Ciocia Basia przyjechała na dworzec i
kupiła bilet w kasie. Potem wsiadła do pociągu relacji Kraków- Warszawa. W
przedziale zasiadła przy drzwiach i zaraz zatonęła w myślach. Zaczęła wspominać
jak to kilkanaście lat temu jeździła jeszcze tym pociągiem ze swoim tatą. Teraz
już taty na świecie nie było. Zmarł po długiej chorobie i jechała właśnie po
pogrzebie. Przypominała sobie jak jako mała dziewczynka jeździła tą trasą.
Tacie było bardzo ciężko, bo musiał przemierzać te odległości tam i z powrotem
pociągami, które jeździły o wiele wolniej. Ponieważ nie miał pieniędzy jeździł
często pociągami osobowymi, których podróż w jedną stronę trwała siedem godzin.
Potem zawoził ciocię Basię daleko do Lasek, bo tam uczęszczała do szkoły.
Wielką przygodą dla cioci było jak przyjeżdżała do domu na ferie świąteczne. W
domu panował wielki ruch. Przygotowywano się do Świąt Bożego Narodzenia. Mama
zaczyniała ciasto na chleb w dużym garze i czekała, aż wyrośnie. W drugim
mniejszym garze umieszczała ciasto drożdżowe i też czekała aż wyrośnie.
Międzyczasie gotowała, mieliła i przyrządzała mak na makowce. Tata rozpalał
ogień w piecu chlebowym, po to żeby w odpowiednim momencie włożyć do niego
chleb i dopiero co uformowane ciasta. Oprócz makowców mama robiła też ciasta z
serem i drożdżowe. W domu był taki
rozgardiasz, że lepiej było nie przeszkadzać swoim rodzicom. Cały dzień trwało
takie przygotowywanie. Po upieczeniu chleba i ciast, było wielkie sprzątanie. Tata
chował trzy krowy i miał też dwie świnki. Kiedy przychodziły święta zabijał
jedną i przygotowywał mięso i kiełbasę własnej roboty sam w domu. Często ją
przed samymi świętami wędził. Potem bardzo nam wszystkim smakowała, bo była
dobrze przyrządzona. Mama dawała cioci Basi duży kawałek kiełbasy i kawał
świeżego chleba jak jechała do szkoły. W Święta Bożego Narodzenia wszyscy rano
szli do kościoła, a potem jedli dobry, pożywny obiad i ciasta , które wcześniej
przyrządzili i upiekli rodzice.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz