poniedziałek, 30 marca 2015

Historia życia naszej PiPi.

     W 2010 r. mąż starszej pani zmarł po długiej i ciężkiej chorobie. W tym samym czasie na ziemię spadło bardzo dużo deszczu. Dom znajdował się niedaleko wałów, które groziły pęknięciem i zalaniem całej okolicy. Wszyscy w wielkim strachu pakowali swój dobytek i wynosili na strych. Na dworze ciągle padał deszcz i było zimno. Córka starszej pani miała dwie krowy, kury i parę kaczek. Kaczka Petronela  siedziała właśnie na jajkach. Nagle jedno jajko pękło i z niego wydostał się czarny stworek. Kaczki są większe i żółciutkie, dlatego nie spodobał się jej ten czarny kurczaczek i wyrzuciła go z koszyka, na zimną mokrą od wody ziemię. Kurczaczek piszczał bardzo głośno wołając o pomoc, bo mu było bardzo zimno. W tym samym czasie z obory wychodziła właśnie gospodyni i usłyszała wołanie,  zabrała go do domu i otuliwszy w szmatkę włożyła do koszyczka. Położyła koszyczek na parapecie, z którego dochodziły ciągle popiskiwania. Kot Lucyna chodziła po kuchni i oblizywała się ze smakiem.  Kiedy to zobaczyła młodsza córka zabrała go do drugiego domu. Tam napaliła w piecu, ugotowała jajko na twardo, przegotowała wody i próbowała nakarmić czarnego piszczącego malucha. Wsadziła go do pojemnika i zachęcała, żeby zajadał, ale on nie potrafił. Stukała palcem w podłogę i w ten sposób udając dziobanie kury uczyła go jeść. Po kilku dniach trochę się wypogodziło i na niebo wyszło słoneczko. Na świecie od razu zrobiło się cieplej i weselej. Młodsza córka wyniosła kurczaczka na dwór. Koty bardzo lubiły młodszą córkę i od razu przybiegły na spotkanie, ale ona odganiała je obawiając się żeby go nie zjadły. Zwierzęta były zdezorientowane i nie wiedziały co to znaczy. Chodziły tam i z powrotem i płakały głośno. Potem kurczakiem zajęła się babcia. Karmiła go i pilnowała przed kotami. Ponieważ nie umiał nic powiedzieć oprócz pipi nazwała go Pipi. Potem z PiPi wyrosła nie duża kokosz cała brązowa tylko szyję miała złotego koloru. Była oswojona i jadła z ręki. Jak się do niej mówiło Pipi biegła zaciekawiona i chodziła jak pies przy nodze. Można ją też było pogłaskać, tak była oswojona. Nigdy bym Pipi nie zjadła na obiad.  Po dwóch latach Pipi zdechła w kurniku i zakopali ją do ziemi. I tak zakończyła się historia życia PiPi.

Nasza mała jaskółeczka.

     Wieczorem Małgorzata obwieściła Ryszardowi, że zniesie jajko i zasiadła w koszu, który stał, przygotowany dla niej w kurniku. Kiedy kaczki wieczorem poszły spać rozpadał się bardzo mocny deszcz, który padał całą noc. Temperatura bardzo spadła, że czuć było duże ochłodzenie. Kiedy ranek wstał widać było pełno kałuż i mgła zaległa całą okolicę. Nikomu nie chciało się wychodzić z kurnika. Kury siedziały osowiałe i zaspane. Kogut Walter nie piał w ogóle. Kaczki też siedziały spokojnie pod schodami i nie wychodziły na zewnątrz, bo im było dobrze w środku. Tylko krowa Czarnula ryczała , bo czas było na dojenie i chciało się jej jeść. Gospodyni ubrana w płaszcz przeciwdeszczowy przyszła oporządzić swoją zwierzynę. Otworzyła wejście kaczkom i uchyliła lekko drzwi kurnika. Małgorzata zobaczyła, że zniosła drugie jajko i była z siebie bardzo dumna. Nie mogła się doczekać, kiedy opowie o tym Ryszardowi. Nagle z obory wyfrunęła na świat jaskółka i zaczęła bardzo nisko latać, co wróżyło, że pogoda dalej będzie deszczowa i że długo się nie poprawi. Jaskółka zamieszkała w naszej oborze na wiosnę. Najpierw szukała dobrego miejsca na osiedlenie się. Potem kiedy już wybrała sobie dobre i bezpieczne miejsce w oborze, zaczęła budować swoje gniazdko. Znosiła i znosiła materiał do budowy gniazdka do obory, aż wreszcie gniazdko było gotowe. Ulepiła go z błota i wymościła miękkimi piórkami. Potem zniosła jajka i wysiadywała je cierpliwie. Gospodyni zaraz go zauważyła, bo często przy niej opuszczała gniazdko i wracała z powrotem. Na szczęście koty nie mogły się tam dostać, bo krowa Czarnula broniła wejścia swoim ciałem. Lucyna, kiedy przychodziła na mleko często spoglądała w tamtym kierunku oblizując się przy tym ukradkiem. Szkoda by było, gdyby dobrała się do gniazdka. Zresztą i tak dużo narobiła szkód wśród Szpaków, które ciągle zławiała. 

Wierny Benedykt.

     Benedykt w tym czasie kiedy jego żona siedziała na jajkach, był  smutny i zadumany. Dziewczyny jak mogły tak go pocieszały. Najbardziej starała się Klementyna. Do niej postanowił Benedykt się przysunąć. Była piękną dorastającą panną o bardzo zgrabnych nogach i ślicznych zmysłowych oczach. Zabierał teraz wszystkie trzy na spacer do ogrodu, a potem szli także popływać nad staw. Panny były teraz zadowolone, bo miały dobrego opiekuna. Jedna przed drugą próbowały przymilać się do Benedykta. On jednak pamiętał zawsze  o Petroneli i jak znalazł się na podwórku, zapraszał ją na posiłek i jadł z nią często obiad. Petronela wracała jednak bardzo  szybko do koszyka, bo bardzo chciała, żeby nie przeziębić jajek. Ciocia Basia też kiedyś przyszła odpocząć nad wodę. Wzięła ze sobą duży miękki koc, na którym zaraz się położyła. Pies Donald przyszedł za nią, bo mu się bardzo samemu nudziło. Skakał do góry i bardzo głośno szczekał z radości. Potem turlał się na trawie, bo rozpierała go radość. Ptaki ucichły na chwilę i przyglądały się co się dzieje. Nagle nadleciał z daleka młody dzięcioł i zabrał się za robotę. Kiedy to usłyszał Donald na chwilę przestał szaleć i nasłuchiwał uważnie. Usiadł przy cioci i próbował dostrzec intruza, który teraz próbował zakłócić spokój. Ptaki ponownie zaczęły śpiewać, tak że nad stawem zrobiło się bardzo miło i radośnie. Donald zasłuchał się i zapadł w drzemkę. Śniło mu się że ciocia Basia zabrała go do Warszawy i że tam u niej pałaszuje pyszne jedzonko. Tak mu smakowało, że zaczął przez sen się  oblizywać. Ciocia zaraz to zauważyła i postanowiła szybko wracać do domu. Po powrocie naszykowała swemu pupilowi smacznej kaszy z mielonką i pożywnej karmy. Do drugiej miseczki nalała czystej wody. Kaczki poszły także na podwórko, bo tam czekała na nie pewna i smaczna kolacja.  

Macierzyństwo Petroneli.

     Kaczki mocno już głodne postanowiły przerwać pływanie i udały się na podwórko, gdzie czekało na nie bardzo pożywne jedzenie. Gospodyni napełniła pojemniki pysznymi ziemniakami, które uwielbiały. Poranne pływanie spowodowało, że miały wilcze apetyty. Podjadły sobie dobrze i usiadły koło misek i zaczęły drzemać. W pewnej chwili ocknęła się ze snu Petronela i obudziła z drzemki swojego ukochanego. Zaproponowała Benedyktowi spacer do ogrodu. Benedykt był półprzytomny, bo właśnie zasnął i śniło mu się coś miłego. Musiał  poruszyć parę razy skrzydłami, żeby do końca się rozbudzić. Wreszcie udało mu się wrócić do rzeczywistości. Wziął głęboki oddech, poruszył leniwie szyją, zamrugał oczami i  ruszył powoli  tuż za swoją towarzyszką. Petronela zaproponowała, żeby poszli i ukryli się za krzakami porzeczek, gdzie prawie nikt nie zaglądał. Bo miała mu coś bardzo ważnego do powiedzenia.  Kiedy już leżeli obok siebie wzięła go za rękę i powiedziała mu bardzo cicho, że będą mieli małe dzieci. Jesteś tego pewna zapytał Benedykt? Tak odpowiedziała mu jego żona. Co w takiej sytuacji się robi zapytał znowu zatroskany mąż? Będę znosić jajka i potem ciepłem swojego ciała je ogrzewać. A kiedy przyjdzie pora na świat zaczną wykluwać się małe żółte pisklęta. Potem będziesz mi musiał pomagać, żeby wyrosły na dobre kaczki, obyśmy  nie musieli się za nie  wstydzić. To bardzo trudne zadanie stoi przed nami moja ukochana. Mam nadzieję, że sprostamy temu trudnemu zadaniu, powiedział  zamyślony Benedykt. Widziałem przy oborze duży koszyk wymoszczony słomą. Może tam, jak zniesiesz jajka zasiądziesz? To dobry pomysł odpowiedziała mu żona. To chodźmy i obejrzyjmy ten koszyk. Jak powiedzieli, tak też zrobili. Przeszli przez cały ogród i znaleźli się na podwórku. Petronela weszła do koszyka i zniosła pierwsze jajko. Potem znosiła jedno po drugim, tak że uzbierało się ich dziewięć. Następnie siedziała i ogrzewała swoim ciepłem wszystkie jajka. Z jajek schodziła tylko po to, żeby coś zjeść i się napić.

piątek, 27 marca 2015

Poranek na wsi i porządki na podwórku.

     Nazajutrz rano pani gospodyni dosyć wcześnie otworzyła wejście kaczkom i pozwoliła żeby sobie powoli wychodziły. Sama zabrała się za dojenie krowy Czarnuli i karmienie małej krówki o imieniu biedronka. Tak właśnie postanowiła nazwać małą córeczkę Czarnuli. Po skończonym dojeniu postanowiła wygonić obie na łąkę, żeby sobie podjadły trochę trawy na powietrzu. Założyła postronek na obie krowy i poganiała je żeby wychodziły. Krowy wyszły posłusznie z obory i skierowały się ku drodze, która prowadziła na łąkę. Po drodze Czarnula nie wytrzymała i zaczęła robić kupy. Pozostawiła za sobą cztery czarne placki. Gdy to zobaczyły kury i kaczki okropnie się zdenerwowały, bo nie chciały siedzieć na tak brudnym podwórku. Kury wybiegły do ogrodu, a  Benedykt złapał Petronelę za rękę i dali reszcie znak, żeby szybko się wynosili z podwórka. Ponieważ pogoda była równie piękna jak wczoraj pomaszerowali wszyscy szybko nad staw. Tam z rozkoszą zajęli się pływaniem, zabawą i nurkowaniem. Gospodyni w tym samym czasie doszła na łąkę i wziąwszy dwa paliki wbiła je do ziemi, potem przywiązała do nich Czarnulę i Biedronkę. Tak była zajęta, że zupełnie zapomniała o tym, żeby nalać mleka kotom. Te bardzo głodne wyszły jej na spotkanie i głośno miałczały prosząc o jedzenie. Kiedy doszła do obory, nalała im mleka i sama zabrała się za porządkowanie podwórka zabrudzonego przez Czarnulę. Później wywiozła gnój na swoje miejsce, gdzie się znajdował. Potem pościeliła słomą krowie legowiska i dopiero zabrała się za szykowanie jedzenia dla kur i kaczek. Szczególnie w tych gorących dniach pamiętała, żeby ponalewać wody do pojemników, które stały na podwórku. Dobrze widziała wszystko co się święci  w kaczej rodzinie. Postanowiła zorganizować dwa koszyki: Jeden dla Petroneli i drugi dla Małgorzaty, Bo jak się kochają to na pewno zaraz będą dzieci, myślała gospodyni. Jeden koszyk wymoszczony słomą postawiła na dole w kurniku, a drugi na dworze pod daszkiem, tuż przy oborze.

środa, 25 marca 2015

Dziwny telefon...

Był mroźny, styczniowy wieczór. Majka siedziała w pokoju i czytała książkę. Nagle zadzwoniła jej komórka. Dziewczyna odebrała, ale w słuchawce usłyszała tylko:
-Pomóż mi...
Spojrzała na wyświetlacz: Anka;*
Ania była jej najlepszą przyjaciółką od piaskownicy. Wszędzie chodziły razem, były nierozłączne.
Maja pomyślała, że to głupi żart, dlatego odłożyła telefon i czytała dalej. Jednak komórka nie dawała jej spokoju. Połączenia przychodziły co 5 minut. W końcu ze zdenerwowaniem rzuciła telefonem o ściane i dokończyła czytać książkę. Po 20 minutach, poczuła się głupio i podniosła telefon. Włączyła go i zobaczyła 30 nieodebranych połączeń, od tej samej osoby:
-Co to do cholery ma być>?-pomyślała
Zbiegła po schodach i poszła do salonu.
-Tato, myślę że u Anki coś się stało-powiedziała
-Ale jak to ?
- Nie gadaj tylko chodź. Mam złe przeczucia.
Gdy Majka dotarła do domu przyjaciółki osłupiała. Wielkie drzewo rosnące na podwórku złamało się i upadło prosto na dom . Anka mieszkała w mało zaludnionej części miasta, dlatego nikt tego nie zauważył. Tata Majki szybko zadzwonił po straż pożarną i pogotowie. Okazało się, że w domu była tylko Anka. Leżała pod gruzami, a w ręku trzymała telefon. Gdyby pomoc nie dotarła przez najbliższe 10 minut Anka zmarłaby. Jednak gdyby Majka przyszła z pomocą kilka godzin wczesniej Ania miałaby jedynie zadrapania.

wtorek, 24 marca 2015

Klasztor Zen

Nadszedł czas spotkania z mistrzem. Uczniowie Zen zaczęli zadawać wiele pytań Attar de Neishapurowi:
- Mistrzu, opowiedz nam o Stwórcy! Jaki on jest?
- Stwórca jest nieznany i niepoznawalny. Każde twierdzenie o nim, każda odpowiedź na wasze pytanie będzie zniekształceniem prawdy.
Uczniowie zafascynowani mądrymi odpowiedziami mistrza zaczęli zadawać coraz więcej pytań. Jednak Neishapur chciał jak najszybciej zakończyć to spotkanie. Widać było w jego oczach wielki niepokój, jakby coś złego wisiało w powietrzu nad klasztorem. Nagle do sali wbiegł najwierniejszy sługa mistrza – Malik:
- Mistrzu! Czarne chmury wiszą nad Klasztorem Zen. Twój praprzodek Tuan Mu Tsu chce wykraść księgę dziejów świata!
- Postaraj się sprowadzić do klasztoru mnichów Zen. – Powiedział zamyślony mistrz. – Ja tymczasem udam się w podróż do Ranzaia. Być może on będzie miał wiedzę na temat planów Tuana Mu Tsu.
Malik od razu poszedł wykonać polecenie mistrza, gdy on sam udał się w długą podróż na złociste pola. Wyprawa ta zapowiadała się na wyjątkowo spokojną, aż za spokojną! W końcu zmęczony mistrz po całodniowym marszu postanowił uciąć sobie drzemkę. Nic nie zapowiadało, że w środku ogromnego lasu ktoś może wyrwać go ze snu:
- Miłościwy Panie. Proszę się obudzić!
- W czym ci mogę pomóc? – Zapytał nieco rozkojarzony mistrz.
- Spotkałem w lesie długowłosego człowieka, który powiedział mi, iż znajdę tutaj osobę, która da mi drogocenny kamień.
Attar de Neishapur od razu domyślił się, że maczał w tym palce ktoś bardzo przebiegły -wyjątkowo uzdolniony magicznie. Zajrzał do swej sakiewki i ujrzał błękitny kamień, którego jeszcze kilka godzin temu tam nie było.
- Proszę. Pewno o ten kamień ci chodzi.
- Tak!
Uradowany chłop uciekł z diamentem. Mistrz nie tracąc czasu wyruszył w dalszą drogę. Przez cały czas zastanawiał się kto jest do tego zdolny, aby podłożyć kamień do sakiewki nie budząc go przy tym. Nagle przypomniał sobie kogoś kto mógł to uczynić. Był to nieśmiertelny mag, zwany Joneyeda. Osoba wyjątkowo zdolna, która kilka tysięcy lat temu znalazła się w posiadaniu eliksiru nieśmiertelności. Joneyeda nigdy nie miał ochoty przejąć władzy nad światem. Dla niego liczy się tylko domek, w którym ciągle przygotowuje jakieś magiczne wywary. Neishapur postanowił odwiedzić go, gdyż było mu to po drodze. Zbliżał się wieczór ale mistrz nie miał ochoty tracić ani chwili na odpoczynek. Pomimo swojego wieku mógł wytrzymać kilka nocy bez snu. Joneyeda wiedział, że mistrz zjawi się lada chwila dlatego tez mu na spotkanie by jak najszybciej go powitać:
- A więc tak wygląda wielki Attar de Neishapur. Człowiek, który wie, gdzie znajduje się Księga Dziejów Świata.
- Chciałeś aby przyszedł, więc jestem...
- Tak oczywiście. Szykuje się bitwa, która może zmienić przyszłość. Tuan Mu Tsu chce zniszczyć księgę dziejów świata i zastąpić ją inną. Taką, w której on rządzi światem!
- Wiem, lecz Tuan Mu Tsu zapomniał o małym szczególe. Księga Dziejów Świata znajduje się głęboko w podziemiach klasztoru i tylko ja wiem jak tam trafić.
- No cóż. Nie zapomnij o jego przebiegłości. Chcę byś zachował szczególną ostrożność. Wciąż pamiętam tamten dzień, w którym dowiedziałem się, że Tuan Mu Tsu mnie zdradził, a teraz myślę jak się na nim zemścić. Z resztą, gdy klasztor zostałby zniszczony, nie darowałbym sobie tego.
- Jedyna rzeczy, o jaką się obawiam to klasztor i moi uczniowie.
- Rozumiem cię. Proszę wiec tylko o to byś przemyślał moją propozycję.
- Powiedz nieco jaśniej.
- Stworze armię shojów, obrońców klasztoru.
Mistrz odszedł bez odpowiedzi. Wiedział, że na Joneyede można liczyć. Zanim Attar de Neishapur wyszedł z lasu, minęło kilka godzin. Odtąd znajdował się poza granicami swej krainy. Na szczęście Złociste Pola nie należą do jakiś specjalnie wrogich, wiec mistrz mógł spokojnie iść dalej. W pewnym momencie poczuł dziwne drżenie rąk. Był to znak, że w klasztorze dzieje się coś złego. Przyspieszył kroku. W końcu po paru godzinach poszukiwań jego oczom ukazała się mała chatka, znajdująca się na szczycie wzniesienia, ale Ranzaia nie było w domu.
- Gdzie jesteś Ranzai?
- Jestem tutaj cały czas. - Odrzekł wynurzając się ze złocistych pól
- Czemu się ukrywasz?
- Co cię do mnie sprowadza? Zapytał nie odpowiadając na pytanie mistrza.
- Klasztor Zen jest w niebezpieczeństwie. Pomyślałem, że będziesz mógł mi pomóc.
- Przykro mi. Nie pomogę ci. Twoimi sprzymierzeńcami są shojowie, którzy zabili mego ojca.
- Uwais był wspaniałą osobą. Wiele się od niego nauczyłem. Poświęcił się w wielkiej sprawie. Gdyby nie on Tuan Mu Tsu już dawno opanowałby cały świat. Jako ostatni mieszkaniec Złocistych Pól nie możesz przechodzić obojętnie wobec tej sprawy. Twoja kraina tez może być zagrożona!
- Tuan Mu Tsu doskonale wie, że ta kraina jest ostatnia rzeczą jaką byłby w stanie podbić. Nie obawiam się jego i całej armii shojów.
- Wysłuchaj mnie Ranzai. Tuan Mu Tsu chce przejąć władze nad światem i może to zrobić niszcząc księgę dziejów świata. Jeśli to zrobi to także twoje Złociste Pola mogą ulec zniszczeniu.
- Mój ojciec zawsze mawiał: Kto wie, nie mówi. Kto mówi, nie wie. Dzięki temu wielkie skarby kakuanów są bezpieczne po dziś dzień. Jeżeli zaś chodzi o klasztor to.... – Ranzai nie chciał zdradzić powierzonych mu sekretów.
- Proszę cię powiedz. W klasztorze dzieje się coś złego. Gdy nie zjawię się na czas, cała przyszłość może ulec tragicznej zmianie!
- No dobrze. Jalal ud-Din Rumi napisał księgę dziejów świata po to, by panował ład i porządek. Nie spodziewał się jednak, że jego syn Tuan Mu Tsu będzie zazdrosny o to, że księgę przekazał drugiemu z jego synów – Sa’di di Shirazowi. Od tego momentu w Tuanie Mu Tsu zaczęła się gromadzić nienawiść do Klasztoru Zen. Kiedyś znalazł mapę prowadzącą do księgi dziejów świata. Wiedział, że ta zdobycz przyda mu się do zemsty. Chciał jak najwięcej dowiedzieć na temat klasztoru jak i samej księgi. Pewnego dnia Tuan Mu Tsu spotkał pewnego młodego magika, przez niektórych zwanego Joneyeda. Zauważył, ze ma w ręku małą fiolkę z jakimś dziwnym eliksirem. Bardzo go to zainteresowało. Po krótkiej rozmowie obaj doszli do ugody. W zamian za nieśmiertelność Tuan Mu Tsu da mu mnóstwo pieniędzy. Wszystko szło po ich myśli jednak Joneyeda nie wiedział, że jego nowy przyjaciel go okłamał. Po śmierci Sa’di di Shirazy nowym mistrzem został Shams-e Tibirizi. Dla Tuana Mu Tsu nie było w tym nic dziwnego. Shams-e od początku pokazywał się z jak najlepszych stron. Był najzdolniejszy ze wszystkich mnichów zen, dlatego tez Sa’di di Shiraza nie miał problemów z wyborem następcy. Tuan już wtedy postanowił zaatakować jednak był niedoświadczony i popełnił wiele błędów. W przeciwieństwie do Shams-e Tibiriziego, który przeczuwając zagrożenie stworzył nową obronną armię pod-ludzi zwanych shojami. Jest to wyjątkowo waleczny gatunek, obdarowany ogromna siła fizyczną. Są nieco wyżsi niż zwykły człowiek, mają długie śnieżno-białe włosy, kryształowe oczy. Ich wzrok może doprowadzić do utraty przytomności.

poniedziałek, 23 marca 2015

Wielka miłość Kaczora Ryszarda do kaczki Małgorzaty.

Na drugi dzień ranek wstał też piękny i zapowiadało się że będzie upalnie. Całej kaczej rodzinie wcale nie chciało się jeść. Pili za to wszyscy ile się dało. Przedpołudniem cała kacza gromada pomaszerowała  nad wodę, żeby się trochę ochłodzić. Zeszło im tam do obiadu. Po drodze jak wracali ze stawu wstąpili do ogrodu. Czekały tam na nich pyszne i miękkie gruszki, które niedawno pospadały na ziemię. Kaczki trochę już głodne chętnie się nimi pożywiły. Potem pokładli się wszyscy w cieniu drzew. Ryszard i Małgorzata trochę się od nich oddalili i położyli się za krzakiem agrestu. Ryszard chciał dyskretnie coś powiedzieć swojej wybrance Małgorzacie. Starał się przemówić do jej serduszka, bo bardzo mu się podobała ta panna. Małgorzata kiedy usłyszała takie piękne słowa, skierowane do niej bardzo się ucieszyła i odpowiedziała Ryszardowi tym samym. Uradowany Ryszard uścisnął i pocałował Małgorzatę w sam dziubek. Kiedy tak wszyscy sobie spokojnie odpoczywali przyszła Ciocia Basia z psem Donaldem i pokładli się w cieniu. Ciocia położyła się na hamaku, a pies leżał na ziemi, tuż koło niej. Pogoda była piękna i na szczęście już trochę się ochłodziło. Koty zaciekawione obecnością cioci, też przyszły do ogrodu. Lucyna weszła na rozłożystą jabłoń i wołała do siebie Szarusia i Misię. Ciotka Murzyn patrzyła uważnie na to całe zajście. Koty zachęcone przez matkę wchodziły na drzewo jedno po drugim. Potem zeskakiwały na ziemię i zaczepiały ciotkę Murzyna. Bawiły się i figlowały przez dłuższy czas. Kaczki trochę zmęczone hałasem postanowiły oddalić się na podwórko. Tam czekała na nich dobra i pożywna kolacja.
   

Wielka miłość kaczora Benedykta do kaczki Petroneli.

     Dni teraz były piękne i prawie przez cały czas świeciło słońce. Kury i kaczki przez cały dzień siedziały na dworze. W rodzinie kaczek panowała zgoda i miłość. Kaczor Benedykt zakochał się w kaczce Petroneli i ciągle zaglądał jej w oczy. Petronela bardzo się tego wstydziła i ciągle odwracała od niego wzrok. Kaczor Ryszard za to bardzo polubił kaczkę Małgorzatę i ciągle ją zagadywał. Małgorzata starała się jak mogła i przez cały czas dotrzymywała mu towarzystwa w rozmowie. Klara Florentyna i Danuta stały nieopodal i plotkowały o nich bez przerwy i zazdrościły okropnie. Pewnego dnia Benedykt zaprosił Petronelę na spacer po ogrodzie, bo miał jej coś ważnego do powiedzenia. Petronela trochę zawstydzona zgodziła się na ten spacer. Benedykt poszedł przodem a za nim poczłapała jego wybranka. Najpierw zaprosił ją do bufetu ogrodowego, gdzie zafundował jej pyszne danie składające się z owoców porzeczki czarnej i czerwonej. Potem położyli się w cieniu i razem odpoczywali. Wtedy to właśnie Benedykt oświadczył się Petroneli. Petronela cała zrobiła się czerwona i nie wiedziała co ma powiedzieć. Było jednak jej bardzo miło, że to właśnie ją wybrał kaczor Benedykt na swoją wybrankę. Po namyśle odpowiedziała mu potakująco na słowa, które wcześniej usłyszała. I tak zostali parą narzeczonych. Po krótkim odpoczynku Benedykt zaproponował Petroneli spacer nad staw. Kiedy tam doszli spotkali resztę towarzystwa. Małgorzatę zagadującą Ryszarda i trzy panny Klarę, Florentynę i Danutę. Wszyscy w najlepsze sobie pływali i radośnie pokrzykiwali do siebie. Benedykt zaczął nurkować i zachęcał do tego również Petronelę. Po wypłynięciu na powierzchnię zobaczył piękną lilię wodną. Prędko ją zerwał i podarował swojej ukochanej.  Kiedy sobie popływali wrócili na podwórko na kolację.

Ogród, kaczki i Sikorka Bogatka.

      Kaczkom i kurom dawała jeść gospodyni, one same też chodziły i zbierały przez cały dzień po ogrodzie. W pojemnikach stała przy kurniku pasza i woda. Zdarzało się też często, że dostawały gotowane ziemniaki. Na noc od niedawna  kaczki chodziły spać pod schodami. Tam gospodyni pościeliła im słomy, żeby nie było im zimno. W lecie zamykała wejście kratą, żeby miały dopływ świeżego powietrza, a w zimie zamykała drzwi na skobel, żeby nikt niepowołany nie dostał się do środka. W ogrodzie gospodyni miała sporo krzewów z porzeczką czarną i czerwoną. Koło nich też rosły krzewy agrestu i pigwy. Miała też pyszne śliwki Renklody, bardzo pyszne i soczyste gruszki, trzy drzewa czereśni, dwa wiśni, parę drzew śliwek węgierek i dwie morele. Dalej rosły same duże rozłożyste jabłonie. W samym rogu ogrodu rosły krzewy pysznych i kłujących malin. Tuż przed oknami rosły dwa duże drzewa orzechów włoskich. Gospodyni miała też leszczynę, z której na jesień zbierała sporo orzechów laskowych.  Dalej za ogrodem znajdował się staw, do którego czasami chodziły spragnione wody kaczki. Od strony stawu dochodziły przez cały czas odgłosy kumkania żabi śpiew ptaków. Pewnego razu Piotrek zauważył, że w skrzynce wysoko na ścianie domu zagnieździła się Sikorka Bogatka. Latała po całym ogrodzie i zbierała materiał do budowy swojego nowego gniazdka. Była bardzo sprytna i uwijała się szybko, bo czasu miała mało. Pewnej niedzieli Piotrek wziął drabinę i zajrzał do środka. Jakież było jego zdumienie, gdy zobaczył pięknie uwite gniazdko z sierści Cezara, różnych nitek i trawy. A w środku leżało pięć małych jajeczek, które już zdążyła znieść młoda sikorka. O wszystkim poinformował babcię i już więcej do sikorki nie zaglądał, żeby jej nie przeszkadzać.
     

piątek, 20 marca 2015

Szarmancki pies Cezar.

Życie na wsi nie było takie sielskie jak się wydaje niektórym osobom zamieszkującym wielkie miasta. Często zwierzętom brakowało jedzenia. Najwięcej na ten temat mógłby powiedzieć pies Donald. Ciocia Basia kiedy przyjeżdżała z Warszawy najlepiej dbała o niego. Przywoziła ze sobą przepyszne smakołyki, które piesek uwielbiał. Porządki zaczynała od wyszorowania do czysta, jego  miski. Potem wkładała do niej czyste i świeże jedzenie. Po tygodniu bycia na wsi Donald przybywał na wadze, a tak wyglądał jak mały kościotrup. Czasami dostawał takie jedzenie, którego nie tknął przez kilka dni. Był bardzo wybredny i nie zjadł byle czego. Jeśli miska brzydko pachniała i jedzenie było niezbyt świeże nie jadł w ogóle. Nikt się o pieska nie przejmował, bo na wsi ludziom się nie przelewa i nie będą dawać psu lepiej jeść, niż samym  sobie. Ale kiedy ktoś dbał o jedzenie Donalda umiał okazać swoją psią wdzięczność. Cieszył się i merdał ogonkiem. Piesek nie raz chorował po nieświeżym jedzeniu, dlatego kiedy dostawał coś nieświeżego wolał nie jeść w ogóle. Wszyscy kochali Donalda i głaskali go a o jedzenie dbała tylko babcia. Babcia dawała jeść też Cezarowi i Norkowi. Pewnego razu babcia zachorowała i położyła się do łóżka. Trzeba ją było zastąpić. Wtedy jeść Cezarowi dawała ciocia Basia. Pewnego dnia, gdy otworzyła bramkę do boksu i zaczęła dawać psom jeść Cezar chciał powąchać ciocię w rękę. Ona bardzo się bała, żeby jej nie ugryzł i uciekała z ręką. Pies był jednak szybszy i położył swoją dużą wilczą mordę na ręce cioci. Ta zadrżała ze strachu, bo pies jej nie znał i nie wiedziała co teraz nastąpi. Pies tylko powąchał rękę swoją puchatą mordą i zaraz zabrał się za pałaszowanie pysznego jedzenia. Ciocia Basia odebrała to jak pocałunek wdzięczności w rękę, za przyniesione jedzenie. Babcię też często lizał z wdzięczności po rękach. No i mówią, że zwierzęta są głupie i niewdzięczne.

