W nowym miejscu musiałam zaczynać od nowa. Miałam jakąś pracę,
dlatego zbierałam pieniądze i inwestowałam tylko w swoje mieszkanie. Rodzina w
niczym mi nie pomogła. Wszystko mi się waliło. Po ludzku nic mi nie wychodziło.
Dlatego przytuliłam się do Boga, bo tylko w nim miałam nadzieję. On ze mnie nie
szydził. On mnie nie wyśmiewał, tylko na Niego zawsze mogłam liczyć. Byłam po
ciężkich doświadczeniach i miałam nadszarpnięte nerwy, dlatego postanowiłam
pojechać do Lourdes. Dowiedziałam się od pewnej siostry o Ks. Stanisławie
Ładzie, który organizuje taką pielgrzymkę we wrześniu w Gdańsku. Zadzwoniłam do
niego i zapisałam się. Ks. Stanisław jest osobą, która pomaga, rozumie i kocha
jak widziałam i doświadczałam osobiście
osoby niepełnosprawne. Pielgrzymka trwała trzy tygodnie i była
fantastyczną przygodą, której każdemu
życzę. Warunki na tej pielgrzymce były spartańskie, bo nie zawsze nocowaliśmy w
hotelach pięciogwiazdkowych. Śniadania i obiady jedliśmy na postojach. Składały
się one z kanapek, które własnoręcznie robiliśmy. Byłam zawsze chętna do
pomocy. Obiadokolacje jedliśmy na gorąco
w miejscu noclegowym. W autokarze
spędzaliśmy dużo czasu, gdzie ksiądz puszczał nam filmy i opowiadał o
miejscach, które będziemy odwiedzać. Dwa razy nocowaliśmy w opactwach
Benedyktyńskich, w których karmili i gościli nas Benedyktyni. To były
wspaniałe wrażenie, których nie zapomnę. Byliśmy w Ars, Taize, Lisieux,
Paryż i Lourdes, po kilka dni w każdej
miejscowości. Wróciłam do Polski trochę zmęczona, bo przejechaliśmy sześć i pół
tysiąca kilometrów, ale bardzo szczęśliwa. Przywiozłam trochę pamiątek i wodę z
Lourdes, na którą wiele ludzi czekało. Każdej osobie niepełnosprawnej bym
poleciła pielgrzymkę z Księdzem Stanisławem Ładą.
poniedziałek, 20 kwietnia 2015
Fajne przygody w latach szkolnych.
Młodzież buntowała się i niektóre
siostry, które coś sobie zaplanowały względem nas, nic nie zrealizowały.
Siostry chciały działać po zakonnemu, a młodzież chciała żyć normalnie. Mieliśmy
też orientację przestrzenną, na którą wyjeżdżaliśmy do Warszawy i uczyliśmy się
poznawać topografię miasta. W ostatniej klasie szkoły średniej pojechaliśmy
wszyscy razem na wycieczkę w góry. Tam przez kilka dni chodziliśmy po górach i
zwiedzaliśmy tamtejsze okolice. Po
ukończeniu szkoły zostaliśmy na dwutygodniowe praktyki i każdy pracował w swoim
zawodzie. Ja ze swoimi koleżankami i kolegami pracowałam na dziewiarni. Po
praktykach można było pojechać na obóz pod namiot, który miał miejsce w Białce
Tatrzańskiej. Chodziliśmy też po górach i wypoczywaliśmy nad wodą, gdzie
mieliśmy rozłożone namioty. Śniadania i kolacje organizowaliśmy sobie sami, a
na obiad chodziliśmy do góralskiej restauracji. To była też bardzo fajna
przygoda, którą do teraz bardzo miło wspominam. Potem rozjechaliśmy się z żalem
do swoich domów i trzeba było samemu organizować pracę. Ja mogłam tylko na siebie liczyć,
dlatego spróbowałam sił najpierw w Krakowskiej
Spółdzielni dla Niewidomych. Rano wstawałam o 4 i dojeżdżałam do pracy z
jednego krańca Krakowa na drugi kraniec. Ciężko mi było, bo nie było gdzie
mieszkać. Postanowiłam się przenieść do Warszawy i tu zostałam do dzisiaj. Ponad
jedenaście lat mieszkałam w bursie, a potem kupiłam mieszkanie na Ochocie i
zamieszkałam na swoim. Tam trafiłam pechowo, bo nade mną mieszkał człowiek
chory na schizofrenię. Notorycznie mnie zalewał, aż tak mnie urządził, że
zebrałam wszystkie siły i przeniosłam się na Pragę. Tutaj powoli dochodzę do
siebie po tych strasznych przejściach.
Fajne wspomnienia o szkole.
W Laskach mieliśmy bardzo dobre powietrze,
bo zakład dla niewidomych był usytuowany na skraju Puszczy Kampinowskiej. Do
wymagań i dyscypliny trzeba było się przyzwyczaić i można było żyć. Jeśli
chodzi o jedzenie, to nie było grymaszenia. Trzeba było pałaszować wszystko, co
było w jadłospisie. A jeśli ktoś grymasił, to był karany i powoli musiał się
przyzwyczaić do wspólnego jedzenia. Były też czasy, że wszyscy bez wyjątku
musieli pić tran, po jednej łyżce rano przed jedzeniem. Dla mnie to było
obrzydliwe, że zapamiętałam to sobie i
wspominam do dzisiaj. Wśród młodzieży
tworzyły się pary, z których powstały małżeństwa i urodziły się dzieci. Były
organizowane zabawy taneczne przy magnetofonie, a czasami zdarzało się że
przyjeżdżali do nas żołnierze z jednostki wojskowej i grali nam do tańca. Nie
wolno było za bardzo przytulać się do chłopaka, bo zaraz wychowawczyni
przywoływała do porządku. Pan Marek zorganizował raz rajd nocny, na który poszli chłopcy i
dziewczęta. Pod ochroną nocy można było potrzymać ukochanego za rączkę i
przytulić się do niego. Szliśmy drogą Sierakowską do Sierakowa i z powrotem.
Wszyscy stawili się na miejsce i nikt
się nie zgubił. Poza ogrodzeniem zakładu była Góra Ojca, z której zjeżdżaliśmy
często na sankach, jak dosypało śniegu. Na placu pod lasem było też lodowisko,
gdzie próbowałam jeździć na łyżwach. W lecie można było jeździć po drogach na
wrotkach. W średniej szkole uczyłam się
pracy na maszynie dziewiarskiej. Pod koniec szkoły można było coś zrobić dla
siebie na pamiątkę. Przed pracą Siostra Amata zawsze się z nami modliła. W trakcie
przerywała pracę i odmawialiśmy Anioł Pański.
czwartek, 16 kwietnia 2015
dzieciństwo pełne przygód..
W Laskach mieliśmy
własną kotłownię, pralnię, piekarnię, w której był pieczony bardzo dobry chleb.
W podwórzu siostry hodowały kilka krów. Były też konie. Jeśli ktoś zachorował
wybierał się do działu lekarskiego. Tam lekarz kierował osobę chorą do infirmerii.
Później został zbudowany duży szpitalik. Mieliśmy też dom rekolekcyjny. Do
którego przyjeżdżał do nas czasami,
teraz Sługa Boży Stefan Kardynał Wyszyński. Pamiętam też, że jak byłam w drugiej klasie szkoły
podstawowej przyjechał do nas biskup z Krakowa Karol Wojtyła. Zebraliśmy się
wszyscy na sali w Domu Dziewcząt. Na tejże sali były też organizowane różne ważne spotkania z aktorami
i reżyserami. Młodzież i dzieci brały udział w organizowanych przedstawieniach.
Bardzo często Wychowawcy organizowali również zabawy taneczne, na które przychodziły dzieci
i młodzież. W kaplicy zakładowej były odprawiane Msze i nabożeństwa. Tuż koło
Domu Dziewcząt znajdowało się Przedszkole, do którego trafiały małe niewidome
dzieci. Liceum i Szkoła Zawodowa znajdowała się w Jabłonkach. Była też
biblioteka, warsztaty dziewiarskie i tuż przy Domu Chłopców warsztaty, gdzie
uczono ślusarstwa, szczotek i drewna. Kiedy podążało się aleją lipową, po
prawej stronie znajdował się duży sad, gdzie na jesieni były bardzo pyszne
jabłka. Po lewej stronie rosło zboże. Cały zakład był opasany murem, który
trochę chronił przed nieproszonymi gośćmi. Ciocia Basia kiedy była mała
uczęszczała do zuchów i zdobywała sprawności. Kiedy już dorosła zapisała się do
harcerstwa. Grupa, w której była i żyła była bardzo rozśpiewana. Często brała
udział w różnych konkursach i zdobywała wyróżnienia. Jako harcerze bawili się w
podchody, wyjeżdżali na obozy harcerskie i również brali udział w różnych wędrówkach
po Puszczy Kampinowskiej. Chodzili na biwaki. brali udział w różnych rajdach.
Zycie było bardzo ciekawe i pełne przygód.
środa, 15 kwietnia 2015
Moje wspomnienia z dzieciństwa.
Ciocia Basia w Laskach uczęszczała do
szkoły, od drugiej klasy szkoły podstawowej do ukończenia szkoły średniej.
Miała tam bardzo dobrą opiekę. Siostry Franciszkanki Służebnice Krzyża
zajmowały się bardzo dobrze wszystkimi dziećmi. Cała młodzież była dobrze i
zdrowo żywiona. Myślę, że w domu w tych ciężkich czasach, jakie wtedy były, mogło
być o wiele gorzej. Dziewczęta mieszkały osobno w Domu Dziewcząt, a chłopcy, w
Domu Chłopców. Do szkoły dzieci przemierzały niewielki kawałek drogi, gdzie
uczyły się do obiadu. Potem wracały do swoich domów i jadły obiad. Potem był
spacer po lesie, dwie godziny odrabiania lekcji i kolacja. Po kolacji trochę
wolnego czasu. Czasami wychowawczyni czytała nam wspólnie książki. Potem mycie
i wszyscy kładli się spać. Cisza nocna następowała o 22. 00. Rano pobudka o
szóstej, ścielenie łóżek, dyżury, śniadanie i marsz do szkoły. Dzieci do rodziny
jeździły tylko na ferie i na wakacje. W internacie oprócz obowiązków szkolnych
miały różne dyżury. Rano zamiatały i odkurzały dywan, zamiatały sypialnie i
korytarze. A Inne dzieci czyściły ubikacje, myły zlewy i wannę. Inne
przygotowywały posiłek dla wszystkich w jadalni, a jeszcze inne zamiatały
schody. Pamiętam, jak w drugiej klasie szkoły podstawowej miałam dyżur zamiatania
schodów i cicho sobie przy tym śpiewałam, to dostałam za to obsztorc, bo do
śniadania trzeba było być cicho jak makiem zasiał. Rano często chodziliśmy na
Mszę do kaplicy domowej. Pamiętam, że wtedy nie robiliśmy dyżurów, bo nie
starczało potem na wszystko czasu. Siostry rano pomagały się dzieciom uczesać
jak miały dłuższe włosy. W niedziele i święta jechaliśmy czasem do Warszawy do
kina, lub na lody. Bardzo lubiłam długie spacery po lesie.
Świąteczne przygotowywanie - to też przygoda.
Ciocia Basia przyjechała na dworzec i
kupiła bilet w kasie. Potem wsiadła do pociągu relacji Kraków- Warszawa. W
przedziale zasiadła przy drzwiach i zaraz zatonęła w myślach. Zaczęła wspominać
jak to kilkanaście lat temu jeździła jeszcze tym pociągiem ze swoim tatą. Teraz
już taty na świecie nie było. Zmarł po długiej chorobie i jechała właśnie po
pogrzebie. Przypominała sobie jak jako mała dziewczynka jeździła tą trasą.
Tacie było bardzo ciężko, bo musiał przemierzać te odległości tam i z powrotem
pociągami, które jeździły o wiele wolniej. Ponieważ nie miał pieniędzy jeździł
często pociągami osobowymi, których podróż w jedną stronę trwała siedem godzin.
Potem zawoził ciocię Basię daleko do Lasek, bo tam uczęszczała do szkoły.
Wielką przygodą dla cioci było jak przyjeżdżała do domu na ferie świąteczne. W
domu panował wielki ruch. Przygotowywano się do Świąt Bożego Narodzenia. Mama
zaczyniała ciasto na chleb w dużym garze i czekała, aż wyrośnie. W drugim
mniejszym garze umieszczała ciasto drożdżowe i też czekała aż wyrośnie.
Międzyczasie gotowała, mieliła i przyrządzała mak na makowce. Tata rozpalał
ogień w piecu chlebowym, po to żeby w odpowiednim momencie włożyć do niego
chleb i dopiero co uformowane ciasta. Oprócz makowców mama robiła też ciasta z
serem i drożdżowe. W domu był taki
rozgardiasz, że lepiej było nie przeszkadzać swoim rodzicom. Cały dzień trwało
takie przygotowywanie. Po upieczeniu chleba i ciast, było wielkie sprzątanie. Tata
chował trzy krowy i miał też dwie świnki. Kiedy przychodziły święta zabijał
jedną i przygotowywał mięso i kiełbasę własnej roboty sam w domu. Często ją
przed samymi świętami wędził. Potem bardzo nam wszystkim smakowała, bo była
dobrze przyrządzona. Mama dawała cioci Basi duży kawałek kiełbasy i kawał
świeżego chleba jak jechała do szkoły. W Święta Bożego Narodzenia wszyscy rano
szli do kościoła, a potem jedli dobry, pożywny obiad i ciasta , które wcześniej
przyrządzili i upiekli rodzice.
piątek, 10 kwietnia 2015
Przygoda z nietoperzem.
Ciocia Basia z nad stawu przeszła do
ogrodu ciągle trzymając na ręku Murzyna. Nagle kotka zaczęła się wyrywać, bo
chciała gdzieś biec. Ciocia dopiero teraz zauważyła, że na drzewie znajduje się
mała czarna wiewiórka. To do niej biegła zwinna kotka. Wspięła się na drzewo i
próbowała ją dogonić. Na szczęście zwierzątko było szybsze i wielkim susem
przeskoczyło na konar drugiego drzewa, które stało niedaleko. Murzyn tego nie
potrafił, dlatego ze smutkiem patrzył za oddalającą się wiewiórką. Późno się
zrobiło, więc szybko szykowała się do spania, bo jutro przecież rano wyjeżdżała
do Warszawy. Położyła się spać i prędko zasnęła. Okno miała uchylone nieco i nigdy by
nie przypuszczała, że coś takiego się jej przydarzy. Nagle się obudziła, bo coś
wpadło przez okno do pokoju, uderzyło o poręcz łóżka i zaczęło latać przy samym suficie. Zaniepokojona
tym odgłosem latania, wstała i zapaliła światło. Jakież było jej zdziwienie,
kiedy zobaczyła nietoperza. Ponieważ bardzo się jej chciało spać postanowiła
szybko pozbyć się intruza. Otworzyła okno na całą szerokość i machając ścierką
wyganiała latającego nietoperza. Ten wystraszony ukrył się w pudełku, które
stało na szafie. Drugi mały nietoperz, który wleciał razem do środka i siedział
cicho na parapecie ze strachu załatwił się i szybko wyfrunął. Rano kiedy wstała,
zrobiła poranną toaletę i zapakowała resztę rzeczy. Zajrzała do swojego nocnego gościa. Ten spał
sobie smacznie i nie miał ochoty opuszczać pudełka. Ponieważ się jej spieszyło
podłożyła pod nietoperza widelec i chciała go tak przenieść na parapet okna. On
jednak był bardzo inteligentny. Złapał
się łapkami za trzonek i w ten sposób wyniosła go na parapet. PPo chwili już go
nie było, bo szybko odfrunął. Pełna wrażeń wsiadła do samochodu Piotrka i przez
całą drogę opowiadała mu o swojej nocnej przygodzie.
Dzień jak co dzień.
Na drugi dzień jako ostatni wygramolił się
na dwór Gerard. Zjadł obfite śniadanie i do południa drzemał na słońcu. Jak już
zaspokoił swoje zapotrzebowanie na sen, postanowił trochę pozwiedzać najbliższą
okolicę. Poszedł przed drzwi frontowe, które prowadziły do domu i spotkał tam
niedużego kurczaka, który właśnie wchodził na górę po schodach. Pipi właśnie wchodziła do kuchni, bo liczyła, że starsza
pani ją czymś poczęstuje. Tak też się stało. Dostała dużą kromkę świeżego
chleba. Podjadłszy sobie poszła do miski, żeby się napić. Potem pomaszerowała
do ogrodu. Po drodze spotkała śpieszącego w stronę domu psa Donalda. Donald
wiedział, że Piotrek znajduje się w kuchni, dlatego postanowił się tam dostać.
Piotrek zajadał coś smacznego i siedział przy stole. Pies położył się przy
krześle i zamyślił się głęboko. Ciocia w tym czasie pakowała w pokoju swój
plecak, bo niedługo wybierała się do Warszawy. Kotka Ciotka Murzyn o tym
wiedziała i postanowiła odwiedzić ciocię Basię w pokoju. Weszła po schodach, przeszła przez
sień i dostała się do kuchni. W kuchni, gdy przechodziła obok psa Donalda
zatrzymała się zatrwożona, bo ten zaczął na nią warczeć. Przeszła jednak dalej
do pokoju, gdzie czekała na nią ciocia Basia. Potem w pokoju wskoczyła na łóżko
i przytuliła się do zamyślonej i smutnej cioci. Siedziały tak dłuższą chwile
jak dwie przyjaciółki. Ciocia przytulała i głaskała ulubionego kotka, a on
oddźwięczał się mruczeniem. Potem wzięła na ręce Murzyna i wyszły na dwór. Tam
spotkały, ciągle przyglądającego się
całej akcji Gerarda. Poszły wolno do
ogrodu, a Kaczor człapał za nimi. Potem przeszły drogą nad staw. Tam Gerard
dołączył do dziewczyn i zaczepił nieśmiało Danutę. Ta uśmiechnęła się do niego
i rozmawiali ze sobą. Wieczorem wrócił na podwórko w zupełnie innym nastroju.
Nie czuł się taki samotny, bo zaprzyjaźnił się z Danutą.
Nowy kaczor Gerard i jego samotność na podwórku.
Benedykt długo opłakiwał swoją ukochaną i
dzieci, które się nie wykluły. Trudno go było udobruchać. Klementyna tłumaczyła
mu i pocieszała jak mogła, ale on ciągle miał smutek na twarzy. Na szczęście
wyszło słońce i można było wygrzewać się długo na podwórku. Benedykt już miał
dosyć tego deszczu i zimna. Dziewczyny Klara, Klementyna i Danuta wyruszały
powoli na krótkie spacery do ogrodu i nad staw. Benedykt chodził razem z
Ryszardem i nie chciał wcale z nimi nigdzie iść. Pewnego razu na podwórku
pojawił się trzeci kaczor o imieniu Gerard. Podobno starsza pani dostała go w
prezencie od swojej zaprzyjaźnionej sąsiadki. Benedyktowi nie spodobał się ten
nowy zarozumiały kaczor i na wstępie spuścił mu lanie, żeby trochę utrzeć mu
nosa. Gerard trochę się wstydził, bo na tę scenę nadeszły dziewczyny i wszystko
widziały. Od tej chwili już nie był taki hardy i nie podskakiwał do kaczorów.
Bardzo nie chciał być sam. Zrobiło mu się bardzo markotno na duszy. Postanowił
zaprzyjaźnić się z dziewczynami. Nie chciał znowu rozdrażnić Benedykta, dlatego
wybrał się na samotny spacer nad staw.
Liczył, że tam może spotka dziewczyny. I tak też się stało. Nad staw przyszły
wszystkie trzy. Podpłynął do nich i zapytał, czy może się przyłączyć.
Dziewczyny nic nie odpowiedziały. Pływał jednak z nimi i chodził również po
ogrodzie. Na podwórko wrócił na samym końcu. Kiedy sobie dobrze podjadł poszedł
spać pod schodami. Na drugi dzień postanowił sobie, że znowu spróbuje. Myślał
długo w noc jak zaimponować dziewczynom. Z wrażenia nie mógł spać, aż zastał go
świt. Dopiero nad ranem trochę przysnął.
Petronela zginęła w nocy...
Deszcz tak lał przez długie dni, że nasza
największa z rzek Wisła wystąpiła z brzegów. Na całej wsi zapanowała bardzo
nerwowa i niepewna sytuacja i atmosfera. Wszyscy bali się, że woda nas zaleje i
pakowali cały swój dobytek i wynosili na strych. Gospodyni głośno się modliła o
poprawę pogody, bo miała przecież spory inwentarz. Bardzo była przywiązana do
krowy Czarnuli i do Biedronki. O kaczki się nie bała, bo te umiały pływać, ale
przecież miała sporo kur. Tereny znajdujące się tuż przy Wiśle zostały
całkowicie zalane, tylko wały chroniły naszą wieś przed zalaniem. Okazało się
że w niektórych miejscach wały zaczęły przeciekać. Wszystkie dzikie zwierzęta,
które zamieszkiwały tamtejsze tereny przemieściły się w pobliże ludzkich domów.
W naszym ogrodzie Kasia z Wojtusiem widzieli kilka sarenek jak stały i szukały
dla siebie schronienia. Zdarzyła się też tragiczna sytuacja, bo w nocy zniknęła
Petronela, która przed oborą wysiadywała jajka. Prawdopodobnie jakiś lis ją
ściągnął z jajek i pożarł, tylko po niej pióra pozostały. Benedykt, bardzo
długi czas ją opłakiwał, bo była dobrze zapowiadającą się kaczą mamą i żoną.
Małgorzata ocalała tylko dlatego, bo kurnik na noc był zamknięty. Teraz tylko
ona wysiadywała jajka i tylko w niej była nadzieja, że będą zaraz wykluwać się
małe. Było bardzo zimno, więc musiała dobrze ogrzewać je, żeby cokolwiek się
wylęgło. Ciocia Basia przez cały czas opiekowała się małym kurczaczkiem, który
niedawno pierwszy wykluł się z jajek, Petroneli. Kurczaczek piszczał i szukał
ciepła, więc ciocia Basia podkładała do pieca co chwilę. Bardzo lubił grzać się
zamknięty w dłoni cioci Basi. Smyrał ją dziobkiem w rękę, bo bardzo lubił to
ciepło, które ogrzewało jego malutkie ciałko. Kiedy wypuściła go z koszyka
biegał po całej kuchni i piszczał.
Modlitwy o poprawę pogody zostały wysłuchane. Na szczęście Wisła nie
zalała naszej miejscowości. Po kilku dniach nareszcie wyszło słoneczko i woda
zaczęła powoli wsiąkać.
Subskrybuj:
Posty (Atom)