki niezawodnej aczkolwiek
nie zawsze wiarygodnej poczcie pantoflowej dowiadujesz się, że mają cię za
buraka z wysokim mniemaniem o sobie.
Jeśli masz okazję do wyjaśnień, powiesz, że nie widzisz twarzy lub też nie mając okazji do tłumaczeń
zostaniesz burakiem. Niedomówienia może rozproszyć biała laska, ale nowoociemniałym nie łatwo przychodzi pokochać ten sprzęcior.
Z niedowidzeniem bywa też bardzo dorzecznie.
Wybrałam się nad morze, wówczas Widziałam na tyle, by przemieszczać
się bez laski bądź przewodnika, aczkolwiek nieodzownym wyposażeniem mego plecaczka
była mała lupa. Służyła mi do powiększania druku i mniejszych obiektów stanowiących problem
rozpoznawczy dla mych ledwo zipiących oczu.
Gdzie człowiek z południa skieruje pierwsze kroki?
Naturalnie na plażę
a plaża gdzie?
Za pasem nadmorskiego parku, który na logikę należy
przeciąć, reszta to szum Bałtyku
i mocniej
wychwytywane przez zmysł węchu zjonizowane powietrze.
Głowa zaprogramowana azymut obrany , więc ruszyłam na trakt
ścieżką przez park, tym razem bez lupki. Wnikałam w jego zieloność nasłuchując
intensywniejszego dla mych uszu szumu fal.
W pewnym momencie usłyszałam, rzucony gdzieś zza drzewa, męski głos:
- Mała…chcesz popatrzyć?
- A ma pan lupę?-
odpowiedziałam z logiką niedowidzącej.
I stało się…doznałam olśnienia, lubieżny głos męski nie
należy do grzybiarza hobbisty. Instynkt w mym umyśle zakrzyknął: UCIEKAJ! Strach
napędził mym nogom takiego sprintu, że nie wiem jakimż to sposobem z oddechem zgonionego psa znalazłam
się przed wejściem do pensjonatu.
Zastanawiam się jak odebrał moje pytanie o lupę bohater zza
drzewa…czy również konkretnie tak jak ja rzeczowo potraktowałam jego pytanie
Dumam też nad tą
lupą, czy aby dobrze powiększyła by ów obiekt o niewiadomej dla mych oczu
wielkości i czy bardzo zdenerwowałam tego pana.
poniedziałek, 16 lutego 2015
Szczęście schizofrenika
Ujmując „ociemniałego” encyklopedycznie to osoba, która w
pewnym okresie swego istnienia straciła wzrok mogłaby rzec o swoim polu widzenia: sina, ciemno-bura,
nieprzenikniona przestrzeń. Idąc żartobliwym tropem za Jerzym Stuhrem w komedii
„Sexmisja” mogłabym krzyknąć:
Ciemność, widzę
ciemność! Ciemność widzę!
Niekiedy zdarza się tak że słowo „ociemniały” w ustach
człowieka bardziej niż mniej poirytowanego bezmyślnym i irracjonalnym
zachowaniem innego człowieka przyjmuje formę kolokwializmu: ociemniło Cię czy
co?”
W ferworze nieprzyjemnych i przyjemnychemocji jesteśmy twórczy.
Ogólnie ociemniały to niewidomy lecz nie od urodzenia.
Jestem ociemniała w tym encyklopedycznym znaczeniu i taka mała dygresja związana z moim stanem widzenia.
Pracowałam niegdyś na stanowisku koordynator organizacji
pracy wikliniarzy dla firmy produkującej elementy z tego materiału i jednym z
pierwszych zadań mi powierzonych była rekrutacja odpowiednich osób nadających
się do plecenia wiklinowych koszyków. Priorytetowym warunkiem „załapania się”
do pracy było posiadanie orzeczenia o
znacznym lub umiarkowanym stopniu niepełnosprawności. Środowisko osób
chorych-moich pobratyńców jest mi przyjazne czego efektem było
przybycie na wyznaczony dzień rozmowy kwalifikacyjnej gro ludków w pełnej krasie
swoich schorzeń i niedomagań.Zjawili się pełni mieszanych uczuć, z których najbardziej
wyczuwalny mej inteligencji emocjonalnej był niepokój i nadzieja zarobienia
paru złotych do swej, tu piszę z
przekąsem, nieskromnego świadczenia rentowego.
Kończę preludium do mej małej przygody i zaczynam jej sedno.
Jest to przygoda o wymiarze szczęśliwości tak różnie interpretowanej.
Gdzieś tam w kuluarach Sali kandydatów podszedł do mnie
mężczyzna przedstawiający się imieniem Jurek. Po
krótkiej konwersacji przypomniałam sobie
ten głos i zadziwiłam się jego właścicielowi
zainteresowaniem pracą dla niepełnosprawnych. Był to mój niedoszły teść. Człowiek oddany idei
solidarności, zaangażowany działacz tej partii, niegdyś zdrowy i pełen energii facet, teraz tknięty głęboką
schizofrenią.
Otóż ów Jurek rzecze do mnie filozoficznie:
-Justyna , ty to masz szczęście…
Co w ogólnym trendzie „ nieszczęśliwa niewidoma” zabrzmiało
w moich uszach podstępnie.
-dlaczego?- zapytałam skonsternowana pytaniem
- Bo nie musisz kłócić się o kolory, widzisz wszystko w
jednym i nie ma podstaw do zaprzątania sobie głowy co jaki ma kolor-
odpowiedział.
Minęło 20 lat od tej przygody. Wspominając tę rozmowę
uśmiecham się do mego niewidomstwa i miarkuję
o szczęściu tak genialnie prosto postrzeganym przez człowieka paradoksalnie nieszczęśliwego…ale
czy aby na pewnonieszczęśliwego?
Subskrybuj:
Posty (Atom)