Świat bez słów

Drzwi otworzyły się nie wydając najmniejszego nawet dźwięku. Wielką salę oświetlał teraz snop białego światła. Na progu stanęły dwie postacie. Dwie jakże różne postacie, wysoki mężczyzna i stojący obok niego skulony cień istoty człekokształtnej. Trzymał on coś na rękach. To coś zdawało się poruszać.
Nagle wrota zamknęły się. Zapanowała ciemność. W takiej chwili zostają uaktywnione inne zmysły. Wnętrze było wilgotne i chłodne, a w powietrzu można było wyczuć słodkawy zapach. Wyższa postać śmiało ruszyła w głąb pomieszczenia. Druga osoba nie zrobiła nawet kroku, stała jak słup soli, drżąc i wyraźnie bojąc się tego miejsca. Wiedziała, że prędzej czy później tu trafi. Lecz pokonała swój strach i zaczęła iść, jej ruchy były wymuszone i mechaniczne. Po przejściu paru metrów zawadziła o wystającą, długą, twardą i nieprawdopodobnie zimną rzecz. Znienacka pojawił się jego towarzysz. Czuć było od niego przejmujące zimno, wręcz nie ludzki chłód. Przemówił do cienia równie lodowatym głosem:
- Zaraz przejdziemy dalej, tam już wiszą w workach i nie zaczepiają przechodniów swoimi stopami. Niech pan się tak nie denerwuje, to czysta robota, odda mi doktor maleństwo i zapomnimy o jego istnieniu. Dobrze?- lekarz Mikołajewicz pokiwał twierdząco głową – a teraz chodźmy.
Słowa magazyniera wcale go nie uspokoiły. Nadal czuł strach przed tym, co ma zaraz zrobić. Popatrzył na dziecko. Noworodek wdzięcznie ruszał rączkami i pięknie się uśmiechał. Niestety maluch był nieświadomy swojej przyszłości.
Przewodnik czekał na lekarza przy dużym metalowym stole, wciąż nie domytym od krwi. Na około porozwieszane były czarne opakowania.
- Nie ma się czego bać oni już nic nie zrobią. O ten na przykład: tragiczna wypadek na budowie, wczoraj przez godzinę wyjmowałem mu kawał teownika, przeleciał na wylot przebijając kręgosłup. A szkoda, pewnie był dobrym ojcem i mężem. – powiedział z niesamowitą satysfakcją ekscentryczny człowiek, szybkim ruchem zapalając światło.
Dopiero teraz, gdy mała lampa oświetlała wnętrze doktor mógł go zobaczyć. Magazynier nosił na sobie zwykły robotniczy uniform, ale jego czarne wielki oczy i ziemista cera nie pasowały do wizerunku z reguły zapitego rosyjskiego pracownika. Jego zadbane dłonie, też zdradzały inność tego osobnika. Na twarzy medyka pojawiły się kropelki potu, jeszcze nigdy nie był w takim miejscu i w takim towarzystwie. Czarne indywiduum złożyło swoje ręce w dziwny znak, przypominający pentagram. Jeden z worków począł spazmatycznie drgać. W tej samej chwili dziecko zaczęło się wyrywać i krzyczeć. Nagle wszystko ustało a niemowlę straciło przytomność. Mikołajewicz usiłował go ocucić. Ale jego uszu dotarł szelest ściąganych prześcieradeł. Nawet nie zdążył spojrzeć za siebie.
Następnego dnia w kostnicy przybył nowy czarny worek z etykietą: 5 kwiecień 1979r. lekarz medycyny zagryziony przez sforę psów.

czwartek, 19 marca 2015

Mój pierwszy krok na obcej planecie

Z trudem wygrzebałem się ze specjalnego śpiwora, przymocowanego do ściany statku kosmicznego. Właśnie spełniało się moje największe marzenie: lot w kosmos. Nie zdawałem sobie do końca sprawy, jak do tego doszło. To stało się tak szybko: konkurs, wygrana, odebranie biletu, śpieszne przygotowania, i wreszcie odliczanie, start, ostatnie ostrzeżenia i wskazówki - to wszystko nagle odeszło w zapomnienie. Liczyła się tylko ta, jakże wyjątkowa i niepowtarzalna podróż.
Siedziałem w prowizorycznym fotelu, otulony srebrzystobiałym skafandrem. Ze zdenerwowaniem zaciskałem pięści, wbijając w skórę brudne paznokcie.
- No nie denerwuj się tak. - Uśmiechnął się mój towarzysz, a zarazem przyjaciel, Alfred.
Nie odpowiedziałem. Łatwo mówić "nie denerwuj się". A jeśli statek się zepsuje, jeśli meteoryt go uszkodzi? Jeśli skafander nie jest szczelny? Jeśli zabraknie tlenu? Ależ nie ma się czym przejmować, najwyżej zginiemy, ale cóż to dla nas!
Już czas. Przez ciasną śluzę wydostaliśmy się na zewnątrz. Zatrzymałem się, przymykając oczy, chcąc na zawsze zapamiętać tą podniosłą chwilę, mój pierwszy krok na obcej planecie. Rozejrzałem się i zamarłem z zachwytu. Moim oczom ukazały się olbrzymie góry i kratery. Powierzchnia planety spowita była gęstą mgłą, która nie pozwalała dostrzec nic więcej w promieniu kilkuset metrów. Wszystko to miało kolor bladopomarańczowy, gdzieniegdzie przybierając brunatne barwy. Chciałem zrobić kolejny krok, zamiast tego wzbiłem się lekko w górę, poszybowałem kilka metrów naprzód, po czym miękko wylądowałem na usypanej kamieniami ziemi. W uniesieniu obserwowałem niewyraźnie widoczne przez mgłę, ale ogromne gwiazdy. Odbiłem się ponownie, po czym znowu, i jeszcze raz, ciesząc się jak małe dziecko, które w końcu nauczyło się skakać. Daleko w tyle zostawiłem Alfreda, badającego z zaciekawieniem każdy najmniejszy szczegół planety. Mnie to nie interesowało, parłem niestrudzenie naprzód, wspinając się po stromych i skalistych zboczach. Czułem się wspaniale, cały wszechświat stał przede mną otworem. Nagle, pod wpływem chwili, gwałtownie ściągnąłem okrywający moją głowę hełm. Nic się nie stało, zauważyłem natomiast, że powietrze nasiąknięte jest wonią kwasu siarkowego. Odwróciłem się. Brunatnopomarańczowa mgła nie pozwoliła mi dostrzec Alfreda ani statku. Zawróciłem. Szedłem, z rozkoszą opierając się grawitacji. Nareszcie ujrzałem przyjaciela, który z przerażeniem zauważył, że ściągnąłem hełm. Podbiegł do mnie, po czym ze strachem zapytał, co ja wyprawiam. Wytłumaczyłęm mu, że nic mi nie jest, a on odparł tylko, że musimy już wracać do statku. Niechętnie ruszyłęm za nim.
Nagle obudziłem się. Moja żona siedziała przy szpitalnym łóżku, ze łzami w oczach wpatrując się w moją twarz.
- Gdzie... Gdzie ja jestem? - Zapytałem cicho, usiłując podnieść rękę, ale, ku memy zdziwieniu, nic nie poczułem.
- Straciłeś przytomność, ledwie udało się im wrócić z tobą na Ziemię. - Odpowiedziałam wybuchając płaczem.
Zasnąłem.
Obudziłem się we własnym łóżku. "To był sen? Taki realny..." - Pomyślałem, podnosząc się i zakładając ranne pantofle. Zszedłem po schodach do kuchni, chcąc opowiedzieć o wszystkim żonie. Zatrzymałem się w pół kroku.
- Ach, to był tylko sen. Przecież ja nie mam żony... - Mruknąłem ze zdziwieniem.

środa, 18 marca 2015

Sielskie życie kur i kaczek.

     Na wiosnę pani gospodyni kupiła dwadzieścia małych kur niosek, które przeznaczyła do znoszenia jajek. Potem dokupiła jeszcze dwa koguty. którym nadała imię Teodor i Walter. Przed tym syn Piotrek wybudował z drewna, koło domu nieduży kurnik. Do kurnika kury miały wchodzić po drabinie. Na pierwszym piętrze były umieszczone wąskie półeczki, na których miały przesiadywać kury. Z tyłu była wolna przestrzeń po to, żeby wszelkie odchody jakie tam się znajdą mogły spadać na dół. Na dole łatwiej było usuwać brudy. Na samej górze znajdowały się cztery koszyki wymoszczone świeżą słomą, przeznaczone do znoszenia jajek. Do góry kury wchodziły też po drabinie. Drabina ta miała szerokie schodki. Piotrek był bardzo ciekawy, czy do nowego lokum kury się przyzwyczają. W starym kurniku miały mało miejsca i nie można było usuwać zabrudzenia, bo były trudności z sięganiem tak daleko łopatą. Okazuje się że nie trzeba ich było długo zachęcać, same się przeprowadziły do nowego miejsca. Tu miały czyściej i cieplej. A co najważniejsze, zamknięte na noc były chronione przed lisami, kunami i innymi kurzymi wrogami, które czasami podchodziły w pobliże domu. Kury w czasie dnia chodziły po całym ogrodzie i zjadały wszystko co się dało. Koło kurnika miały natomiast swój pojemnik z paszą i drugi pojemnik z wodą. Na miejscu kur zamieszkały kaczki: Petronela, Klara, Małgorzata, Florentyna i Danuta. Całą tą piątką rządził kaczor Benedykt i jego brat Ryszard. Po jajka pani gospodyni wchodziła do góry po drabinie z niedużym koszykiem i zbierała zniesione jajka. Kury każde zniesione jajko obwieszczały całemu światu, głośnym gdakaniem. Świeże jajka sprzedawała swoim sąsiadkom, lub zawoziła do miasta. Tam bardzo szybko były rozkupowane.

     

Ogród

Koło mojego domu rozciąga się duży ogród. Coroku sieję tam mnustwo różnych pięknych kwiatów. Znajdują się tam również różnego rodzaju drzewka owocowe. Mam dużą rodzinę, więc owoców idzie u mnie mnustwo. W tym roku podczas zbierania jabłek pomagało mi kilka osób, ponieważ drzewka bardzo obrodziły. Zresztą coroku ludzie mi pomagają przy zbiorach. Ale w tym roku podczas jednego wieczora po zakończonej pracy siedzieliśmy przy ognisku. W pewnej chwili zrobiło się małe zamieszanie, żeby po chwili okazało się, że jeden chłopak, który zbierał owoce oświadczył się dziewczynie, która mi również pomagała. Wszystkich ogarnęła niesamowita radość. Postanowiłem, że następnego dnia dam im wolne niech nacieszą się sobą.
   W tym roku każdy kto mi pomagał przy zbiorach na koniec dostał ode mnie po trochu owoców.

wtorek, 17 marca 2015

Zaradna pani gospodyni.

     Po kilku dniach pani gospodyni zarządziła, że będzie kosić zboża i zamówi kombajn. Jak powiedziała, tak też zrobiła. Przyjechał duży kombajn, który wymłócił wszystko zboże. Potem zwieźli bele słomy i poukładali w stodole. Zboże przywieźli na wozie i potem wsypywali do worków. Część zboża przeznaczyła na mąkę do młyna, a część na paszę dla kur i kaczek. We wszystkim jak zawsze pomagał jej Marcin, bo męża już w kraju nie było. Dobrze, że tym razem mu się powiodło i coś zarobił, bo bywało różnie. Nie zawsze przywoził duże sumy pieniędzy. Kiedy jednak udało mu się trochę zarobić gospodyni od razu inwestowała w dom. W ostatnim czasie wyszykowała dwa pokoje, żeby były gotowe na uroczystość weselną. Robotnicy położyli gładź, zrobili podłogi, wymalowali ściany  i zmienili okna w całym domu. To była bardzo wielka inwestycja i na to trzeba było dużo pieniędzy. Wesele też było dużą inwestycją i bez pieniędzy męża by się nie odbyło. W polu zawsze miała robotę. teraz na jesień czekały na nią ziemniaki. To była wielka akcja, do której zapraszała znajomych i całą rodzinę. Na razie jeszcze o tym nie myślała, bo do tego jeszcze było trochę czasu. Para młoda zamieszkała na pierwszym piętrze, w jednym pokoiku. W drugim mieszkała już od dawna jej starsza córka Monika. Justyna w prezencie ślubnym dostała wełnianą kołdrę i komplet pościeli. Od razu ją rozłożyli i spali pod nią. Potem kupili sobie małego psa Jorka i dali mu na imię Browarek. Po weselu wszyscy udali się do pracy i tak rozpoczęło się normalne  szare życie.

poniedziałek, 16 marca 2015

W niedziele odbyły się poprawiny.

     Uroczystość weselna trwała do samego rana. Wszyscy doskonale się bawili. Nad ranem goście weselni wszyscy wrócili do domu i pokładli się spać. Ranek wstał piękny i słońce zaczęło dogrzewać. Ptaki pięknie śpiewały. Gołębie gruchały, wróble ćwierkały. Słychać też było kukułkę. Pani gospodyni wstała i poszła do obory, żeby dać jeść krowom, wydoić Czarnulę i uporządkować wszystko  koło krów. Mleko umieściła w chłodnym miejscu i poszła szybko do domu, bo dużo pracy czekało jeszcze na nią. Przed samymi drzwiami stały i czekały na nią cztery głodne koty. Nalała im mleka, nasypała suchej karmy i nałożyła kaszy z mielonką, którą koty bardzo lubiły i to wszystko zaniosła do stodoły, bo tu przed drzwiami spodziewała się znowu weselnych gości. Koty przeniosły się do stodoły i zaczęły pałaszować przyniesione jedzenie. Nagle przypomniała sobie o Cezarze i Norku. Im też przygotowała jedzenie i zaniosła do boksu, gdzie spokojnie wylegiwały się w cieniu. Pies Donald również wylegiwał się leniwie na podwórku. Jemu jeść zawsze dawał Piotrek albo babcia. Pani gospodyni szybko zabrała się za przygotowywanie obiadu. Nastawiła mięso na rosół i zaczęła obierać ziemniaki. Potem zrobiła mizerię ze śmietaną. Gdy praca była ku końcowi zaczęli budzić się goście. Gdy rozbudzeni zasiedli do stołu podała im rosół i zaczęła nakładać drugie danie. Po zjedzonym obiedzie wszyscy wyszli do ogrodu i usiedli w cieniu drzew. W tym czasie młodzież zmywała naczynia po obiedzie. Koty zaciekawione kręciły się pośród gości. Potem gospodyni nałożyła na półmiski wędliny, sałatki i ciasta. Wszystko to położyła na stole. Zaprosiła swoich  gości znowu do stołu i zaczęły się poprawiny. Na poprawiny przyszli sami najbliżsi. Ciocia Basia robiła zdjęcia pamiątkowe. O dziewiętnastej gospodyni poszła znowu nakarmić Czarnulę i cielaczka .A uroczystość poprawin  trwała do późna w nocy. A rano na gospodynię znowu czekała robota.  
  

Nocny spacer po lesie

Pewnego wieczora postanowiłem przejść się na spacer do lasu. Była piękna pogoda. Była już dość późna godzina, więc można było oglądać gwiazdy na niebie. Wokół mnie roztaczał się zapach leśnych roślin. Słychać było lekki szum wiatru i mnustwo cykad. Oparłem się o drzewo i wpatrywałem się w niebo słuchając przyrody. Ocknąłem się gdy zaczęły spadać na mnie krople letniego deszczu. Wnet zauważyłem, że nadciąga burza. Postanowiłem powoli wracać do domu, ale cały czas obserwowałem niebo. Tego wieczoru, a w zasadzie tej nocy niebo było przepiękne. Postanowiłem, że częściej będę wychodził na takie nocne spacery. W końcu dobrze jest przejść się przed snem. Kto wie, a może kiedyś na takie spacery będę chodził z kimś jeszcze?

czwartek, 12 marca 2015

Wyprawa do gospodarstwa

W tym tygodniu klasa mojego bratanka przyjeżdża do mnie, żeby zobaczyć jaka jest ciężka praca na gospodarstwie. Bardzo długo zastanawiałem się co właściwie pokazać takim małym dzieciom. Doszedłem do wniosku, że pokaże im sprzęt, który jest niezbędny w gospodarstwie, zabiorę dzieci na pole, żeby zobaczyły jak zbiera się ziemniaki. Będą też mogły zadać mi pytania związane z gospodarstwem. Jutro się okaże co mnie czeka z gromadką dzieci.

Przygotowywanie domu do uroczystości weselnej.

Po miesiącu w domu pani gospodyni miało odbyć się wesele. Mąż przyjechał z Anglii i przywiózł tak bardzo piękne i oczekiwane prezenty. Zabrała się do sprzątania. Umyła wszystkie okna i zmieniła firanki i zasłony. Odkurzyła i umyła podłogi. Wyszorowała kuchnie i łazienki. Mąż w tym samym czasie kosił trawę naokoło domu. Na stole położyła piękny biały obrus, wodę święconą, kropidło i mały krzyżyk. Pomogła ubrać się pani młodej w piękną białą suknię. Wcześniej udekorowała kolorowymi kwiatami i balonami fronton domu. Kiedy nadeszła chwila rozpoczęcia uroczystości przyjechała orkiestra i przybyli wszyscy zaproszeni goście. W domu rodzice udzielili młodej parze Justynie  i Marcinowi błogosławieństwa. Kiedy orkiestra zaczęła grać "Serdeczna Matko"  i trąby głośno zawodzić, pies Cezar z Norkiem, którzy byli zamknięci w boksie zaczęli okropnie wyć. Auuu! Auuu! Goście o mało nie pospadali z krzeseł tak się śmieli. Psa Donalda przygarnęła na ten czas babcia, która nie wybierała się na uroczystość weselną ponieważ zajmowała się w tym czasie swoim chorym mężem. Koty spokojnie siedziały w stodole i z niepokojem przysłuchiwały się całemu zamieszaniu. Bały się wystawić nosa poza drzwi stodoły. Po uroczystym błogosławieństwie wszyscy goście udali się do samochodów. Wtedy właśnie było słychać jak krowa Czarnula wraz ze swoim cielakiem głośno beczą. Takie są właśnie uroki wsi mówiła trochę wstydząc się, po cichu do swojego męża pani gospodyni. Goście powsiadali do samochodów i udali się do kościoła na ślub. A potem do domu weselnego na uroczystą biesiadę.

środa, 11 marca 2015

Opowiadanie z dialogiem o Słoneczniku

W pewnej małej miejscowości mieszkała sobie poczciwa starsza Pani Miała ona domek z ogrodem.Była posiadaczką dużej ziemi na której ,miała przeróżne rośliny między innymi były to Słoneczniki .Pewnego letniego poranka do ogrodu przyleciał mały wróbel . Usiadł na płocie i z ciekawością przyglądał się słonecznikowi.
-Kto ty jesteś ? Zapytał wróbel przekrzywiając główkę.
-A jak myślisz ? Odezwał się słonecznik.
-Myślę , zadumał się wróbel ,że musisz mieć w rodzinie słońce bo bardzo mi go przypominasz.Masz okrągła buzie jak ono i do okoła niej promyczki też jak słoneczko ,czy zgadłem ?
-Jesteś bardzo blisko ,bo moje imię ma dużo wspólnego ze słońcem.
-To powiesz mi jak masz na imię ?
-Słonecznik podoba ci się ?
-Bardzo.Tak bardzo ,że chciałbym się z tobą zaprzyjaźnić .Zostaniesz moim przyjacielem ?
Tak rozpoczęła się znajomość pomiędzy ptakiem ,a rośliną i trwała do później jesieni ,ponieważ rozpoczęły się zbiory i słonecznik znikną z ogrodu.

Krowa Czarnula przyszła na świat.

     Pani gospodyni oprócz kotków, dwóch psów Cezara i Norka miała też  kaczki, kury i krowę Czarnulę. Krowę pasła na łące a wieczorem dawała jej liście z buraków pastewnych i cały kosz świeżo skoszonej trawy, które przywoziła z pola. Narzeczony Justynki dzielnie pomagał swojej przyszłej teściowej w pracach polowych, bo męża pani gospodyni w kraju nie było. Pojechał do Anglii, żeby zarobić na utrzymanie rodziny. Marcin  pomagał w koszeniu trawy, grabieniu siana i w zwożeniu go do stodoły. Wyjeżdżali z domu traktorem zaprzęgniętym w drabiniasty wóz, a z powrotem przywozili cały naładowany wóz pełen siana. Potem zrzucali go i układali w stodole. To była bardzo ciężka praca. Pani gospodyni wysiadał od tego kręgosłup. A jeszcze do tego  krowa Czarnula spodziewała się małego cielaczka i trzeba było też pomyśleć jak jej w tym pomóc. Poszła więc do sąsiadów i poprosiła o pomoc. O dwudziestej wieczorem przyszło trzech mężczyzn. Godzinę później przyszła na świat ubrana cała w kropki jak biedronka mała krówka. Pies Donald wszystko obserwował zaglądając ciekawie do obory. Gdy to zobaczyła krowa Czarnula zaczęła głośno ryczeć, bo się obawiała o bezpieczeństwo swojej nowonarodzonej córeczki. Gospodyni wygoniła psa na swoje posłanie, żeby nie przeszkadzał. A sama  bardzo utrudzona całodzienną pracą, nareszcie udała się na spoczynek.  Jutro od samego rana czekała na nią ciężka praca. Wszyscy udawali się do pracy zarobkowej a ona zostawała sama z furą ciężkiej roboty. Babcia już nie mogła w tym pomagać, bo brakowało jej siły. A poza tym była spracowana, bo przez całe życie bardzo ciężko pracowała w polu. Mąż starszej pani leżał ciężko chory i ktoś musiał się nim opiekować. W opiece i pielęgnacji bardzo dużo pomagała jej wnuczka.

wtorek, 10 marca 2015

Straszna przygoda Donalda, która na długo pozostała mu w pamięci.

Pewnego dnia Piotrek wybrał się na spacer z Donaldem na żwirownię. Koty to widziały, bo przechodził koło stodoły. Na dworze było gorąco i każdy marzył, żeby choć trochę się ochłodziło. Kiedy już doszli na miejsce okazało się, że nie tylko oni marzą o ochłodzeniu. Nad wodę przyszło mnóstwo ludzi. Jedni leżeli na kocach i się opalali, a drudzy pływali w wodzie.  Piotrek rozebrał się i zaczął też  pływać. Donald również  wszedł do wody i płynął tuż za właścicielem. Popływali trochę i wyszli na brzeg. Piotrek położył się na kocu i opalali się razem z Donaldem. Nagle pies sąsiada, pokaźny wilczur, oderwał się od swego właściciela i zaczął gonić naszego Donalda. Piesek nie zdążył uciec. Wilczur pogryzł go dotkliwie i byłby go zagryzł, gdyby nie interweniował Piotrek. Piotrek wrzeszczał na wilczura i biegł za nim, ale on wcale nie słuchał, bo wpadł w jakiś amok. Dogonił go i wziąwszy Donalda na ręce  przyniósł do domu. Piesek miał dużą ranę i trzeba było szybko jechać do weterynarza. Rana została zaszyta, ale strach przed dużymi psami został Donaldowi do końca życia. Kiedy nasz pies Cezar zerwał się i zaczął latać po całym ogrodzie, Donald uciekł gdzieś i nie można go było znaleźć. Wszyscy martwili się o niego i szukali pieska. Dopiero wieczorem przyszedł nie wiadomo skąd z wywieszonym jęzorkiem, bo bardzo chciało mu się pić. Piotrek krzyczał na niego i uderzył go lekko, bo się martwił, że stracił psa. Donald tak się na niego obraził, że przez cały dzień wcale się do niego nie odzywał, cały dzień leżał na posłaniu  i nie poszedł do jego warsztatu. Dopiero następnego dnia, gdy dostał pyszną kość wybaczył swojemu panu.
    

poniedziałek, 9 marca 2015

Pani gospodyni oddała Kropeczkę, Murzyna i Tuptusia.

Kotki wraz z ciotką Murzynem przeniosły się na dół do stodoły. W stodole było dużo słomy po jednej stronie i niewielka ilość siana po drugiej stronie. Tuż przy drzwiach było dużo przestrzeni, gdzie gospodyni ustawiła miski z karmą i mlekiem dla kotów. Drzwi do stodoły były przez cały czas uchylone, żeby koty mogły swobodnie wchodzić i wychodzić. Kiedy pogoda na dworze była ładna, bawiły się na powietrzu  wszystkie razem. Często jednak padał deszcz, wtedy szybko umykały do środka. Czasami przychodziła do nich Mama Lucyna. Ciotka  Murzyn złościła się na nią i wyganiała  ją w dalszą część stodoły. Dzieci szły za nią i kładły się koło niej. Jak były głodne karmiła je. Po jakimś czasie wróciła na dobre i już nie latała za kotami. Justynka przynosiła różne smakołyki, które pałaszowały także inne koty, aż im się uszy trzęsły. Lucyna  chodziła też często na polowanie i przynosiła swoim dzieciom pyszne myszki. Siedziała wtedy nieruchomo w wysokiej trawie, czekając na zdobycz, tylko jej uszy z daleka było widać. Wieczorem wszystkie koty wychodziły ze stodoły i spacerowały po całym ogrodzie. Jak było ciepło układały się wszystkie na chodniku i tak leniwie wygrzewały się w słońcu. Pani gospodyni często wynosiła im różne smakołyki. Czasami dostawały kości, które głośno chrupały. Bardzo rzadko dostawały mięsko. Pani gospodyni bardzo się martwiła co ma zrobić z taką dużą ilością kotów. Poszła raz do sąsiadki i zapytała, czy nie zechciałaby wziąć na wychowanie choć jednego kotka. Po pewnym czasie znalazła kogoś kto chętnie chciałby zaopiekować się jej ulubieńcami. Do domu przyjechał z Myślenic młody policjant i chciał wziąć ze sobą trzy kotki. Zaczęło się łapanie maluchów do worka. Kotki uciekały i chowały się przed właścicielką i nie łatwo było złapać je. Wreszcie udało się złapać wszystkie. Pan policjant wziął Tuptusia. Kropeczkę, i Murzyna. W domu zostały tylko Szaruś i Misia.
  

Obóz charcerski

Jak co roku w wakacje,tak i teraz byłem na obozie harcerskim. Obóz trwać miał 3 tygodnie, niestety nasze plany popsuła brzydka pogoda i dla większości skończył się on już w drugim tygodniu.
Obozy harcerskie są dla mnie swego rodzaju sprawdzeniem siebie i swoich umiejętności pod każdym względem. Na obozie takim potrzebna jest siła fizyczna np. podczas pionierki, jak i psychiczna kiedy to trzeba zmagać się z przeciwnościami i wspierać młodszszych harcerzy w trudnych dla nich sytuacjach.
Tegoroczny obóz zaliczam do udanych pomimo złej pogody oraz nieodpowiedniego miejsca na podobóz "Valinor". W tym roku jak nigdy wcześniej było na prawdę ciężko... Przez deszcz, który padał dnie i noce wielu zajęć nie udało się przeprowadzić, ale to miało swoje plusy. Czas jaki spędzilibyśmy na zajęciach wykorzystywaliśmy w inny sposób np. zbieraliśmy się wszyscy w jednym z namiotów i tam przy akompaniamencie gitar śpiewaliśmy o górach, miłości, harcerskiej służbie i braterstwie.
W niezwykłej atmosferze 2 tygodnie minęły jak jeden dzień, ciężko się było rozstać. Ten krótki czas wystarczył abyśmy zaprzyjaźnili się i dobrze razem bawili. Nie było jednak nad czym płakać bo wraz ze swoim plecakiem, do domu przywiozłem także mnóstwo wspomnień, niezapomnianych wrażeń oraz kontakty do harcerek i harcerzy, z którymi spędziłem niezwykłe 2 tygodnie.

piątek, 6 marca 2015

Adaś na obozie charcerskim

Zbliżało się lato. Adaś wraz z innymi harcerzami wyjechał na obóz, na Mazury. Namioty rozbili nad pięknym i tajemniczym jeziorem Ryńskim.
Pomimo wielu obowiązków związanych z życiem obozowym miło spędzali czas. Spacerowali po lasach, kąpali się w jeziorze, pływali na żaglówkach, a przede wszystkim obserwowali zwierzęta i rozpoznawali ich ślady. Każdy był uważny i ostrożny, ponieważ od tego zależało, czy zostanie mianowany odznaką tropiciela. Pewnego dnia podczas obiadu, chłopcy zauważyli, że brakuje porcji dla jednego z harcerzy. Ale pomyśleli, że to ich kolega pełniący obowiązki kucharza pomylił się podczas przygotowywania posiłku i nie zaprzątali sobie tym więcej głowy. Lecz, gdy następnego dnia historia powtórzyła się, wszyscy bardzo się przejęli. Każdy w obozie zadawał sobie pytania: Czy to jakiś złodziej grasuje w okolicy? Niektórzy nawet podejrzewali, że to miejscowi chłopcy robią im głupie kawały. Wtedy Adaś wszystkich uspokoił i postanowił, że zajmie się tą sprawą.
Jeszcze tego samego dnia odbyło się zebranie. Wszyscy zastanawiali się kto może być tajemniczym „podkradaczem jedzenia”. Po wspólnych ustaleniach doszli do wniosku, że przestępcą może być jeden z harcerzy. Zorientowali się bowiem, że na zebraniu nie ma jednego z ich kolegów. Był nim Krzysiu Zemgalek, którego przezywali „łakomczuch”. Zrozumieli że to on może być odpowiedzialny za zamieszanie na stołówce.
Adaś wyznaczył osoby do obserwowania kolegi, lecz nikt nie zauważył, aby „łakomczuch” podkradał jedzenie. Nasz bohater już sam nie wiedział co, o tym całym zajściu myśleć. Siedział właśnie na kamieniu, nad brzegiem jeziora, gdy podbiegł do niego jeden z harcerzy i wysapał:
- Adasiu, ja w nocy słyszałem jak coś tam… w namiocie kuchennym… coś szeleściło i mlaskało…a a ale ja się bałem wyjść w nocy, żeby ci powiedzieć i mówię ci teraz. Czy to się na coś przyda?
- Oczywiście Mieciu, bardzo mi pomogłeś. Następnym razem nie bój się, to na pewno nic groźnego… Aha i powiedz chłopakom żeby za pięć minut stawili się u mnie w namiocie!
Już za chwilę wszyscy znaleźli się w wyznaczonym miejscu. Adaś ustalił z pozostałymi chłopcami kilka ważnych rzeczy. Uzgodnili, że jeśli „podkradacz jedzenia” zjawia się w nocy, jak to mówił Miecio, trzeba będzie obstawić wartę i obserwować. Chętni zgłosili się do czuwania i ukryli się w pobliskich zaroślach.
Z samego rana Adaś niespokojny, że coś mogło się stać pobiegł zobaczyć co z kolegami. Okazało się, że ochotnicy, którzy tak chętnie zgłosili się do pilnowania namiotu, smacznie sobie spali i co chwila pochrapywali. Adaś postanowił, że tej nocy to on będzie czuwał, razem ze Staszkiem Burskim.
Zbliżała się noc… Chłopcy przygotowali się i po mimo tego, że oczy kleiły im się ze zmęczenia j byli bardzo czujni. Nagle, coś w oddali zaczęło się ruszać i szeleścić! Z gąszczy wyskoczył pies. Ogromny pies. Adaś wraz ze Staszkiem wystraszyli się. Pies wczołgał się pod pod płachtę namiotu i zaczął swoje poszukiwania. Chłopcy obmyślili plan. Gdy pies wychodził na zewnątrz, chłopcy złapali go w koce. Plan się udał, przestępca został schwytany!
Następnego dnia wszyscy byli ciekawi czy chłopcom udało się złapać złodzieja… Gdy w namiocie Adasia zobaczyli psa, od razu go polubili. Podobnie jak pies, który polubił harcerzy.
Gdy wracali do Warszawy zabrali ze sobą nowego towarzysza, ponieważ jak dowiedzieli się, był bezpański. Od tego czasu został ich obozowym psem. Lecz teraz to on pilnował, aby nikt niczego nie podkradał.

środa, 4 marca 2015

Przygoda cioci Basi w parku.

     Wreszcie nadeszły piękne słoneczne dni. Rozpoczęły się wakacje. Justynka 26 lipca zawsze obchodzi swoje urodziny. Postanowiła zorganizować przyjęcie. Na tę uroczystość zaprosiła ciocię Basię z Warszawy. Zamówiła piękny i pyszny tort  w znanej i wypróbowanej cukierni. Impreza odbyła się  w sobotę w domu rodziców. Ciocia Basia miała przyjechać pociągiem w piątek wieczorem. Na dworzec po ciocię wyjechał samochodem Piotrek razem z Wojtusiem. Kiedy przyjechali do domu uradowany pies Donald witał się z ciocią. Skakał do góry i szczekał bardzo głośno jak wariat. Dostał za to do miski bardzo smaczną karmę, którą ciocia specjalnie dla niego kupiła w TESCO. Na drugi dzień rano Piotrek wykąpał Psa Donalda, żeby pachniał i wyglądał ładnie, bo wybierali się z nim razem na przyjęcie. Na dworze zrobiło się chłodno i Donald trząsł się cały z zimna. Podszedł blisko do cioci i zaglądając jej w oczy mówił: Zobacz jak mnie potraktował. Teraz cały trzęsę się z zimna. Ciocia pogłaskała i przytuliła pieska mówiąc do niego pieszczotliwe słowa. Piesek po pewnej chwili uspokoił się i przestał się trząść. Po południu ubrani ładnie pomaszerowali na imprezę. Justynka dostała mnóstwo fajnych prezentów. Była z nich bardzo zadowolona. Pies Donald siedział cicho pod stołem i nikomu nie przeszkadzał. Dostawał za to bardzo pyszne kąski z gościnnego stołu.  Ciocia opowiedziała wszystkim o przygodzie, która ja spotkała w parku w Warszawie. Było jej smutno i źle samej w pokoju, więc wybrała się do parku na spacer. Usiadła sobie na ławce, zamknęła oczy i zamyśliła się. Wtem poczuła zimno na swoich  kolanach i od razu pomyślała, że pewnie ptaszek jej narobił i bała się otworzyć oczu. Kiedy je otworzyła jakież było jej zdziwienie, bo  zobaczyła małą rudą wiewiórkę, która siedziała na ławce i przednie zimne łapki trzymała na nodze cioci. Kiedy zeskoczyła na ziemię na jej miejsce wskoczyła jej towarzyszka i popatrzywszy cioci głęboko w oczy powiedziała:" nie martw się życie jest piękne. Wszystko będzie dobrze" i  poszła w ślady tej pierwszej. Ludzie w parku patrzyli na ciocię z sympatią, bo nie każdemu często zdarza się taka historia.

Kot Lucyna to zła matka, dobrze, że zastąpił ja Murzyn.

     Po miesiącu kotki bardzo urosły, ale potrzebowały jednak opieki mamy, a Lucyna zaczęła znów chodzić na randki. Do domowego ogródka zaczęły schodzić się różnego rodzaju i maści kocury. Lucyna porzuciła swoje małe i zajęła się randkowaniem. Ciotka Murzyn rozpoczęła opiekę nad małymi. Podczas jej nieobecności zajmowała się nimi jak mogła najlepiej: karmiła je, pilnowała, wyprowadzała na spacer. Lucyna wpadała tylko na chwilę żeby zobaczyć jak jej to idzie i pędziła do kocurów. Całe otoczenie było wzburzone i bardzo krytykowało zachowanie Lucyny. Ciotka Murzyn wieczorem, gdy już robiło się ciemno zachęcała kotki do wchodzenia na strych. One nie chciały się słuchać. Bawiły się figlowały i skakały bez przerwy. Wreszcie napominane i nawoływane przez Murzyna wchodziły na górę. Kiedy już dorosły i mogły jeść wszystko, szły do kociej miski i jadły pyszną i pożywną karmę. Lucyna chodziła na polowanie i przynosiła duże ilości myszy, które układała na trawie obok chodnika. Łapała też i przynosiła niestety różnego rodzaju ptaszki. Najczęściej przynosiła Szpaki. Lucyna była faworyzowana przez swoją panią Justynę, dlatego tylko ona mogła wchodzić do domu. Inne koty tego nie mogły, bo nikt ich nie zapraszał. Były wręcz wyganiane. W domu czekała na Lucynę miska pełna łakoci, dlatego Lucyna była bardzo wypasiona. Była bardzo ważna i zarozumiała.  Miała swoje kocie humory. Nie lubiła jak się ją  głaskało. Gryzła wtedy i drapała. Inne kotki łasiły się do nóg, wskakiwały na kolana, a ona nigdy tego nie robiła. Lucyny nikt nie lubił. Murzyn był zupełnie innym kotkiem. Tego kotka wszyscy lubili bo miał dobre serce.

Kotka Lucyna - najlepsza ulubienica Justynki.

     Justyna dostała szarego kota od swojego narzeczonego. Dała jej na imię Lucyna. Bardzo dbała i kochała tego kotka. Po kilku miesiącach zauważyła, że kot stał się grubszy. Pewnie będzie miał małe kotki pomyślała  i dbała o nią jeszcze bardziej. Przed samym urodzeniem Lucyna zniknęła nagle i nie wiadomo było gdzie się znajduje. Po kilku dniach znalazła ją mama Justyny na strychu z piątką małych kociąt. Po trzech tygodniach wyprowadziła je na dwór znosząc je po kolei  w zębach po drabinie. Najpierw zniosła Tuptusia, potem Szarusia, następnie Murzynka, Kropeczkę i Misię. Justynie bardzo się podobały te małe puchate kociaki. Najbardziej polubiła Misię. Kotki bawiły się na trawie, tuż przy drabinie. Ciepłe słoneczko ogrzewało je ze wszystkich stron. Lucyna bardzo uważnie obserwowała swoje potomstwo i miałczała, jak ktoś zbliżał się do nich. Lizała je pieszczotliwie po futerku i karmiła, żeby nie piszczały. Nagle z podwórka przyszedł zaciekawiony pies Donald. Lucyna to od razu zauważyła. Nastroszyła się tak, że stała się dwa razy grubsza i mrauczała ostrzegawczo. Pies nic sobie z tego nie robił i podchodził zaciekawiony, żeby z bliska zobaczyć całą kocią rodzinę. Nagle Lucyna skoczyła i pognała za ciekawskim psem. Musiała go uderzyć w ogon pazurami bo płakał i uciekał daleko. Kotka zadowolona, że odegnała intruza wróciła do dzieci i zajęła się od nowa karmieniem kociąt. Do kociej rodziny przyszła również starsza kotka- ciotka  Murzynka i z zazdrością obserwowała jak Lucyna karmi swoje małe. Popatrzyła na nie i odeszła dalej, żeby nie przeszkadzać młodej mamie. Nagle słoneczko zaszło i zrobiło się chłodno. Nadpłynęła czarna chmura i zaczął kropić  deszczyk. Kocia mama skończyła karmienie i zaczęła zachęcać swoje małe, żeby wchodziły na strych po drabinie. Misia i Szaruś wspinali się powoli po drabinie, a Murzynek z Kropeczką szykowali się do wchodzenia. Tuptusia Lucyna wzięła w zęby, żeby szybciej znaleźć się na strychu, bo deszcz rozpadał się na całego. Kiedy wspięły się już po drabinie i znalazły się na strychu, zaprowadziła je na swoje legowisko i ułożyła do snu.

Ależ niesamowita historia!

Na obozie harcerskim w miejscowości Przerwanki na Mazurach.
Był słoneczny poranek i szliśmy na śniadanie, obok stołówki. Byłem smutny, bo zgubiłem moje ręcznie dziergane skarpetki. Omijając tablicę ogłoszeń spostrzegłem nowe zawiadomienie. Podszedłem do niego na przerwie obiadowej. Pisało na nim, że ktoś z Obozu w Dole Rzeki znalazł przy miejscu ogniskowym moje skarpetki. Bardzo się z tego powodu ucieszyłem. By je odebrac miałem przyjść jutro o północy z delicjami jako znaleźne pod stary młyn. Wiedziałem, że jeśli kadra mnie nakryje będę miał karę, więc powiedziałem o tym tylko mojemu najlepszemu koledze Jasiowi.
Poszliśmy po delicje i o dwudziestej trzeciej godzinie wyruszyliśmy w drogę. Minęliśmy Obóz w Dole Rzeki i wtedy zlał mnie zimny pot. Tylko jedna osoba z Nadbrzeżnych Obozów miała Fiata 126p. Komendant. Wiedziałem, że to on, ponieważ tylko harcerze mieli tu wstęp. Skoczyliśmy do rowu. Zatrzymał się tuż obok nas. Wpadł mi do głowy głupi pomysł. Wysiadł z samochodu. Szybko skoczyliśmy do środka i odjechaliśmy. Jaś potrafił prowadzic, gdyż jego ojciec ma taki sam samochód. Byliśmy tak podekscytowani, że podjeżdżając pod młyn prawie rozjechaliśmy żabę.
Transakcja odbyła się pomyślnie i już odjechaliśmy. Nagle rozległ się najnowszy hit Justyna Biebiera. To dzwonił telefon komendanta. Odetchnęliśmy z ulgą. Dzwonił nasz druh drużynowy. Wiedzieliśmy, że się nie wygada. Powiedzieliśmy mu wszystko. Powiedział, że postara się żeby nikt się o nas nie dowiedział.
Następnego dnia z namiotu kadrowego wychodziły dźwięki niedowierzania, ale żaden odgłos uwierzenia. Nikt się nie dowiedział o naszym nocnym wypadzie. To była naprawdę niesamowita historia.

wtorek, 3 marca 2015

5 - Pies Donald walczy o miejsce w sercu swojego pana.

     Pies Donald wrócił z wycieczki w góry i był wierny swojemu panu. Pamiętał o tym, że jego dobry pan odnalazł go i przywiózł z powrotem do domu. Teraz częściej bawił się z małym Wojtusiem, bo ten zamieszkał razem z mamą w domu Piotrka. Chłopczyk zabierał go do swojego pokoju i opowiadał mu o wszystkim, a pies leżał, słuchał i uśmiechał się do niego. Kiedy było ciepło Piotrek rozkładał na trawie namiot i dziecko bawiło się wraz z pieskiem w środku namiotu. Mieli także powieszony hamak, na którym czasami leżał Wojtuś. Czasami wyciągał duży materac dmuchany i układał go na trawniku. Chłopczyk kładł się razem z pieskiem na nim i się opalali. Bywało często, że do tego materaca zbliżały się zaciekawione koty, ale pies Donald gonił je, a one szybko umykały przed nim. Nie lubiły go bardzo za to. Nie pozwalały, żeby Donald zbliżył się choć na parę metrów do małych kotków, które właśnie się urodziły. Pewnego dnia zdarzył się incydent, o którym opowiadał potem Piotrek. Piotrek postanowił wziąć ze sobą na żwirownię, która znajdowała się tuż za domami, dużego psa Wilczura o imieniu Cezar i naszego małego bohatera Donalda. Cezar jak przystało na wilczura był duży i wyglądał bardzo groźnie, dlatego założył mu kaganiec i obrożę. Mały piesek biegał luzem. Kiedy Zobaczył, że jego pan bierze ze sobą na spacer innego psa bardzo się zdenerwował i postanowił odgonić od niego tego intruza. Rzucił się na niego z groźnym warczeniem obnażając przy tym wszystkie swoje zęby. Dobrze, że Piotrek trzymał mocno Cezara, bo dla Donalda mogła ta przygoda skończyć się bardzo źle. Zdenerwowany Cezar próbował wyrwać się z silnego uścisku swojego pana chcąc  dosięgnąć swoimi mocnymi zębami małego pieska. Mały Donald w tej sytuacji powiedział swojemu panu, że on nigdy by go nie zdradził i sam nie będzie tolerował żadnych jego zdrad i żeby jego pan o tym pamiętał. Piotrek bardzo się z niego śmiał i zapewniał go potem o swojej miłości. Przepraszał go za chwilowe zapomnienie, za chwilową zdradę.

poniedziałek, 2 marca 2015

Ogród

Był ciepły, wiosenny dzień. Aniela wyszła do ogrodu i spojrzała na kwiaty. Westchnęła w duchu. Otuliła się szczelniej szalem. Z domu usłyszała krzyk mamy.
- Anielko, wzięłaś szal? Nie wolno ci wychodzić na dwór w zbyt lekkim stroju.
- Tak, pamiętam, mamo. Jestem ciepło ubrana. – odkrzyknęła dziewczyna i jeszcze raz westchnęła.
Jakże chciałaby być taka jak jej rówieśnicy, biegać, skakać, tańczyć i żyć pełnią życia! Nie miała jednak na to żadnych szans. Kilka lat wcześniej zachorowała na jakąś rzadką i nieuleczalną chorobę. W jednej chwili siłą odebrano jej radość życia. Chciała choć raz wyjść na podwórko bez szala, w jednej tylko podkoszulce, tak jak kiedyś. Mama jednak bardzo troszczyła się o nią, jakby wmawiała sobie, że jej córka dzięki jej troskliwej opiece wyzdrowieje. Lata czterdzieste dziewiętnastego wieku zabierały nadzieję na życie, kobieta ta jednak nie przejmowała się niczym. Trwała w ustawicznej gotowości pomocy córce.
Aniela nieraz myślała, że gdyby nie ogród, którym mogła się zajmować, chyba zwariowałaby z nudów. Często przychodziła tutaj, nawet w nocy wymykała się do swego królestwa.
- Córeczko, chodź, weź leki! – wyrwał ją z zamyślenia głos mamy. Dziewczyna weszła po schodach na werandę i poszła do kuchni.
- Dobrze, mamo. Ale pozwól mi zostać w ogrodzie bardzo długo.
- No cóż, dobrze. – powiedziała z niechęcią stara kobieta.
Aniela uśmiechnęła się i wypiła syrop, połknęła tabletki i spojrzała na matkę. Ta jednak nie patrzyła na Anielę, a krzątała się niby beztrosko po pomieszczeniu. Dziewczyna zauważyła, że matka ma zaczerwienione oczy i ręce drżą jej dziwnie.
Dziewczyna przetarła oczy i zeszła z powrotem do ogrodu. Spojrzała na piękne róże, które musiały zakwitnąć dopiero dwa dni temu. Potem przeniosła wzrok na lilie wodne, sunące leniwie po sadzawce przy lekkim zefirku. Aniela usiadła na ławeczce w cieniu lipy i przyglądała się po kolei każdej roślince, a zdawało jej się, że każda z nich woła: „Popatrz na mnie, to ja jestem najpiękniejsza!”.
- Ach, jak tu cudownie! – szepnęła wzruszona dziewczyna i zdało jej się, że najbliżej kwitnąca piwonia odpowiedziała:
- To nasza zasługa, twoja i moja!
Aniela uśmiechnęła się blado i pomyślała o śmierci. Ostatnio coraz częściej o niej rozmyślała, bo z każdym dniem czuła się słabiej.
- Jak tam jest? Może tak, jak sobie tylko mogę wyobrazić? A może to ogród, pełen pięknych kwiatów, jeszcze cudowniejszych od tych, choć to chyba niemożliwe? Czy może ciemność otacza wszystko, a jedynie On jest jasny, i do Niego idą wszystkie dusze? – zwróciła się Aniela do krokusa.
- Tam jest tak, jak tylko chcesz... Pomyśl, jak ma być, a tak będzie... – zaszumiała sennie lipa.
Dziewczyna spojrzała z ukosa na stare drzewo.
- Tak myślisz? I czy jeśli wyobrażę sobie mój własny, ziemski ogród, to niebo stanie się nim?
- Aniela, bój się Boga! – krzyknęła matka. – Znowu rozmawiasz z drzewem! Ile razy mam ci powtarzać, że to niedorzeczne?
- Kiedy mi to pomaga, mamo. I im też. Czują się doceniane i lepsze.
- Nie obrażaj Stworzyciela! To On opiekuje się tym wszystkim, a ty Mu nie pomożesz, gadając na próżno! – mama była bardzo rozgniewana. Weszła z powrotem do domu i zaczęła coś nucić.
- No i widzicie? Ci dorośli nic nie rozumieją. Dlaczego mama zabrania mi rozmawiania z wami? – zapytała Aniela tulipanów. Spojrzała tęsknie na dom, ale po chwili była pogrążona w śnie.
Nie słyszała nawet, jak podeszła do niej mama i jak próbowała ją obudzić. Tylko otworzyła jedno oko i popatrzyła na swoja rodzicielkę. Ta uśmiechnęła się promiennie i stwierdziła, że czas już wracać do domu.
- Wstawaj, córciu. Już dość się nasiedziałaś w ogrodzie.
Aniela spojrzała jeszcze raz na rośliny i ruszyła za mamą.

Niesamowita przygoda

Byłem na łące. Moje ciało spoczywało na ziemi. Wokół mnie rozciągały się piękne, kolorowe dywany kwiatów. Wyglądały wprost czarująco. Tworzyły armię, która groźnie patrzyła na każdego jej wroga. W oddali widoczne były potężne, liściaste drzewa. Ozdabiały to miejsce nadając mu tajemniczego uroku. Leżałem i patrzyłem na bezchmurne niebo. Tylko nieliczne obłoczki przelatywały mi przed oczami. Wyglądały niczym małe, niewinne ptaki, które spokojnie i ociężale sunęły po niebie. Słońce było w swym najwyższym punkcie – osiągało zenit. Jego promienie padały prosto na moją twarz, na oczy. Miałem je więc na wpół zamknięte. Gdy tak spokojnie leżałem i rozmyślałem o najróżniejszych, sprawach w oddali, między drzewami dostrzegłem małą postać. Była daleko, ale jej twarz widziałem tak dobrze, jakby stała obok mnie. Miała długie, rozwiane, blond włosy, duże, błękitne oczy, mały, dziecięcy, lekko zadarty nosek oraz prawie nie widoczne, blade usta. Jej twarz była opalona, lekko się rumieniła. Była niska. Wyglądała bardzo przyjemnie. Przez pewien czas staliśmy i patrzyliśmy na siebie. Nie mogłem nic powiedzieć, gdyż nawet nie wiedziałem kim jest, ale „coś” podpowiadało mi, że już ją znam. Po dłuższej chwili namysłu, gdy chciałem wydusić z siebie słowo i zapytać „Kim jesteś?”, ona spojrzała na mnie i czułem, że wdziera się w głąb do mojego umysłu, do moich myśli. Poczułem się dziwnie. Moje ciało było chłodne, a ona nadal spoglądała na mnie jej czarodziejskimi oczami. Dziwny dreszcz przeszył mi plecy. Zakręciło mi się w głowie, a następnie bezwładnie upadłem na ziemię. Potem straciłem wszystkie myśli. Mój organizm wędrował gdzieś daleko, daleko... Chłodne krople deszczu padły mi na czoło. Ocknąłem się i zauważyłem, że pada deszcz. Niebo wyglądało bardzo groźnie jakby się gniewało. Wstałem i pośpiesznie pobiegłem do domu. Długo się zastanawiałem, kim była ta tajemnicza dziewczynka. Myślę, że była to bardzo emocjonująca historia, chociaż nie jestem pewny czy zdarzyła się naprawdę. Może to tylko moja bujna wyobraźnia...