niedziela, 22 lutego 2015

Wsiąść do pociągu byle jakiego


Dziewięć miesięcy rycia w pierwszej  B  L.O już na półmetku. Potopniały pierwsze, moje frustracje, a trybiki  przyswajania wiedzy na poziomie  średnim  obróciły moją codzienność  w mrówczą  dreptaninę.

Niewielkie miasteczko, w którym mieszkam  jest urocze jednak dla młodych zionie imprezowym deficytem.

W  ubiegłą sobotę, po pięciodniowym dniu wypełnionym szlachetnymi obowiązkami szkolnymi, wspólnie z  kumpelami   umówiłyśmy się na przejażdżkę pociągiem do Poznania. Chciałyśmy połazić po markowych sklepach, by kupić jakąś szmatkę dla rozluźnienia naszych, babskich psychik.

Wsiadłyśmy w pociąg relacji Gorzów-Poznań i  szczebiocząc o tym i tamtym ruszyłyśmy na podbój naszego city.

Przemierzając sklepowe rewiry   trzymałyśmy się razem, każda z nas  wybrała coś dla siebie z ciuchowego asortymentu, w końcu wymiętolone chodzeniem przysiadłyśmy w jednej z studenckich knajpek, by pokosztować wonnych naleśników serwowanych z  nadzieniem „ od koloru do wyboru”

Czas do odjazdu pociągu cichym pomrukiem   coraz intensywniej  przypominał  nam, że komu w drogę temu…sandały.

 Posiliwszy się zabrałyśmy się na  dworzec .

- Patrzcie! Dziewczyny, kiermasz książki!  Zagadnęłam nagle ujrzawszy plakat na witrynie księgarni

- Justa…my idziemy  na peron, a ty…jak chcesz-żachnęły się dziewczyny i  wolnym krokiem powędrowały dalej

Wprysłam podniecona w krainę aromatu  czarnodruku i audiobook’ów rzuciłam pytanie o  Jerzego Pilcha, którego uwielbiam, przytuliłam do serca nowy zakup i   popędziłam na dworzec

Pociąg już czekał na peronie relacja Poznań-Gorzów, więc wskoczyłam, miarkując, że kumpele  odnajdę    przez komórkę, przemierzając przedziały zastanawiałam się skąd nagle tylu pasażerów w  tej relacji  . Oczywiście komórka  zasnęła słodko i tylko ładowarka mogła coś z tym zrobić, więc decydując o  bezcelowości przeciskania się między wagonami klapnęłam  na wolnym miejscu tuż obok interesującego ciacha   typu szatyn-intelektualista.

Trele morele i  już wciągnęłam szatyna w rozmowę , by w  pewnej chwili  usłyszeć:

 Ale ten pociąg nie jedzie  przez Miasteczko tylko przez Krzyż

To uczucie, którego doznałam było podobne do reakcji nadwrażliwych zębów na zimne, w dodatku kierownik pociągu dorzucił:

Pani nie może sobie tak ujeżdżać na tym bilecie, proszę wysiąść na najbliższej stacji

Kasy nie ma, komórki nie ma z nikąd pomocy nie ma, więc cóż robić… wysiadłam ale nie na najbliższej „stacji Łąki”  lecz na większej zakrawającej na szanse przeżycia.

Na szczęście nie byłam jedyna  zaginiona  maszerowałam za kobitką z dzieckiem, która mantrowała ku sobie:

Jaka ja głupia, tak pomylić pociągi

- To pani też źle wsiadła- zaczepiłam  łapiąc się tej deski ratunku.

-Taak. Jak nie będzie autobusu to zadzwonię do męża, przyjedzie po nas z Szamotuł

Złożyłam błagalną prośbę do niebios, by nie było PKS, bo przecież nie miałam kasy na bilet…i…spełniło się –autobusu nie było.

 

Moje perypetie  nie były  takie znowu beznadziejnie dramatyczne , bądź co bądź miałam niesforne szczęście i  ukochanego Jerzego Pilcha do poczytania

A najfajniejsze było kiedy  załapałam się na właściwy pociąg do mego miasteczka i  rozmyślając przycupnięta w  kąciku nad lokalizacją mych kumpelek do mych uszu doszły ich zmącone niepokojem głosy:

- znikła jak kamfora, starzy wychodzą z siebie, komórka wyłączona…

- Halo, halo dziewczynki jestem tu- figlarnie rzuciłam przez box

No i zaczęło się- sąd kapturkowy, najpierw one, potem ciąg dalszy  w domu, bo okazało się, że do akcji poszukiwawczej zaangażowano policję i ochronę PKP w Poznaniu.

Wiedziona instynktem samozachowawczym , by odnaleźć drogę do domu nie pomyślałam o  zorganizowaniu powiadomienia  kogokolwiek o tym jak rysuje się moja sytuacja.

jakże byłam zażenowana. Ba! Wręcz zszokowana, kiedy zamiast otwartych ramion matczynych

Z jej westchnieniem na ustach  :

-  dziecko, dobrze, że nic ci się nie stało,

Ujrzałam minę zaciętość prokuratora

No cóż, jak śpiewał Ryszard Rynkowski” wypijmy za błędy…”

 

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz