poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Fajne przygody w latach szkolnych.

      Młodzież buntowała się i niektóre siostry, które coś sobie zaplanowały względem nas, nic nie zrealizowały. Siostry chciały działać po zakonnemu, a młodzież chciała żyć normalnie. Mieliśmy też orientację przestrzenną, na którą wyjeżdżaliśmy do Warszawy i uczyliśmy się poznawać topografię miasta. W ostatniej klasie szkoły średniej pojechaliśmy wszyscy razem na wycieczkę w góry. Tam przez kilka dni chodziliśmy po górach i zwiedzaliśmy tamtejsze okolice.  Po ukończeniu szkoły zostaliśmy na dwutygodniowe praktyki i każdy pracował w swoim zawodzie. Ja ze swoimi koleżankami i kolegami pracowałam na dziewiarni. Po praktykach można było pojechać na obóz pod namiot, który miał miejsce w Białce Tatrzańskiej. Chodziliśmy też po górach i wypoczywaliśmy nad wodą, gdzie mieliśmy rozłożone namioty. Śniadania i kolacje organizowaliśmy sobie sami, a na obiad chodziliśmy do góralskiej restauracji. To była też bardzo fajna przygoda, którą do teraz bardzo miło wspominam. Potem rozjechaliśmy się z żalem do swoich domów i trzeba było samemu organizować  pracę. Ja mogłam tylko na siebie liczyć, dlatego spróbowałam sił najpierw w Krakowskiej  Spółdzielni dla Niewidomych. Rano wstawałam o 4 i dojeżdżałam do pracy z jednego krańca Krakowa na drugi kraniec. Ciężko mi było, bo nie było gdzie mieszkać. Postanowiłam się przenieść do Warszawy i tu zostałam do dzisiaj. Ponad jedenaście lat mieszkałam w bursie, a potem kupiłam mieszkanie na Ochocie i zamieszkałam na swoim. Tam trafiłam pechowo, bo nade mną mieszkał człowiek chory na schizofrenię. Notorycznie mnie zalewał, aż tak mnie urządził, że zebrałam wszystkie siły i przeniosłam się na Pragę. Tutaj powoli dochodzę do siebie po tych strasznych przejściach.
  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz