niedziela, 24 maja 2015

Uwaga na oszustów!

    Osoby zdrowe, które doskonale radzą sobie z czynnościami dnia codziennego nie muszą prosić osób drugich o pomoc, jak czynią to osoby stare i niepełnosprawne. Same kupują, sprzątają swoje mieszkanie lub  gotują obiad. Osoby chore potrzebują czyjejś pomocy. Często, kiedy nie ma najbliższej rodziny trzeba skorzystać z opieki społecznej. Wówczas okazuje się, że te osoby przychodzące  i opiekujące się  bardzo nie dorastają do tego, żeby pomagać słabym i chorym. Często zdarza się że osoby chore  są okradane, lub oszukiwane. Ile trzeba znieść upokorzeń, żeby jakoś przeżyć jeden rok korzystając z opieki, często nieznających się osób  na takiej pomocy. Jak trudno o dobrych i uczciwych ludzi. Na szczęście nie muszę korzystać z takiej pomocy. Ale kiedyś przeżyłam coś nieprzyjemnego, kiedy jechałam pociągiem. Jechałam dopiero w Wielką Sobotę pociągiem do Krakowa, ponieważ miałam badania w szpitalu i wypisano mnie dopiero w sobotę. Do mojego przedziału wsiadł mężczyzna po pięćdziesiątce, który jak mówił był śpiewakiem operowym i w Warszawie odwiedzał swoją mamę. Opowiadał mi o swoich podróżach zagranicznych i o różnych przygodach. Było bardzo przyjemnie. Ja również mu trochę opowiadałam o sobie. Powiedziałam, że jadę do rodziny, i że jestem osobą bardzo słabo widzącą. Ze wzgledu na to nie mogę czytać książek jak inni, ale korzystam z czytaka. i pokazałam mu jak wygląda taki czytak. Słuchaliśmy przez chwilę pewnej książki. Ludomir, bo tak miał na imię ten pan pokazał mi swoją kartę, na której miał też nagrane swoje piosenki. Mnie też poprosił, żebym wyjęła swoją kartę i pokazała mu. Myśląc, że nie zauważe próbował zamienić karty po to żeby mieć dla siebie nagrane książki. Ja to zauważyłam i zrobiło mi się bardzo nieprzyjemnie. Dobrze, że troszkę widzę, bo zaraz zareagowałam i nie doszło do oszustwa. Ale ile słabych, chorych osób, które polegają na pomocy drugich zostaje oszukanych. Ile takich ludzi żeruje na biedzie ludzkiej? Szkoda, że tak się dzieje. W poprzednim poście pisałam o Marianie, który tylko czekał żeby wykorzystać dziewczynę. Jak trzeba być czujnym, żeby nie paść ofiarą jakiegoś oszusta?



Dobrze, że już sobie poszedł.

     Ciocia Basia pomimo, że już dawno mieszka w swoim mieszkaniu odwiedza często swoją dawną bursę. Pewnego dnia pani, która pełniła dyżur w recepcji powiedziała jej, że P. Marian zostawił dla niej pewną wiadomość. Otworzyła kopertę i zobaczyła dwa telefony i prośbę o kontakt. Osoba, która rozmawiała z kolegą mówiła, że był brudny i źle ubrany. Ponieważ kiedyś bardzo lubiłam Mariana postanowiłam się do niego odezwać. Zadzwoniłam i zaprosiłam na obiad do mojego mieszkania. Nie widzieliśmy się prawie trzydzieści lat i byłam bardzo ciekawa jaki teraz jest ten Marian. Jak mi wcześniej powiedziała pani z recepcji był brudny i bardzo kiepsko ubrany. Miał już 60 lat i całkiem siwe włosy. Nie był wcale ładny.  Na pierwszy rzut oka nie spodobał  mi się. W rozmowie opowiadał o tym, że ma kochankę, z którą śpi. Przy okazji rozmowy zadzwoniła jakaś druga kobieta, z którą też się spotykał. Po rozmowie poszliśmy do kościoła na Mszę, bo to była niedziela. Marian śpiewał tak głośno, że zaczęłam się jego wstydzić. Potem poszliśmy do parku. Po drodze krzyczał głośno i bardzo przeklinał. Usiedliśmy na ławce, a on przykleił się do mnie i krzycząc drapał się po głowie, że się zaczęłam obawiać, żeby i mnie nie oblazły wszy. Kiedy przychodził do mnie kilka razy i częstowałam go obiadem, a niekiedy kanapkami, jadł tak dużo, że potem musiał korzystać z toalety. To też mnie bardzo zastanawiało. Niby wykształcony człowiek, a nie potrafi się w ogóle zachować. Pomimo tego, że spał z jakąś Janką i spotykał się z Anką, to przyszedł do mnie dwa razy o 21.30 pewnie na darmowy seks. Postanowiłam dać sobie spokój i rozstałam się z nim. A on przyszedł przed bursę z tą Anką, żeby pokazać, że wcale mnie nie potrzebuje, bo ma kogoś. Za kilka miesięcy zobaczył mnie w Tesco i przybiegł do mnie. Pamiętając jego wcześniejsze zachowania udałam, że go nie poznaję i uciekłam o mało nie gubiąc nóg do domu, żeby znowu mnie nie nawiedził po 21.30.



piątek, 22 maja 2015

Bociany naprawdę przynoszą dzieci!

     Wiosna w Krakowie w tym roku wcale nie była taka ciepła,  a pomimo tego bociany do nas przyleciały. Pewnego dnia wyszliśmy na dwór i zobaczyliśmy kołujące nad domem duże ptaki. Zawołaliśmy nowożeńców, bo to pewnie do nich miały przynieść małe dziecko. Patrzyliśmy potem, czy nie zostawiły koszyczka z małym zawiniątkiem w ogrodzie, czy na balkonie. Ale tym razem nic nie zostawiły. Dały nam tylko nadzieję, że może kiedyś będzie u nas dzidziuś. I tak też się stało, bo za kilka miesięcy Justynka obwieściła nam, że będzie dziecko. Przez dziewięć miesięcy z tęsknotą czekaliśmy na małą dziewczynkę, która wreszcie przyszła na świat 8 maja i dano jej na imię Blanka. Ubranka, łóżeczko i wózek już czekały na nią. Tatuś towarzyszył  mamusi przy porodzie, co bardziej scementowało ich związek. Dziadek z babcią od początku bardzo pokochali swoją pierwszą wnuczkę i spieszyli z coraz nowymi prezentami. Ciocia Basia ciągle wypatrywała w sklepie nowych ubranek. Kupowała klocki, lalki i inne zabawki. Ptaki rozglądały się też za  jakimś miejscem na nowe gniazdko. Szpaki rabusie odnalazły stare gniazdko naszej sikorki i wyrzuciły go na zewnątrz. Zaczęły budować swoje nowe gniazdko na jej miejscu. Sikorka przyleciała i musiała szukać sobie nowego miejsca. Szpaki tak hałasowały przy tym, że zaraz zwróciły uwagę pani gospodyni. Bardzo się to nie spodobało też innym domownikom. Przy tym zabrudziły ścianę swoimi odchodami i trzeba było ją czyścić. Piotrek zamknął skrzynkę, żeby tam nie ścieliły gniazdka i odleciały w inne miejsce. Wróble też poprawiały swoje stare gniazdko i zaczęły znosić jajka. Nikt ich nie wyganiał, bo były ciszej i nie zostawiały po sobie takiego bałaganu.

środa, 20 maja 2015

Spotkanie z opętanym.

     Ciocia Basia zawsze jak przyjeżdżała do Krakowa odwiedzała pewne miejsca kultu. Najbliżej miała do Mogiły, gdzie znajduje się Pan Jezus Mogilski. Cudownym Krzyżem opiekują się do dziś Cystersi. Tam chodziła na Mszę i modliła się w różnych intencjach. Wiele ludzi wyprosiło tam sobie potrzebne łaski. Pan Jezus ciocię też wysłuchał wiele razy. Kiedy ktoś prosił o pomoc, mógł chodzić na kolanach na około krzyża. Innym miejscem kultu był kościół w  Łagiewnikach. Tam jeździła od momentu wyjścia ze szkoły. Pan Jezus zawsze wysłuchiwał wołania cioci. Zawsze zachęcała innych do modlitwy i do pielgrzymowania do Miłosierdzia Bożego. Ostatnio też pojechała na Mszę .  Wcześniej zrobiła zakupy dla mamy w Tesco. Potem tramwajem pojechała na miejsce. Tam modliła się w kaplicy klasztornej, a potem przeszła do bazyliki na koronkę i Mszę św. Po koronce rozpoczęła się Msza Św. w trakcie, której zaniepokoiły ciocię pewne odgłosy, które najpierw wyglądały jak skrzypienie, potem jakby wiał silny wiatr, a potem ktoś zaczął wyć na cały głos. Najbardziej wył jak było przeistoczenie. Ludzie pobledli, ale nikt nie reagował, ani się nie odsuwał od tej osoby. Ksiądz, który odprawiał Mszę też widać się bał, bo głos mu drżał. Siostra zakrystianka przyszła zaniepokojona, żeby zobaczyć co się dzieje w kościele. Potem była komunia i na końcu błogosławieństwo. Osoba opętana przez cały czas wydawała z siebie przerażające dźwięki. Potem te odgłosy przerodziły się w odgłosy dzikiego zwierza, jakby jakiejś dzikiej bestii. Nie wiem co się działo potem, bo wyszłam szybko z kościoła. Ale na przystanku zapytałam panią, która wyszła za mną o wrażenia. Pani też była wstrząśnięta. Potem starałam się żeby szybko o tym zapomnieć, bo to takie straszne. Nigdy sama osobiście nie spotkałam osoby opętanej. Wcześniej obejrzałam film Pt: "Egzorcysta". Który mówił o tym problemie. Pan Dominik Tarczyński przestrzegał ludzi, żeby uważali i nie wchodzili w kontakt z diabłem, bo to jest bardzo niebezpieczne. Potem nawet po wyrzuceniu złego ducha długo trzeba się leczyć. Osobom, które są w stanie łaski Uświęcającej nic nie grozi. Te osoby nie muszą się bać, ale bardzo trzeba uważać, żeby nie wchodzić w kontakt ze złym duchem.

Nasze przygody z kotkami.

     Kotka Lucyna potem  przez cały czas opiekowała się dobrze swoimi dziećmi. Żywiła je przynosząc dopiero co złowione myszy. Pani gospodyni też dawała jeść swoim zwierzętom co miała dobrego. Kotki wyrosły i stały się już prawie dorosłe. Do  Misi zaczął przychodzić bardzo przystojny brunet z pobliskiej wioski. Bardzo mu się nasza Misia podobała, bo była piękna i dobrze ułożona. Szaruś z początku był o nią bardzo zazdrosny, ale jak się zbliżył do niej przy starającym się o nią kocie, dostał od niego tęgie lanie i już się do niej nie zbliżał. Przystojnego bruneta nazwano Brutalem i nikt go nie lubił. Misia zaraz zaczęła się spodziewać małych kotków. Brutal Przychodził do niej i kładł się z nią na trawie obejmując ją za szyję łapkami, lizał Misi pyszczek. Potem gryzł ją po uszach i kopał ją tylnymi nogami w brzuch. Misia wyrywała się z jego z objęć i głośno fuczała. Pani gospodyni wyganiała Brutala poza ogrodzenie rzucając za nim miotłą. On i tak po chwili przychodził do ogrodu i ukradkiem spotykał się jeszcze z Misią. Koty są bardzo dziwne i bardzo trudno zrozumieć te zwierzęta mówiła gospodyni.  Wolała psy, bo były wierne i nie takie fałszywe. Kotka Lucyna też czasami interweniowała, kiedy Brutal przesadził i wyganiała go z ogrodu. Potem Misią zajęła się Justyna i Brutal przestał przychodzić. Bardzo lubiła tę milutką kotkę. Kupowała jej dobrą karmę w sklepie i karmiła ciężarną Misię. Potem ledwo żywą zaniosła do stodoły. Rano poszła oglądać małe. Misia urodziła trzy czarno białe kotki i zajmowała się nimi bardzo troskliwie. Wieczorem przychodziła do ludzi żeby nacieszyć się ich widokiem, bo przez cały dzień leżała, karmiła małe i zajmowała się dziećmi. Była bardzo troskliwą mamą i. bardzo się to podobało wszystkim domownikom. Była przeciwieństwem swojej mamy Lucyny, która nie zajmowała się kotkami, bo zaraz biegała za kocurami.