Osoby zdrowe, które doskonale radzą sobie z
czynnościami dnia codziennego nie muszą prosić osób drugich o pomoc, jak czynią
to osoby stare i niepełnosprawne. Same kupują, sprzątają swoje mieszkanie lub gotują obiad. Osoby chore potrzebują czyjejś
pomocy. Często, kiedy nie ma najbliższej rodziny trzeba skorzystać z opieki społecznej.
Wówczas okazuje się, że te osoby przychodzące i opiekujące się bardzo nie dorastają do tego, żeby pomagać
słabym i chorym. Często zdarza się że osoby chore są okradane, lub oszukiwane. Ile trzeba znieść
upokorzeń, żeby jakoś przeżyć jeden rok korzystając z opieki, często
nieznających się osób na takiej pomocy.
Jak trudno o dobrych i uczciwych ludzi. Na szczęście nie muszę korzystać z
takiej pomocy. Ale kiedyś przeżyłam coś nieprzyjemnego, kiedy jechałam
pociągiem. Jechałam dopiero w Wielką Sobotę pociągiem do Krakowa, ponieważ
miałam badania w szpitalu i wypisano mnie dopiero w sobotę. Do mojego
przedziału wsiadł mężczyzna po pięćdziesiątce, który jak mówił był śpiewakiem
operowym i w Warszawie odwiedzał swoją mamę. Opowiadał mi o swoich podróżach
zagranicznych i o różnych przygodach. Było bardzo przyjemnie. Ja również mu
trochę opowiadałam o sobie. Powiedziałam, że jadę do rodziny, i że jestem osobą
bardzo słabo widzącą. Ze wzgledu na to nie mogę czytać książek jak inni, ale
korzystam z czytaka. i pokazałam mu jak wygląda taki czytak. Słuchaliśmy przez
chwilę pewnej książki. Ludomir, bo tak miał na imię ten pan pokazał mi swoją
kartę, na której miał też nagrane swoje piosenki. Mnie też poprosił, żebym
wyjęła swoją kartę i pokazała mu. Myśląc, że nie zauważe próbował zamienić
karty po to żeby mieć dla siebie nagrane książki. Ja to zauważyłam i zrobiło mi
się bardzo nieprzyjemnie. Dobrze, że troszkę widzę, bo zaraz zareagowałam i nie
doszło do oszustwa. Ale ile słabych, chorych osób, które polegają na pomocy
drugich zostaje oszukanych. Ile takich ludzi żeruje na biedzie ludzkiej?
Szkoda, że tak się dzieje. W poprzednim poście pisałam o Marianie, który tylko
czekał żeby wykorzystać dziewczynę. Jak trzeba być czujnym, żeby nie paść
ofiarą jakiegoś oszusta?
niedziela, 24 maja 2015
Dobrze, że już sobie poszedł.
Ciocia Basia pomimo, że już dawno mieszka
w swoim mieszkaniu odwiedza często swoją dawną bursę. Pewnego dnia pani, która
pełniła dyżur w recepcji powiedziała jej, że P. Marian zostawił dla niej pewną
wiadomość. Otworzyła kopertę i zobaczyła dwa telefony i prośbę o kontakt.
Osoba, która rozmawiała z kolegą mówiła, że był brudny i źle ubrany. Ponieważ
kiedyś bardzo lubiłam Mariana postanowiłam się do niego odezwać. Zadzwoniłam i
zaprosiłam na obiad do mojego mieszkania. Nie widzieliśmy się prawie
trzydzieści lat i byłam bardzo ciekawa jaki teraz jest ten Marian. Jak mi
wcześniej powiedziała pani z recepcji był brudny i bardzo kiepsko ubrany. Miał
już 60 lat i całkiem siwe włosy. Nie był wcale ładny. Na pierwszy rzut oka nie spodobał mi się. W rozmowie opowiadał o tym, że ma
kochankę, z którą śpi. Przy okazji rozmowy zadzwoniła jakaś druga kobieta, z
którą też się spotykał. Po rozmowie poszliśmy do kościoła na Mszę, bo to była
niedziela. Marian śpiewał tak głośno, że zaczęłam się jego wstydzić. Potem
poszliśmy do parku. Po drodze krzyczał głośno i bardzo przeklinał. Usiedliśmy
na ławce, a on przykleił się do mnie i krzycząc drapał się po głowie, że się
zaczęłam obawiać, żeby i mnie nie oblazły wszy. Kiedy przychodził do mnie kilka
razy i częstowałam go obiadem, a niekiedy kanapkami, jadł tak dużo, że potem
musiał korzystać z toalety. To też mnie bardzo zastanawiało. Niby wykształcony
człowiek, a nie potrafi się w ogóle zachować. Pomimo tego, że spał z jakąś
Janką i spotykał się z Anką, to przyszedł do mnie dwa razy o 21.30 pewnie na
darmowy seks. Postanowiłam dać sobie spokój i rozstałam się z nim. A on
przyszedł przed bursę z tą Anką, żeby pokazać, że wcale mnie nie potrzebuje, bo
ma kogoś. Za kilka miesięcy zobaczył mnie w Tesco i przybiegł do mnie.
Pamiętając jego wcześniejsze zachowania udałam, że go nie poznaję i uciekłam o
mało nie gubiąc nóg do domu, żeby znowu mnie nie nawiedził po 21.30.
piątek, 22 maja 2015
Bociany naprawdę przynoszą dzieci!
Wiosna w Krakowie w tym roku wcale nie była taka ciepła, a pomimo tego bociany do nas przyleciały. Pewnego
dnia wyszliśmy na dwór i zobaczyliśmy kołujące nad domem duże ptaki. Zawołaliśmy
nowożeńców, bo to pewnie do nich miały przynieść małe dziecko. Patrzyliśmy
potem, czy nie zostawiły koszyczka z małym zawiniątkiem w ogrodzie, czy na
balkonie. Ale tym razem nic nie zostawiły. Dały nam tylko nadzieję, że może
kiedyś będzie u nas dzidziuś. I tak też się stało, bo za kilka miesięcy
Justynka obwieściła nam, że będzie dziecko. Przez dziewięć miesięcy z tęsknotą
czekaliśmy na małą dziewczynkę, która wreszcie przyszła na świat 8 maja i dano
jej na imię Blanka. Ubranka, łóżeczko i wózek już czekały na nią. Tatuś
towarzyszył mamusi przy porodzie, co
bardziej scementowało ich związek. Dziadek z babcią od początku bardzo
pokochali swoją pierwszą wnuczkę i spieszyli z coraz nowymi prezentami. Ciocia
Basia ciągle wypatrywała w sklepie nowych ubranek. Kupowała klocki, lalki i
inne zabawki. Ptaki rozglądały
się też za jakimś miejscem na nowe
gniazdko. Szpaki rabusie odnalazły stare gniazdko naszej sikorki i wyrzuciły go
na zewnątrz. Zaczęły budować swoje nowe gniazdko na jej miejscu. Sikorka
przyleciała i musiała szukać sobie nowego miejsca. Szpaki tak hałasowały przy
tym, że zaraz zwróciły uwagę pani gospodyni. Bardzo się to nie spodobało też
innym domownikom. Przy tym zabrudziły ścianę swoimi odchodami i trzeba było ją
czyścić. Piotrek zamknął skrzynkę, żeby tam nie ścieliły gniazdka i odleciały w
inne miejsce. Wróble też poprawiały swoje stare gniazdko i zaczęły znosić
jajka. Nikt ich nie wyganiał, bo były ciszej i nie zostawiały po sobie takiego
bałaganu.
środa, 20 maja 2015
Spotkanie z opętanym.
Ciocia Basia zawsze jak przyjeżdżała do
Krakowa odwiedzała pewne miejsca kultu. Najbliżej miała do Mogiły, gdzie znajduje
się Pan Jezus Mogilski. Cudownym Krzyżem opiekują się do dziś Cystersi. Tam
chodziła na Mszę i modliła się w różnych intencjach. Wiele ludzi wyprosiło tam
sobie potrzebne łaski. Pan Jezus ciocię też wysłuchał wiele razy. Kiedy ktoś
prosił o pomoc, mógł chodzić na kolanach na około krzyża. Innym miejscem kultu
był kościół w Łagiewnikach. Tam jeździła
od momentu wyjścia ze szkoły. Pan Jezus zawsze wysłuchiwał wołania cioci.
Zawsze zachęcała innych do modlitwy i do pielgrzymowania do Miłosierdzia Bożego.
Ostatnio też pojechała na Mszę . Wcześniej
zrobiła zakupy dla mamy w Tesco. Potem tramwajem pojechała na miejsce. Tam
modliła się w kaplicy klasztornej, a potem przeszła do bazyliki na koronkę i
Mszę św. Po koronce rozpoczęła się Msza Św. w trakcie, której zaniepokoiły
ciocię pewne odgłosy, które najpierw wyglądały jak skrzypienie, potem jakby
wiał silny wiatr, a potem ktoś zaczął wyć na cały głos. Najbardziej wył jak
było przeistoczenie. Ludzie pobledli, ale nikt nie reagował, ani się nie
odsuwał od tej osoby. Ksiądz, który odprawiał Mszę też widać się bał, bo głos
mu drżał. Siostra zakrystianka przyszła zaniepokojona, żeby zobaczyć co się
dzieje w kościele. Potem była komunia i na końcu błogosławieństwo. Osoba
opętana przez cały czas wydawała z siebie przerażające dźwięki. Potem te odgłosy
przerodziły się w odgłosy dzikiego zwierza, jakby jakiejś dzikiej bestii. Nie
wiem co się działo potem, bo wyszłam szybko z kościoła. Ale na przystanku
zapytałam panią, która wyszła za mną o wrażenia. Pani też była wstrząśnięta.
Potem starałam się żeby szybko o tym zapomnieć, bo to takie straszne. Nigdy
sama osobiście nie spotkałam osoby opętanej. Wcześniej obejrzałam film Pt: "Egzorcysta".
Który mówił o tym problemie. Pan Dominik Tarczyński przestrzegał ludzi, żeby
uważali i nie wchodzili w kontakt z diabłem, bo to jest bardzo niebezpieczne. Potem
nawet po wyrzuceniu złego ducha długo trzeba się leczyć. Osobom, które są w
stanie łaski Uświęcającej nic nie grozi. Te osoby nie muszą się bać, ale bardzo
trzeba uważać, żeby nie wchodzić w kontakt ze złym duchem.
Nasze przygody z kotkami.
Kotka Lucyna potem przez cały czas opiekowała się dobrze swoimi
dziećmi. Żywiła je przynosząc dopiero co złowione myszy. Pani gospodyni też
dawała jeść swoim zwierzętom co miała dobrego. Kotki wyrosły i stały się już
prawie dorosłe. Do Misi zaczął
przychodzić bardzo przystojny brunet z pobliskiej wioski. Bardzo mu się nasza
Misia podobała, bo była piękna i dobrze ułożona. Szaruś z początku był o nią
bardzo zazdrosny, ale jak się zbliżył do niej przy starającym się o nią kocie,
dostał od niego tęgie lanie i już się do niej nie zbliżał. Przystojnego bruneta
nazwano Brutalem i nikt go nie lubił. Misia zaraz zaczęła się spodziewać małych
kotków. Brutal Przychodził do niej i kładł się z nią na trawie obejmując ją za
szyję łapkami, lizał Misi pyszczek. Potem gryzł ją po uszach i kopał ją tylnymi
nogami w brzuch. Misia wyrywała się z jego z objęć i głośno fuczała. Pani
gospodyni wyganiała Brutala poza ogrodzenie rzucając za nim miotłą. On i tak po
chwili przychodził do ogrodu i ukradkiem spotykał się jeszcze z Misią. Koty są
bardzo dziwne i bardzo trudno zrozumieć te zwierzęta mówiła gospodyni. Wolała psy, bo były wierne i nie takie
fałszywe. Kotka Lucyna też czasami interweniowała, kiedy Brutal przesadził i
wyganiała go z ogrodu. Potem Misią zajęła się Justyna i Brutal przestał
przychodzić. Bardzo lubiła tę milutką kotkę. Kupowała jej dobrą karmę w sklepie
i karmiła ciężarną Misię. Potem ledwo żywą zaniosła do stodoły. Rano poszła
oglądać małe. Misia urodziła trzy czarno białe kotki i zajmowała się nimi bardzo
troskliwie. Wieczorem przychodziła do ludzi żeby nacieszyć się ich widokiem, bo
przez cały dzień leżała, karmiła małe i zajmowała się dziećmi. Była bardzo
troskliwą mamą i. bardzo się to podobało wszystkim domownikom. Była
przeciwieństwem swojej mamy Lucyny, która nie zajmowała się kotkami, bo zaraz
biegała za kocurami.
Subskrybuj:
Posty (Atom)