Ujmując „ociemniałego” encyklopedycznie to osoba, która w
pewnym okresie swego istnienia straciła wzrok mogłaby rzec o swoim polu widzenia: sina, ciemno-bura,
nieprzenikniona przestrzeń. Idąc żartobliwym tropem za Jerzym Stuhrem w komedii
„Sexmisja” mogłabym krzyknąć:
Ciemność, widzę
ciemność! Ciemność widzę!
Niekiedy zdarza się tak że słowo „ociemniały” w ustach
człowieka bardziej niż mniej poirytowanego bezmyślnym i irracjonalnym
zachowaniem innego człowieka przyjmuje formę kolokwializmu: ociemniło Cię czy
co?”
W ferworze nieprzyjemnych i przyjemnychemocji jesteśmy twórczy.
Ogólnie ociemniały to niewidomy lecz nie od urodzenia.
Jestem ociemniała w tym encyklopedycznym znaczeniu i taka mała dygresja związana z moim stanem widzenia.
Pracowałam niegdyś na stanowisku koordynator organizacji
pracy wikliniarzy dla firmy produkującej elementy z tego materiału i jednym z
pierwszych zadań mi powierzonych była rekrutacja odpowiednich osób nadających
się do plecenia wiklinowych koszyków. Priorytetowym warunkiem „załapania się”
do pracy było posiadanie orzeczenia o
znacznym lub umiarkowanym stopniu niepełnosprawności. Środowisko osób
chorych-moich pobratyńców jest mi przyjazne czego efektem było
przybycie na wyznaczony dzień rozmowy kwalifikacyjnej gro ludków w pełnej krasie
swoich schorzeń i niedomagań.Zjawili się pełni mieszanych uczuć, z których najbardziej
wyczuwalny mej inteligencji emocjonalnej był niepokój i nadzieja zarobienia
paru złotych do swej, tu piszę z
przekąsem, nieskromnego świadczenia rentowego.
Kończę preludium do mej małej przygody i zaczynam jej sedno.
Jest to przygoda o wymiarze szczęśliwości tak różnie interpretowanej.
Gdzieś tam w kuluarach Sali kandydatów podszedł do mnie
mężczyzna przedstawiający się imieniem Jurek. Po
krótkiej konwersacji przypomniałam sobie
ten głos i zadziwiłam się jego właścicielowi
zainteresowaniem pracą dla niepełnosprawnych. Był to mój niedoszły teść. Człowiek oddany idei
solidarności, zaangażowany działacz tej partii, niegdyś zdrowy i pełen energii facet, teraz tknięty głęboką
schizofrenią.
Otóż ów Jurek rzecze do mnie filozoficznie:
-Justyna , ty to masz szczęście…
Co w ogólnym trendzie „ nieszczęśliwa niewidoma” zabrzmiało
w moich uszach podstępnie.
-dlaczego?- zapytałam skonsternowana pytaniem
- Bo nie musisz kłócić się o kolory, widzisz wszystko w
jednym i nie ma podstaw do zaprzątania sobie głowy co jaki ma kolor-
odpowiedział.
Minęło 20 lat od tej przygody. Wspominając tę rozmowę
uśmiecham się do mego niewidomstwa i miarkuję
o szczęściu tak genialnie prosto postrzeganym przez człowieka paradoksalnie nieszczęśliwego…ale
czy aby na pewnonieszczęśliwego?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz