Młodzież buntowała się i niektóre
siostry, które coś sobie zaplanowały względem nas, nic nie zrealizowały.
Siostry chciały działać po zakonnemu, a młodzież chciała żyć normalnie. Mieliśmy
też orientację przestrzenną, na którą wyjeżdżaliśmy do Warszawy i uczyliśmy się
poznawać topografię miasta. W ostatniej klasie szkoły średniej pojechaliśmy
wszyscy razem na wycieczkę w góry. Tam przez kilka dni chodziliśmy po górach i
zwiedzaliśmy tamtejsze okolice. Po
ukończeniu szkoły zostaliśmy na dwutygodniowe praktyki i każdy pracował w swoim
zawodzie. Ja ze swoimi koleżankami i kolegami pracowałam na dziewiarni. Po
praktykach można było pojechać na obóz pod namiot, który miał miejsce w Białce
Tatrzańskiej. Chodziliśmy też po górach i wypoczywaliśmy nad wodą, gdzie
mieliśmy rozłożone namioty. Śniadania i kolacje organizowaliśmy sobie sami, a
na obiad chodziliśmy do góralskiej restauracji. To była też bardzo fajna
przygoda, którą do teraz bardzo miło wspominam. Potem rozjechaliśmy się z żalem
do swoich domów i trzeba było samemu organizować pracę. Ja mogłam tylko na siebie liczyć,
dlatego spróbowałam sił najpierw w Krakowskiej
Spółdzielni dla Niewidomych. Rano wstawałam o 4 i dojeżdżałam do pracy z
jednego krańca Krakowa na drugi kraniec. Ciężko mi było, bo nie było gdzie
mieszkać. Postanowiłam się przenieść do Warszawy i tu zostałam do dzisiaj. Ponad
jedenaście lat mieszkałam w bursie, a potem kupiłam mieszkanie na Ochocie i
zamieszkałam na swoim. Tam trafiłam pechowo, bo nade mną mieszkał człowiek
chory na schizofrenię. Notorycznie mnie zalewał, aż tak mnie urządził, że
zebrałam wszystkie siły i przeniosłam się na Pragę. Tutaj powoli dochodzę do
siebie po tych strasznych przejściach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz