Dziewięć miesięcy rycia w pierwszej B L.O
już na półmetku. Potopniały pierwsze, moje frustracje, a trybiki przyswajania wiedzy na poziomie średnim
obróciły moją codzienność w mrówczą dreptaninę.
Niewielkie miasteczko, w którym mieszkam jest urocze jednak dla młodych zionie
imprezowym deficytem.
W ubiegłą sobotę, po
pięciodniowym dniu wypełnionym szlachetnymi obowiązkami szkolnymi, wspólnie
z kumpelami umówiłyśmy się na przejażdżkę pociągiem do
Poznania. Chciałyśmy połazić po markowych sklepach, by kupić jakąś szmatkę dla
rozluźnienia naszych, babskich psychik.
Wsiadłyśmy w pociąg relacji Gorzów-Poznań i szczebiocząc o tym i tamtym ruszyłyśmy na
podbój naszego city.
Przemierzając sklepowe rewiry trzymałyśmy się razem, każda z nas wybrała coś dla siebie z ciuchowego
asortymentu, w końcu wymiętolone chodzeniem przysiadłyśmy w jednej
z studenckich knajpek, by pokosztować wonnych naleśników serwowanych
z nadzieniem „ od koloru do wyboru”
Czas do odjazdu pociągu cichym pomrukiem coraz intensywniej przypominał
nam, że komu w drogę temu…sandały.
Posiliwszy się
zabrałyśmy się na dworzec .
- Patrzcie! Dziewczyny, kiermasz książki! Zagadnęłam nagle ujrzawszy plakat na witrynie
księgarni
- Justa…my idziemy na
peron, a ty…jak chcesz-żachnęły się dziewczyny i wolnym krokiem powędrowały dalej
Wprysłam podniecona w krainę aromatu czarnodruku i audiobook’ów rzuciłam pytanie
o Jerzego Pilcha, którego uwielbiam,
przytuliłam do serca nowy zakup i
popędziłam na dworzec
Pociąg już czekał na peronie relacja Poznań-Gorzów, więc
wskoczyłam, miarkując, że kumpele
odnajdę przez komórkę,
przemierzając przedziały zastanawiałam się skąd nagle tylu pasażerów w tej relacji
. Oczywiście komórka zasnęła
słodko i tylko ładowarka mogła coś z tym zrobić, więc decydując o bezcelowości przeciskania się między wagonami
klapnęłam na wolnym miejscu tuż obok
interesującego ciacha typu szatyn-intelektualista.
Trele morele i już
wciągnęłam szatyna w rozmowę , by w pewnej chwili usłyszeć:
Ale ten pociąg nie
jedzie przez Miasteczko tylko przez
Krzyż
To uczucie, którego doznałam było podobne do reakcji
nadwrażliwych zębów na zimne, w dodatku kierownik pociągu dorzucił:
Pani nie może sobie tak ujeżdżać na tym bilecie, proszę
wysiąść na najbliższej stacji
Kasy nie ma, komórki nie ma z nikąd pomocy nie ma, więc cóż robić…
wysiadłam ale nie na najbliższej „stacji Łąki”
lecz na większej zakrawającej na szanse przeżycia.
Na szczęście nie byłam jedyna zaginiona
maszerowałam za kobitką z dzieckiem, która mantrowała ku sobie:
Jaka ja głupia, tak pomylić pociągi
- To pani też źle wsiadła- zaczepiłam łapiąc się tej deski ratunku.
-Taak. Jak nie będzie autobusu to zadzwonię do męża,
przyjedzie po nas z Szamotuł
Złożyłam błagalną prośbę do niebios, by nie było PKS, bo
przecież nie miałam kasy na bilet…i…spełniło się –autobusu nie było.
Moje perypetie nie
były takie znowu beznadziejnie
dramatyczne , bądź co bądź miałam niesforne szczęście i ukochanego Jerzego Pilcha do poczytania
A najfajniejsze było kiedy
załapałam się na właściwy pociąg do mego miasteczka i rozmyślając przycupnięta w kąciku nad lokalizacją mych kumpelek do mych
uszu doszły ich zmącone niepokojem głosy:
- znikła jak kamfora, starzy wychodzą z siebie, komórka
wyłączona…
- Halo, halo dziewczynki jestem tu- figlarnie rzuciłam przez
box
No i zaczęło się- sąd kapturkowy, najpierw one, potem ciąg
dalszy w domu, bo okazało się, że do
akcji poszukiwawczej zaangażowano policję i ochronę PKP w Poznaniu.
Wiedziona instynktem samozachowawczym , by odnaleźć drogę do
domu nie pomyślałam o zorganizowaniu powiadomienia kogokolwiek o tym jak rysuje się moja
sytuacja.
jakże byłam zażenowana. Ba! Wręcz zszokowana, kiedy zamiast
otwartych ramion matczynych
Z jej westchnieniem na ustach :
- dziecko, dobrze, że
nic ci się nie stało,
Ujrzałam minę zaciętość prokuratora
No cóż, jak śpiewał Ryszard Rynkowski” wypijmy za błędy…”
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz