środa, 18 lutego 2015

Mój pierwszy raz

Wydarzyło się to jakiś czas temu. Zbliżał się wolny weekend. Krótkie, zdawkowe rozmowy ze znajomymi o planach, jak możemy spędzić wesoło i aktywnie te dni. Było kilka propozycji .Zaproponowali wyjazd na lodowisko, oddalone kilka kilometrów od naszej miejscowości. Nie miałam żadnych planów, więc zgodziłam się. Propozycja na początku bardzo mnie ucieszyła. Umówiliśmy się na sobotnie popołudnie, ale gdy przyszedł dzień wyjazdu, mina mi zrzedła, przestraszyłam się. Nigdy nie miałam łyżew na nogach.
Oglądając ludzi, a przede wszystkim dzieci, w jaki lekki i łatwy sposób robią różne ewolucje na łyżwach, wydawało się to proste.
Nie było wyjścia, zacisnęłam zęby, "nerwy zawiązałam na supeł". Nie było odwrotu, nie mogłam wyjść na cykora i tchórza.  Nadszedł ów dzień. Weszliśmy na halę lodowiska, wszyscy podekscytowani, rozbawieni, poszliśmy wypożyczyć łyżwy. I tu pierwsze kłopoty. W tym całym zamęcie dostałam dwa różne numery butów, jeden 37, drugi 38. Pytanie, szukanie kto ma dwa różne buty. Po kilku minutach...uff...udało się. Wymieniłyśmy się z koleżanką łyżwami i znów się zaczęło. Moi znajomi dobrze radzą sobie z jazdą na łyżwach, więc bez żadnych kłopotów śmignęli na taflę lodowiska. W tej euforii i ekstazie zapomnieli o mnie i zostawili mnie samej sobie. Zawzięłam się, weszłam na lód bardzo powoli i ostrożnie, pełna obaw o moje "członki".
Znajomi po kilku minutach przypomnieli sobie o mnie, widząc jak niezdarnie przesuwam się wzdłuż bandy i przytulam ją jak swojego partnera, wołali, prosili, zachęcali abym spróbowała puścić ręce, wyprostować się, zrobić jeden krok sama. Głowa do góry i jazda. Jednak mój partner (banda) był tak silny i przekonywujący, że w żaden sposób nie chciałam go opuścić. Kolega proponował pomoc, mimo to ja tkwiłam uparcie przy stabilnym oparciu. Koleżanka śmiała się, że wolę trzymać się zimnej bandy niż ciepłego ramienia kolegi. Po kilku próbach, wskazówkach i pomocnej dłoni kolegi udało mi się przełamać strach i ruszyłam na podbój ślizgawki. Starałam się utrzymywać ciało prosto, jak struna, podtrzymywana przez kolegę, mimo wszystko moje nogi nie zawsze mnie słuchały i raz po raz rozjeżdżały się na boki. Wyglądało to komicznie. Kolega stawiał mnie do pionu, a po chwili znów powtórka z rozrywki, nogi sobie, a reszta ciała sobie. Upłynęło troszkę czasu zanim moje wszystkie członki "współgrały ze sobą". Znajomi mieli ze mnie niezły ubaw. Z perspektywy czasu sama się z tego śmieje. Chociaż upłynęło trochę czasu i  mój pierwszy kontakt z lodowiskiem, i łyżwami nie był najlepszy to polubiłam ślizgawkę. Jak tylko mam wolną chwilę, witam Panią Zimę, zakładam łyżwy i jazda...
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz